Socjotechniki

Socjotechniki – metody ataku i obrony

OPRACOWAŁ:      Jerzy Stępniewicz

                Dedykowane tym wszystkim, którzynie lubią jak się ich wodzi za nos.

Słowo wstępne

          Właśnie wczoraj minęła, któraś z kolei rocznica wprowadzenia stanu wojennego. Przyznam się, mimo, iż w ostatnich latach do wielu rzeczy zdążono mnie przyzwyczaić, wypowiedź Leszka Millera, powołującego się na zdobycze „Solidarności” z 1980 roku, mające jakoby kontynuację w popieranej przez niego solidarności europejskiej, z lekka mnie zaszokowała. Zdumiewającym jest, jak szybko i bezczelnie kaci zamieniają się miejscami z ofiarami i jak mały wzbudza to protest, wydawałoby się zupełnie naturalny w takiej sytuacji. Zaciera się ślady w zbiorowej pamięci. Niewiele spraw z tamtego okresu osądzono, a nawet rozpoznano. O ukaraniu winnych nawet nie ma co myśleć. Żeby ograniczyć się, chociażby do ciągłych prób zawężania zakresu działalności IPN, kierowanie jego działań na boczne tory, systematyczne obcinanie jego finansów, które świadczą o tym najwymowniej. Wszystkie dyskusje na temat stanu wojennego sprowadzają się do dość jałowych dywagacji o zagrożeniu wojskami sowieckimi, o bezprawiu samego aktu, o terrorze, o zastraszeniu społeczeństwa. Co najmniej od połowy lat osiemdziesiątych uważam te problemy za drugorzędne, a obecne ich rozważanie za jałowy wysiłek. Niemal od początku było dla mnie (i z pewnością nie tylko dla mnie) jasnym, że cała operacja ma na celu wymuszoną przebudowę świadomości zbiorowej.

O tym że moje przypuszczenia były słuszne i że miała ona podłoże czysto socjotechniczne, przekonałem się znacznie później, w drugiej połowie lat osiemdziesiątych. Wpadła wówczas w moje ręce mała książeczka autorstwa Pana Marka K. Mlickiego pt. „Socjotechnika – zagadnienia etyczne i prakseologiczne” Wyd. PAN Zakład im. Ossolińskich Wrocław 1986, która wprawdzie nie wymienia nigdzie określenia „stan wojenny”, ale doskonale ilustruje zastosowane w nim socjotechniki. Według mnie, nadal stosowane skutecznie do dziś. Nakład 830 egzemplarzy (słownie – osiemset trzydzieści). Na tej książce oparta jest w całości niniejsza praca. Autor jest uczniem Profesora Jarosława Rudniańskiego, wybitnego socjologa, który, między innymi, zajmował się metodami walki niezbrojnej. Zwłaszcza dziś, godna polecenia jest jego książka „Kompromis i walka – metody walki niezbrojnej” Pax Warszawa 1989 (nakład 10 000), która również przeszła dziwnie bez echa, być może dlatego, że ugrzęzła „przypadkowo” w magazynach i dostępna była jedynie na wyprzedaży. W ogóle powszechna dostępność wiedzy na temat manipulacji socjotechnicznych czy psychotechnicznych jest, jak podejrzewam, świadomie ograniczona i ograniczana. Nawet na uczelniach wyższych, na kierunkach zawierających w programach socjologię i psychologię lub ich elementy, programy te nie zawierają nawet wzmianek na ten temat. Podobne lektury nawet nie są zalecane studentom. Dostępność kilku wydanych ostatnio prac z zakresu psychologii społecznej skutecznie została ograniczona porzez niski nakład i bardzo wysoką cenę.

Dlatego też, z tego, że operacja stanu wojennego została uwieńczona całkowitym powodzeniem, mało kto zdaje sobie sprawę, koncentrując uwagę na użytych w niej najbardziej widocznych środkach. Ale właśnie koncentracja na tych środkach, od początku tak popularna i wciąż popularyzowana w mediach, jest przypuszczalnie świadomą kontynuacją tamtej operacji. O tym, że stan wojenny CAŁKOWICIE OSIĄGNĄŁ SWOJE SOCJOTECHNICZNE CELE, świadczą obecne wyniki głosowań w wyborach, wyniki przeprowadzanych dziś sondaży, powrót do władzy byłej PZPR, oraz doskonałe dzisiejsze samopoczucie wszystkich ówczesnych i obecnych, małych i dużych prominentów.

Nie roszczę sobie pretensji do jakiejś szczególnej wiedzy w zakresie socjologii, ale skoro milczą specjaliści (a być może, niektórzy zostali perfidnie pozbawieni głosu), spróbuję przybliżyć taki punkt widzenia na ówczesne i obecne działania władzy. Może skłoni to osoby bardziej kompetentne ode mnie do włączenia się w dyskurs i potraktowania sprawy bardziej całościowo. A znajomość metod stosowanych w socjotechnice pozwala na wypracowanie sposobów przeciwdziałania, w innym wypadku zawsze pozostaniemy bezbronni.

W niniejszej pracy, szeroko posługuję się cytatami z książki Pana Marka K. Mlickiego, starając się jednocześnie je uprzystępnić. Interpretując je, niewątpliwie dopuszczam się tu daleko idących zniekształceń, uproszczeń i trywializacji oryginalnego tekstu, za co proszę Autora o wybaczenie. Dosłowne cytaty wyróżniam czcionką (arial). Wtręty w cytatach oraz streszczenia oryginalnego tekstu, podane kursywą, oraz wytłuszczenia druku, pochodzą ode mnie.

Jerzy Stępniewicz Gdańsk 14.12. 2002

I. Trochę pojęć i wiadomości ogólnych.

Na początku rozważań konieczna jest pewna uwaga:

Pod pojęcie systemu sterującego podstawiam władzę, rząd, jaki by on nie był. Może to odnosić się równie dobrze do władz stanu wojennego, jak i władz obecnych, będących w mniej, lub bardziej prostej linii, spadkobiercami tamtych, a więc odnosi się to również do wszelkich władz okrągło i postokrągłostołowych (a także wszystkich innych).

Pod pojęciem system sterowany rozumiem w tym opracowaniu, ówczesne i obecne społeczeństwo polskie. Można zresztą pod te pojęcia podstawić dowolne społeczeństwo i dowolną władzę.

Socjotechnika na poziomie społeczeństw bywa również nazywana inżynierią społeczną. W mniejszym lub większym stopniu stosują ją wszyscy posiadający władzę, we wszystkich zespołach (grupach społecznych) i na wszystkich szczeblach działania. Skrajne przypadki takiej inżynierii stosowanej widzimy już w niektórych przedwojennych działaniach rosyjskich i niemieckich, jak np. eksterminacja niektórych grup społecznych lub etnicznych, masowe deportacje i wysiedlenia, organizacja gett itp. Na przykład w latach trzydziestych, w ZSRR, procesy dotyczące całych grup społecznych – słynne procesy „szkodników”, wysiedlanie i (lub) eksterminacja niektórych okręgów autonomicznych (tatarskich, kaukaskich, polskich) itp. Obecnie takie ekstremalne działania widzimy w Czeczenii, w Afryce i na terenie byłej Jugosławii (Oczywiście mówimy o warunkach pokojowych. Działania w okresie wojen nie wchodzą w zakres niniejszych rozważań)

Dla rozjaśnienia obrazu, można działania socjotechniczne, czyli oddziaływanie systemów sterujących na sterowane (władzy na społeczeństwo), sklasyfikować. Typologia przytaczana przez Pana M. Mlickiego przyjmuje podział ze względu na cele, a głównie na to, w jakim stopniu władza, podejmując działania, uwzględnia cele społeczeństwa. Taki podział można przeprowadzić następująco:

A.- „System sterujący przy określaniu celu uwzględnia cele systemu sterowanego jako cele nadrzędne.”

Czyli cele działań władzy i społeczeństwa pokrywają się, są zbieżne, lub w dużej mierze identyczne. Rzadki i szczęśliwy przypadek!

B.- „System sterujący przy określaniu celów całkowicie nie uwzględnia celów systemu sterowanego.”

Całkowita rozbieżność celów władzy i społeczności. Częste podczas otwartej i nieskrywanej okupacji – Polska pod zaborem rosyjskim, Irlandia pod władaniem angielskim, GG pod władzą niemiecką, tzw. demokracje ludowe za czasów stalinowskich, a obecnie Czeczenia i Palestyna. Znacznie rzadsze w normalnej społeczności.

C.- „System sterujący uwzględnia cele systemu sterowanego wtedy i tylko wtedy, gdy nie wykluczają one lub nie utrudniają realizacji jego własnych celów, lub gdy jest zmuszony sytuacją lub działaniami sterowanych.”

Władza uwzględnia aspiracje społeczne wtedy i tylko wtedy, gdy są one zgodne z jej celami, lub w realizacji jej celów nie przeszkadzają. Współdziała ze społeczeństwem na tyle, na ile wymaga tego sytuacja albo na ile społeczeństwo jej pozwala. I to jest dokładnie sytuacja w PRL po 1956 roku do dnia dzisiejszego.

Możemy to sobie wyobrazić jako pewną przestrzeń w granicach punktów A-B. W przestrzeni tej punkt C stanowi środek, cezurę, gdzie w przedziale C-B, cele realizowane przez władzę są obojętne lub przeciwstawne celom społeczeństwa. „Wszystkie działania, z wyjątkiem tych , które lokują się w otoczeniu punktu A, charakteryzują się podawaniem przez system sterujący nieprawdziwych informacji o celach lub przemilczeniem sprawy celów.” Czyli władza nie kłamie tylko wtedy kiedy musi. Kiedy może – kłamie lub przemilcza.

„W takiej sytuacji system sterowany (społeczeństwo) może więc realizować:

– własne cele (A-C)

– cele inne od własnych (C-B)

– cele sprzeczne z własnymi (C-B), ale zawsze, gdy socjotechnika jest skuteczna, realizuje cele systemu sterującego (władzy). Systemy pośredniczące (grupy wyodrębniające się własnymi celami wśród dążeń ogółu społeczeństwa, np. niektóre grupy zawodowe, partie polityczne, mniejszości etniczne) traktowane są przez system sterujący jak narzędzia, w związku z czym ich cele są uwzględniane jedynie częściowo.”

Czyli – cokolwiek robimy jako społeczeństwo, zawsze w mniejszym, bądź większym stopniu realizujemy cele aktualnej władzy. Nawet gdy cele władzy są całkowicie sprzeczne z naszymi, będziemy je realizować, jeśli władza zastosuje przymus i równolegle rzeczywiście skuteczną socjotechnikę. Np. odbudowując kraj po zniszczeniach wojennych, co było z naszego punktu widzenia działaniem absolutnie koniecznym, wzmacnialiśmy również budowanie całkowicie sprzecznego z naszymi celami systemu władzy. I to drugie, a nie pierwsze właśnie, dzięki odpowiednim socjotechnikom, znakomicie się udało. Tak znakomicie, że w dość powszechnym odczuciu, nadal wciąż wspomaganym propagandą (i socjotechniką), to właśnie tej władzy zawdzięczamy odbudowę kraju.

Inny przytoczony podział odnosi się do środków jakich używa system sterujący (władza) przy oddziaływaniu na system sterowany (społeczeństwo):

1. „Oddziaływanie poprzez emocje i uczucia, których cechą wspólną jest wpływanie na te części psychiki ludzkiej, które są słabo bądź wcale niekontrolowane przez świadomość.”

2. „Oddziaływanie poprzez intelekt lub umysł na te części osobowości, o których twierdzi się na ogół, że są dobrze(a w każdym razie lepiej niż poprzednie) kontrolowane przez świadomość.”

Łącząc te, idealne skądinąd typy, otrzymujemy cztery rodzaje możliwych działań:

1. „System sterujący (władza) realizuje cele systemu sterowanego (społeczeństwa) głównie metodami emocjonalnymi, rzadziej intelektualnymi”.

2. „System sterujący (władza) realizuje cele systemu sterowanego (społeczeństwa) oddziałując głównie intelektualnie, rzadziej emocjonalnie”.

3. „System sterujący (władza) nie uwzględnia celów systemu sterowanego (społeczeństwa), oddziałując głównie emocjonalnie, rzadziej intelektualnie.”

4. „System sterujący (władza) Nie uwzględnia celów systemu sterowanego (społeczeństwa) , oddziałując głównie intelektualnie, rzadziej emocjonalnie.”

Pierwsze dwa typy (1/2) charakteryzują się wysokim stopniem jawności i bezpośredniości, ze względu na zbieżność celów władzy i społeczeństwa. Działania takie jak w punkcie 2 prowadzi się na podstawie informacji zgodnej z rzeczywistością. Krócej – władze nie mają potrzeby kłamać.

Wysoki stopień skrytości działań, czyli „nieinformowanie systemu sterowanego (społeczeństwa) przez system sterujący (władzę)” cechuje typ postępowania z punktu 3, czyli ukrywanie przez władzę rzeczywistych celów działania. Jawne kłamstwo czyli informacje niezgodne z rzeczywistością cechuje postępowanie z punktu 4. Wszystkie oddziaływania na emocje realizuje się na podstawie informacji w większości nieweryfikowalnych – punkty 1/3. Doskonale odpowiada to wszystkim działaniom informacyjnym w okresie stanu wojennego, a także propagandzie na rzecz wstąpienia do Unii Europejskiej

„Można tu zauważyć pewną prawidłowość: im bardziej cele systemu sterującego (władzy) są sprzeczne z celami systemu sterowanego (społeczeństwa), tym bardziej wzrasta skrytość i pośredniość działań, ilość oddziaływań emocjonalnych w stosunku do intelektualnych, ilość informacji nieprawdziwych i nieweryfikowalnych kosztem prawdziwych.”

Władzom zależy głównie na wyrabianiu w społeczeństwie trwałych predyspozycji do pożądanych zachowań. W tym celu starają się kształtować odpowiednie postawy za pomocą działań emocjonalno-intelektualnych, oraz przez bezpośrednie generowanie pożądanych zachowań (system przepisów, zarządzeń, zakazów i nakazów). Jednak skuteczność oddziaływań głównie intelektualnych jest dość niska. Oddziaływanie na emocje łatwiej skłania ludzi do zachowań sprzecznych z ich interesami lub celami, „ponieważ działają na te części psychiki, które są słabo lub wcale nie kontrolowane przez świadomość”. „Czucie i wiara silniej mówią do mnie, niż mędrca szkiełko i oko.” Do tego sposób odczuwania jest podobny u większości osób z tego samego kręgu kulturowego, co pozwala na mniejsze zróżnicowanie treści przekazu niż w oddziaływaniu intelektualnym, a więc jest bardziej ekonomiczne. Upraszczając: działania na uczucia i odczucia są po prostu tańsze i skuteczniejsze, a działają bardziej masowo, szerzej. I działają również na osoby o wyższym poziomie intelektualnym, jako, że pomimo preferowania przez te osoby działań rozumowych, nie są one bynajmniej pozbawione uczuć. Trzeba zwrócić w tym miejscu uwagę, na główny obecnie środek przekazu informacji, jakim jest obraz. Otóż obraz oddziaływuje w największym stopniu na emocje, a jedynie w niewielkim na intelekt. Stąd tak wielka rola telewizji w kształtowaniu postaw i stąd również apetyt wszelkich ośrodków władzy na kontrolowanie tego typu mediów. U nas obecnie w pełni zaspokojony, a „…socjotechnika nadal pozostaje istotnym środkiem wpływania na zachowania, postawy i wartości ludzi. Reklamy gospodarcze, kampanie wyborcze, wychowanie w szkołach i innych ośrodkach – oto przykłady istniejących działalności socjotechnicznych”. Nauczanie szkolne niestety, zbyt rzadko kojarzy nam się z działaniami na benefis władzy, zwłaszcza socjotechnicznymi. A przecież nie powinno ujść uwagi, że cały system działania szkół wszystkich szczebli, pomimo „wieloletnich reform”, twardo i niezmiennie tkwi korzeniami w tzw. reformach Kuberskiego z pierwszej połowy lat siedemdziesiątych. A te z kolei były skutkiem osławionego „Raportu o stanie oświaty”, sporządzonego przez wybitnych skądinąd socjologów, na życzenie i według dyrektyw KC PZPR. Wystarczy sięgnąć do popularnej wersji tego raportu, aby się przekonać o ciągłości tych działań. Do pełnej wersji nie było swobodnego dostępu, tak jak i do drugiego takiego raportu, sporządzonego przez ten sam zespół, na początku lat osiemdziesiątych. A z pewnością byłoby ciekawie poczytać, chociażby po to, żeby przekonać się, jakie cele stawia przed systemem oświatowym centrum dyspozycyjne władzy. I czy te cele uległy zmianie. Według mojego przekonania – nie.

Wpływanie na zmiany postaw i zachowań stanowią tzw. socjotechnikę niższego stopnia. Aby była ona skuteczniejsza a efekty uboczne mniej były widoczne i rzadziej występujące (np. zmniejszenie sterowalności systemu sterowanego (społeczeństwa), mniejsza jego podatność na socjotechniki, realizowanie innych niż pożądane celów itp.), system sterujący (władza) stosuje socjotechniki wyższego stopnia. „Przez socjotechnikę wyższego stopnia rozumiemy takie oddziaływanie na system sterowany (społeczeństwo), które powoduje, że w chwili późniejszej system ten reaguje na inne zabiegi socjotechniczne, a także niesocjotechniczne (polecenia, zalecenia, rozkazy) w sposób maksymalnie zgodny z przewidywaniami i założeniami systemu sterującego (władzy).

„…Dla wszystkich systemów sterujących (władzy) można sformułować dyrektywę socjotechniki wyższego stopnia. W celu zwiększenia sterowalności systemów sterowanych (w czym zawiera się zwiększenie sprawności socjotechniki niższego stopnia) należy podporządkować sobie w maksymalnym stopniu system sterowany i jego otoczenie.

Właśnie w stanie wojennym to podporządkowanie sobie otoczenia wystąpiło w stopniu najwyższym. Wyższym nawet w niektórych aspektach, być może, niż w okresie stalinowskim. Porównywalnym jedynie z okupacją, stąd zresztą łatwość wysuwania nietrafnych analogii.

Przez podporządkowanie systemu A systemowi B rozumiemy taką relację między tymi systemami, że system B kontroluje:

– zasilanie energetyczno-informacyjne konieczne zespołowi A do przetrwania,

– część więzi łączących elementy systemu A,

– Normy, ideologie i wartości funkcjonujące w systemie A. Dzięki tej kontroli system B może regulować postawy i zachowania elementów systemu A.”

Trzeci człon powyższego, te normy, ideologie i wartości, reprezentowane głównie przez katolicyzm, stawiały systemowi opór od początku jego istnienia. I gdyby nie ten człon, to podporządkowanie sobie w stanie wojennym społeczeństwa i jego otoczenia, zrealizowano by w sposób niemal idealny. Nie zpominajmy jednak co było właściwym celem. Nie była nim, wbrew temu co szeroko głoszono, walka z narodem, społeczeństwem itp., niesmacznie i niestosownie porównując to, co się wówczas działo, do wydarzeń z okresu II wojny światowej. Nie ta skala zagrożeń i nie ta skala oporu. Nikt nie miał zamiaru pozbawiać nas terytorium, ani eksterminować, czego wszyscy byli świadomi. Żadna niezewnętrzna władza, nawet czerwona, nie popełnia samobójstwa w tak naiwny sposób, sama pozbawiając się terytorium i poddanych, czyli tego, co stanowi jedyny warunek jej istnienia. To była jedynie, wyrafinowana technika mająca przywrócić sterowalność polskiego społeczeństwa, gdyż dotychczasowe sposoby sterowania zawiodły. Stały się zbyt kosztowne i nieskuteczne, groziły załamaniem się systemu sterowania (władzy). Aby tę sterowalność przywrócić, należało zmienić postawy i zachowania społeczeństwa, a z kolei, żeby tę zmianę ułatwić, potrzebne było maksymalne podporządkowanie sobie społeczeństwa i jego otoczenia (gospodarki, kultury, handlu, komunikacji itp.). Czyli najpierw trzeba było przeprowadzić działania socjotechniczne wyższego rzędu, aby móc równolegle i później swobodnie stosować działania niższego rzędu. Aby się przekonać jak to wykonano, najlepiej prześledzić metody tej socjotechniki wyższego stopnia, zaczerpnięte wprost z teorii walki.

Tu mała dygresja: „w działaniach socjotechnicznych normy moralne traktowane są w sposób instrumentalny.”

II. Metody wyższego rzędu, zastosowane w stanie wojennym (i niestety, częściowo stosowane do dziś).

W stanie wojennym (a także przed nim) zastosowano wszystkie poniższe metody, w prawie czystej i niemal jawnej postaci. W miarę podporządkowywania sobie społeczeństwa, i utrwalania pożądanych postaw i zachowań, łagodzono je zwiększając ich skrytość, z przeformowaniem centrum dyspozycyjnego systemu, oraz jego ukryciem i zamaskowaniem włącznie. Część tych metod jest stosowana również obecnie.

1. „Metoda sytuacji deprywacyjnej: stosując tę metodę, system sterujący (władza) uniemożliwia lub utrudnia systemowi sterowanemu (społeczeństwu) zaspokajanie potrzeb elementarnych, w skrajnej postaci zagraża I i II prawu biologicznemu. Tak potraktowany system sterowany (społeczeństwo) łatwy jest do sterowania za pomocą prostych informacji o tym, co ma być zrobione, w zamian za co, jego sytuacja ulegnie poprawie. Ogólną postawą systemu sterowanego (społeczeństwa) będzie dążenie od zagrożenia, bez określenia ku czemu. Tak więc socjotechnika niższego stopnia polega tu jedynie na określaniu wymagań. Należy tu za J. Rudniańskim stwierdzić, że aktualnie metoda ta jest nieefektywna.”

Dla wyjaśnienia;

I prawo biologiczne – to prawo do życia

II prawo – to prawo do zachowania gatunku

Oczywiście, pierwsze prawo warunkuje drugie i jest nadrzędne.

Metoda ta ma dość długą tradycję i najlepiej ilustruje ją tzw. „pranie mózgu”, stosowane np. podczas wojny koreańskiej wobec amerykańskich jeńców wojennych. Deprywacja, czyli pozbawienie lub ograniczenie elementarnych potrzeb, znakomicie ułatwiała indoktrynację. Są oczywiście skutki uboczne, jak np. regresja, stany lękowe, labilność psychiczna, swego rodzaju zdziecinnienie, ale ogólnie rzecz biorąc, jest to metoda skuteczna. Można sądzić, że w odniesieniu do społeczeństw, w dużym uproszczeniu, jest to przeniesienie tamtych doświadczeń na wielką grupę. Można podejrzewać, iż niewydolność ekonomiczna systemów komunistycznych i socjalistycznych, wynika nie tylko z błędnych złożeń doktryny, ale że była i jest świadomie podtrzymywana przez elity rządzące, celem łatwiejszej indoktrynacji własnych społeczeństw. Oczywiście, ani w dużych, państwowych systemach, ani w koreańskich obozach jenieckich, nie występowała ona w stanie „czystym”, lecz łącznie z innymi metodami. Nie zgadzam się z prof. Rudniańskim, że jest ona nieefektywna. Brak efektywności wynika raczej ze zbyt długiego jej stosowania i skutków ubocznych które wywołuje. Dłuższe jej stosowanie likwiduje autonomiczność systemu sterowanego i powoduje jego małą wydajność, ze względu na konieczność „ręcznego sterowania” wszystkimi dziedzinami życia, co znacznie zwiększa koszty sterowania. Radykalne jej zastosowanie, ze względu na naruszenie wspomnianego I-go prawa biologicznego, budzi naturalny opór i sprzeciw. Stosowanie jej, adekwatne do sytuacji i starannie kontrolowane, daje oczekiwane rezultaty, aczkolwiek, skutków ubocznych z pewnością nie da się uniknąć.

Jak to wyglądało w stanie wojennym (ale również przed jego wprowadzeniem). Braki na rynku, występujące już wcześniej, zostały sztucznie spotęgowane. Znam z autopsji przypadki, nagłaśniane zresztą w prasie solidarnościowej na początku lat osiemdziesiątych, niszczenia nadwyżek żywności i innych artykułów. Np. skierowanie na przemiał do papierni w Dąbrowicy k/ Jeleniej Góry dwu wagonów papierosów (sam je paliłem, bo pracownicy kradli je niemiłosiernie), wylewanie mleka, czy śmietany do Nysy, wyrzucanie do rowów przez ZOMO jabłek wiezionych przez chłopów na sprzedaż itp. Przy ścisłym reglamentowaniu artykułów pierwszej potrzeby! Nie można tłumaczyć tego jedynie socjalistycznym bałaganem. Cukier na kartki i w ściśle wyliczonej ilości, w kraju będącym jednym z największych producentów tego artykułu na świecie! Przy prymitywnej (pozornie), ale zmasowanej, wręcz chamskiej propagandzie! Czy nie jest to właśnie ta metoda, żywcem przeniesiona z obozów w Korei? A skuteczność? Mam w rodzinie namiętnych „oglądaczy” dziennika TV. W momencie wprowadzenia stanu wojennego byliśmy niemal identycznych poglądów. Z różnych przyczyn, a głównie z braku czasu i ochoty, nie czytałem prasy tzw. reżimowej i bardzo rzadko oglądałem TV. Gdy spotkaliśmy się po roku, o mało nie doszło do awantury, kiedy moi „oglądacze”, zaczęli w rozmowie bezmyślnie powtarzać frazesy propagandowej nowomowy, z określeniem „ten głupi Reagan chce wojny” włącznie, i zastanawiali się, czy przypadkiem Jaruzelski nie miał racji. I to tylko w ciągu roku. Gdzież tu nieskuteczność? Oczywiście z metody tej rezygnowano stopniowo, gdy tylko uznano, że osiągnęła ona zadowalające rezultaty. Zastąpiono ją najszerzej stosowaną metodą, o której poniżej.

2. „Metoda potęgowania potrzeb nieelementarnych: polega na wytworzeniu w systemie sterowanym (społeczeństwie) ogólnej postawy do potrzeb nieelementarnych – dokładniej potrzeb ekspansji (władza, pieniądze), które są lub mogą być zaspokajane przez system sterujący (władzę). Ta ogólna postawa jest w konkretnych sytuacjach uszczegóławiana, z tym że podporządkowanie nie jest tu na tyle proste, aby wystarczały same polecenia. Socjotechnika niższego stopnia polega na wytwarzaniu konkretnych postaw i zachowań na podstawie dążenia do zaspokojenia potrzeb ekspansji i podporządkowania systemowi sterującemu (władzy) jako zaspakajającemu te potrzeby.”

W warunkach braku dostępu do wszelkich dóbr, poza butelkami z octem zalegającymi półki sklepowe, w stanie wojennym wyjątkowo łatwo było ją stosować. Sklepy komercyjne dla posiadających większe dochody (a te gwarantowała władza), konsumy dla „służb”, otrzymanie paszportu, przydziały na dobra luksusowe, od materiałów budowlanych zaczynając a na samochodach kończąc. Komiczne niekiedy efekty dawały próby kupowania sobie lojalności poprzez losowanie bonów towarowych. Mam wyjątkowego pecha we wszelkich grach i loteriach, ale ku swemu zdumieniu dwukrotnie wygrałem bon na lodówkę, na losowaniu w zakładzie pracy (To było coś! W „Pasanilu” bodajże, losowano buty i skarpetki!). Nie miałem pieniędzy więc zrezygnowałem i okazało się, że następną osobą która go „wylosowała”, była za pierwszym razem pani sekretarz POP PZPR, a za drugim żona oficera milicji. Przy trzecim wygranym losowaniu nie wytrzymałem, pożyczyłem pieniądze i lodówkę kupiłem. Trzeba przyznać, że tanio mnie wycenili, może i słusznie, bo lojalny wobec władz nie miałem zamiaru być i nie byłem nadal. Za uleganie pokusie Pan Bóg mnie pokarał, bo po pół roku lodówka definitywnie odmówiła posłuszeństwa i nie dała się naprawić. Za to na mieszkanie spółdzielcze, pomimo opłacenia wymaganego wówczas wkładu i koszmarnych warunków mieszkaniowych, czekam do dziś. Ale sąsiad, zdawałoby się, nienajgorszy człowiek, dostał mieszkanie po pół roku, wystarczyło, że wstąpił do ZOMO. Ilu dało się złamać? Za lodówkę, za lepsze zaopatrzenie na święta, za przydział, za paszport? I nie za współpracę, tylko za podporządkowanie się systemowi. Metoda ta zresztą funkcjonuje nadal, tyle że na nieco innym poziomie. Kolejne rządy nie chcą się pozbywać tak wygodnego narzędzia. Toteż z roku na rok rośnie ilość wymaganych koncesji, licencji, zezwoleń itp. Mimo, iż wszyscy wiedzą, że są korupcjogenne (od czterech koncesji w roku 1988, do dwustu kilkudziesięciu obecnie). Ilu ludzi skorumpowano w stanie wojennym? Ilu teraz? Tyle, że obecne działania tego typu są bardziej skryte, a wychodzące od czasu do czasu na jaw powiązania pomiędzy władzą a np. ludźmi biznesu są tłumaczone tylko korupcją. A czy nie jest to przypadkiem ta sama metoda, tylko z powodu szerszego dostępu do dóbr, realizowana w inny sposób? Że ponieważ władza obecnie ma charakter bardziej ekonomiczny niż siłowy, oddziaływuje się na tych wszystkich ludzi z otoczenia, którzy w jakimś stopniu mają wpływ na innych poprzez działania na polu gospodarki. Że rozszerzając swój wpływ na tych ludzi, władza coraz silniej kontroluje swoje otoczenie i pośrednio poszerza ten zakres kontroli.

Charakterystyczne jest również to, że władza oficjalnie od ponad trzydziestu lat werbalnie potępia „konsumpcyjny stosunek do życia”, a w praktyce ze wszystkich sił stara się ten stosunek spotęgować i utrwalić. A czy przypadkiem nie uczono takich postaw i zachowań już na początku lat siedemdziesiątych? I czy przypadkiem jest, że osławiony, wychowawczy „system Muszyńskiego”, uczący takich właśnie postaw i zachowań, został wprowadzony właśnie wtedy, niemal równolegle z reformą oświaty min. Kuberskiego, od najmłodszych klas szkoły podstawowej. Przypomnijmy, reformy opartej na zaleceniach KC PZPR, na podstawie wspominanego już „Raportu o stanie oświaty”. Raportu opracowanego głównie przez socjologów. Pamiętajmy też, że tak ukształtowane postawy i zachowania, wpajane kilku pokoleniom, nie zniknęły bez śladu. Takim śladem, między innymi, jest tak wyraźna bierność i oczekiwanie, że wszechmocna władza załatwi wszystko. Jak często słyszymy, w najbłahszej sprawie, że „rząd powinien”, zwłaszcza w środowiskach najuboższych, najsłabszych i najmniej wykształconych (ale nie tylko). Jak to tkwi w świadomości! Gonitwa za dobrami ma też jeszcze jeden, błogi dla władz, uboczny skutek. Powoduje oczywiste odwrócenie uwagi od tego co się rzeczywiście dzieje, zajmuje czas, nie zostawia go na refleksje, myślenie i rozwój osobowości. Zubaża człowieka, ogłupia go. A głupimi łatwiej rządzić (patrz: stałe obniżanie wymagań szkolnych).

Wspomniany wyżej system wychowania Muszyńskiego wart jest chociażby krótkiego i uproszczonego przypomnienia, jako wręcz modelowy przykład rozbudzania potrzeb nieelementarnych. Polegał on z grubsza na tym, że za każdą najmniejszą czynność, uczeń był premiowany określoną ilością punktów, a suma punktów składała się na całościową ocenę jego zachowania. Bardzo szybko uczniowie zaczęli orientować się co się bardziej opłaca, podlanie kwiatków, czy wytarcie tablicy. O spontanicznie i bezinteresownie wykonanych pracach nie było mowy, a „postawy roszczeniowe” rosły w takim tempie, że wkrótce przy zwykłym „dziękuję” maluch pytał, ile za to będzie miał punktów (autentyczne!). System ten skutecznie oduczał wszelkich spontanicznych zachowań społecznych. To co dotychczas było naturalne, jak pomaganie innym, opieka nad słabszymi, młodszymi, uprzejmość, uczynność itp. było natychmiast przez uczniów wyceniane i przeliczane na punkty. Bez tej zapłaty przestawało się liczyć, nie było czymś oczywistym i koniecznym, a więc było czymś zbędnym. Uczniowie wręcz wyszukiwali czynności za które można byłoby otrzymać punkty i unikali takich, które tych profitów nie dawały. Punkty się skończyły, kiedy powoli wycofywano się z tego programu, ale ukształtowane postawy pozostały. Coś – jedynie za coś. Tak świadomie wychowywano całe pokolenia wyrachowanych egoistów, przez prawie dziesięć lat. System Muszyńskiego po krótkiej agonii umarł, po cichu i w niesławie, śmiercią naturalną, ale pozostały po nim, poza egoizmem, również postawy roszczeniowe. Jako produkt uboczny sprawiły one trochę kłopotów władzom, bo kilka pokoleń robotników, zaczęło w dość nieodpowiednim momencie, nagle pytać „za ile”? Ale sama zasada, sztucznego rozbudzania potrzeb (uzyskiwanie punktów) i, że te potrzeby są zaspokajane przez władzę (nauczyciel) zdała egzamin. Ten system wychowania był od początku zwalczany i omijany, na wszelkie możliwe sposoby, przez co mądrzejszych nauczycieli, zwłaszcza starszego pokolenia, na co władze odpowiedziały drobiazgową i staranną kontrolą jego realizacji. Nieliczne wprawdzie i szczątkowe elementy takiego „działania wychowawczego” pozostały w praktyce szkolnej do dziś. System ten był zresztą wypaczoną i sprymityzowaną wersją, dopasowaną do aktualnych, socjotechnicznych potrzeb władz, bardzo ciekawego systemu korczakowskiego, stosowanego na początku lat dwudziestych.

3.Metoda kanalizacji ideałów: jest oparta na głębszych niż poprzednie pokładach psychiki ludzkiej. Tutaj system sterujący (władza) oddziałuje na wiarę, ideały i wartości sterowanych (społeczeństwa). Na podstawie przyjętej wiary lub przekonań kształtuje się konkretne postawy. Niewątpliwą zaletą tej metody jest to, że system sterowany (społeczeństwo) jest przekonany, że to co robi, robi z własnej woli i dla własnych ideałów, wierzeń i przekonań.

Zawsze, przez cały okres trwania, czerwona władza odwołuje się do naszego patriotyzmu, chrześcijańskich zasad postępowania, polskiej racji stanu itp., a zwłaszcza w sytuacjach kryzysowych. Przechwytując symbole, święta, na swój sposób interpretując historię. Może budzić niesmak coroczne świętowanie przez czerwonych oficjeli rocznic Grudnia, Poznania, daty wybuchu drugiej wojny światowej (mimo iż do 1941 roku w dużej swej części popierali towarzysza Hitlera), 3-go Maja, 15 Sierpnia, 11 Listopada, ale ma to głęboki socjotechniczny sens. Z jednej strony usprawiedliwiają swe poprzednie działania (polska racja stanu, uniknięcie obcej interwencji, mniejsze zło), z drugiej stawia po tej samej stronie katów i ich ofiary (które jakoby dążyły do tych samych celów, tyle, że „mniej rozsądnie”). I wielu do dziś uważa gen. Jaruzelskiego za polskiego patriotę, który uchronił nas przed sowiecką interwencją, mimo iż ujawnione dane z archiwów rosyjskich wyraźnie temu przeczą. Przypomnijmy sobie również nagłe „nawrócenia” czerwonych, udział w pielgrzymkach na Jasną Górę ich czołowych przedstawicieli, te wizyty u Papieża, przy równoczesnym zwalczaniu i relatywizowaniu wszystkich chrześcijańskich wartości. I to ciągłe powoływanie się na Kościół przez jego zaciekłych wrogów. Bo zrelatywizowane liberalne chrześcijaństwo, owo „jestem katolikiem, ale…”., pozwala na wykorzystywanie wiary do ich własnych celów. Czy nie dlatego wrogiem numer jeden jest Radio Maryja, które w swym działaniu jest niezależne i niesterowalne, które jest wrogie relatywizowaniu wiary (a wcale nie fundamentalistyczne, we współczesnym, pejoratywnym rozumieniu). A znakomita większość „postępowych katolików”, którym wrogowie katolicyzmu umożliwiali i umożliwiają działalność opiniotwórczą, działa z pełnym przekonaniem w słuszność swoich poczynań. Prześcigają się w tym nieświadomym współdziałaniu z władzą całe rzesze „poputczików” różnej maści, narodowców, socjalistów, ludowców, patriotów, europejczyków, katolików itp. i do głowy im nie przychodzi, że całym swym działaniem pracują na benefis władzy, że są świadomie i bezczelnie wykorzystywani. No i słynne „mniejsze zło” Jaruzelskiego. Lepiej ześwinić się współpracą z naszymi kolaborantami niż wpaść pod bezpośredni zarząd sowiecki. Teza „mniejszego zła” nie jest zresztą jego wyna- lazkiem. Jako sposób kanalizowania ideałów przewija się przez całe PRL. Kiedy w latach sześćdziesiątych, jako działacza ZSP, nienajlepszego zresztą, namawiano mnie, gorąco i uporczywie, na wstąpienie do PZPR, roztaczano przede mną taką mniejwięcej wizję: „Poza partią nie będziesz mógł niczego zmienić, ale jeśli wstąpisz wtedy będziesz miał o wiele większe możliwości czynienia czegokolwiek dla dobra kolegów, kraju, Ojczyzny, itp., no i oczywiście dla samego siebie, bo ułatwimy ci studia i karierę. Będziesz miał szansę na nadanie partii ludzkiego oblicza. Wiemy, że jest w niej sporo ludzi kiepskich czy wręcz złych, więc potrzeba nam w niej ludzi uczciwych.” Znałem wielu uczciwych i porządnych ludzi, którzy ulegli takiej kuszącej perspektywie, jak chociażby ów dyrektor podgdańskiego PGR, doskonały i cieszący się dużym autorytetem u podwładnych fachowiec, który uległ tej argumentacji na dwa lata przed emeryturą. Dodajmy, popartej delikatnym szantażem – nie miał pełnych kwalifikacji na to stanowisko. Stara metoda „kija i marchewki” zawsze doskonale się sprawdza. Uległ i bardzo tego żałował. Ubijano przy tym kilka interesów. Łamano moralny kręgosłup danej osoby, a równocześnie oddziaływano poprzez jej autorytet na otoczenie. Jeżeli on się zapisał, to może nie jest to takie naganne, może rzeczywiście można tym sposobem coś dobrego osiągnąć? I w drobnych sprawach czasami pozwalano coś osiągać. Ba, wiele osób naprawdę w to uwierzyło, częściowo aby zracjonalizować swoje własne postępowanie – mechanizm dobrze znany w psychologii, a częściowo aby świadomie usprawiedliwić własną słabość. A wierzono tym chętniej, że w sprawach niesprzecznych z celami systemu, bądź nie kolidujących z tymi celami, nie przeszkadzano, a nawet pomagano, szeroko wykorzystując to propagandowo (patrz – odbudowa kraju). I krąg podporządkowanych się poszerzał. Tę metodę stosowano od samego początku. Kto nie chciał odbudowywać kraju po wojennych stratach? Komu nie leżało na sercu dobro swoich bliskich? Dobro tego wszystkiego o co tak długo walczył.

Te samą dokładnie metodę stosowano przy agitacji za wstąpieniem do UE. Nic dziwnego – robili to dokładnie ci sami ludzie. I dla mnie osobiście był to najważniejszy argument przeciw.

Swego rodzaju ciekawostką, obrosłą już w swoistą legendę, były działania skierowane na młodzież, zawsze najbardziej zapalczywą i skorą do buntu. Wpuszczono ją perfidnie w kanał muzyczny. Jakie było moje zdziwienie kiedy w najbardziej „czarnym” okresie stanu wojennego, zjawił się u mnie, bez żadnej przepustki, mój młody krewny z drugiego końca Polski. Okazało się, że przyjechał na koncert zespołu młodzieżowego w Hali Stoczni. Wprawdzie zatrzymano go na dworcu w Poznaniu, gdzie wraz z grupą sobie podobnych odsiedział przepisowe 48 godzin, ale wypuszczono ich tak, żeby na koncert zdążyli. Tym dziwniejsze, że był to chłopak już przed grudniem zaangażowany w solidarnościowe działania, że redagował jakąś niezbyt propaństwową gazetę, że w pierwszych dniach „stanu” aresztowano go i pobito w śledztwie. I zamiast go ciupasem zamknąć, czy internować przy pierwszej okazji naruszenia przepisów, pozwalano mu i jemu podobnym, mniej lub bardziej spokojnie, wędrować po kraju, od koncertu do koncertu. Kiedy zwróciłem mu na tę osobliwość uwagę, sugerując by zajął się czymś istotniejszym, chociażby kontynuacją tegoż pisemka, uznał mnie za „wapniaka”. Z zapałem tłumaczył mi jakie to „mocne” teksty są śpiewane na tych koncertach, jaką to ci fani popmuzyki stanowią siłę i jak się ich ZOMO boi. I zamiast pracować nad organizacją swego środowiska i nad sobą, co było rzeczywiście groźne dla władzy, nadal wędrował po koncertach, jałowo marnując czas na przepychankach z milicją, święcie przekonany, jak i jego rówieśnicy o „słuszności sprawy”. Ciekawe, na ile świadomi swej roli byli wykonawcy owych koncertów? To samo dotyczy ówczesnych masowych demonstracji, w których brali udział i dorośli, i młodzież, nieodmiennie kończonych pałowaniem i kontrybucją za zatrzymanych. Na ile ich inspiratorzy z „Solidarności” byli inspirowani przez władzę? Przekonani o słuszności swych działań ludzie wychodzili na ulicę i zamiast się organizować, zamiast rzeczywiście tworzyć alternatywne „państwo podziemne”, marnotrawili czas i energię. Z pełnym przekonaniem o słuszności swoich działań.

4. Te trzy metody socjotechniki wyższego stopnia wspomagane są metodą intensyfikacji lęku. Jest ona skierowana na wzmocnienie podporządkowania osiąganego poprzednimi metodami. Tak między innymi działa prawo jako narzędzie profilaktyki kryminalnej lub bojówki terrorystyczne w państwach totalitarnych

Ta metoda najbardziej kojarzy nam się ze stanem wojennym, który najczęściej jest rozumiany jako próba podporządkowania sobie społeczeństwa siłą, brutalnym terrorem, z góry niejako skazanym na niepowodzenie. Zgodnie ze słynnym, bodajże Talleyranda powiedzeniem: „Na bagnetach można się oprzeć, ale nie sposób siedzieć”. Nic bardziej błędnego! Nie było strachu i terroru ani o gram więcej niż było potrzeba. Można to prześledzić dość dokładnie:

Pierwsza faza to okres od sierpnia 1980 do czasu wprowadzenia „stanu”. Nie odbiegało to od stereotypowego przez cały okres rządów, od epoki stalinowskiej obrazu zastraszania. Groźby były te same: wojna światowa (kataklizm nuklearny), możliwość bratniej pomocy, załamanie gospodarcze (trochę śmieszne – bo niby co się jeszcze mogło załamać?), zagrożenia ekologiczne, wzrost przestępczości. Ten ostatni bardzo realnie wspomagany przez władzę, być może niektórzy pamiętają jeszcze, natychmiastowe niemal wypuszczanie złodziejaszków i bandziorów, prawie na oczach ludzi którzy ich ujęli, np. na dworcu w Gdyni. Taki apokaliptyczny obraz potęgowała TV bombardując wręcz informacjami o napadach (Tu nasuwa się oczywista analogia z obecnym sposobem straszenia, podczas gdy w rzeczywistości sytuacja, w porównaniu z poprzednimi okresami, znacznie się poprawiła.). Oczywiście nadal zdarzały się „pobicia przez nieznanych sprawców”, czy zabójstwa na tle politycznym, ale ich intensywność nie odbiegała chyba od socjalistycznej normy. Natężenie działań wzmagało się lub słabło w zależności od potrzeb, a swe apogeum osiągnęło chyba w czasie tzw. sprawy bydgoskiej. Później zarówno straszenie jak i propagandę znacznie wyciszono, aż do wprowadzenia stanu wojennego. Paradoksalnie owa groźba „pistoletu strajkowego” wymierzonego we władzę, jaką uzasadniał Jaruzelski wprowadzenie owego stanu, ograniczała się w okresie poprzedzającym grudzień, na ile pamiętam, do strajku Oficerskiej Wyższej Szkoły Straży Pożarnej (raptem kilkaset osób, a strajk szybko i brutalnie stłumiono) i jakichś dwu pegeerów w lubuskim czy koszalińskim.

Druga faza zaczyna się od grudnia 1981. Na początku uderzenie typowo siłowe, internowanie potencjalnie niebezpiecznych dla władz ludzi, wprowadzanie drakońskich, nierealnych i niewykonalnych przepisów (tak aby każdy mógł być winny), rozbijanie społeczności. Dla uwiarygodnienia siłowego scenariusza – tragedia kopalni „Wujek”. Nie mam żadnych wątpliwości, że nie był to „wypadek przy pracy”, czy samowola pomniejszych dowódców. Wszystko to przy szermowaniu patriotycznymi hasłami, odwoływaniu się do powszechnie uznawanych ideałów, do wyższych racji, przy równoczesnym puszczaniu perskiego oka, że to w celu zapobieżenia wejściu „przyjaciół”. Później staranne dozowanie strachu, zarówno w środkach masowego przekazu jak i na ulicy. Jak społeczeństwo obojętniało na mundury i łapanki i nabierało poczucia siły, to strzelano, jak np. w Lubinie, czy na znacznie mniejszą skalę w Gdańsku (a być może i gdzie indziej, nie wiem). Nigdy jednak nie przekroczono granic, których naruszenie spowodowałoby desperacki opór, nawet niezbyt dużych, ale dobrze zorganizowanych grup i powstanie autentycznej, alternatywnej władzy. Bano się chyba doświadczeń powojennych, gdzie przez kilka lat, szczupła garstka „żołnierzy wyklętych” (około 600 „leśnych ludzi” którym nie dano żadnego wyjścia) na dużych obszarach skutecznie paraliżowała działania władz kolaboracyjnych i okupantów, utrzymując w stałym pogotowiu kilka sowieckich i polskich, „ludowych” dywizji. PRL i jej zdemoralizowana armia z pewnością tego by nie przetrzymały, a wkroczenie sąsiadów przyniosłoby prawdopodobnie jeszcze gorsze skutki, cofając sytuację do tragicznych lat czterdziestych. Tego cały sowiecki system mógł nie wytrzymać. Stąd huśtawka i cykliczne, stosownie do potrzeb, „luzowanie i przykręcanie śruby”. Lęk był powszechny i uzasadniony, bo można było być aresztowanym za byle co, przez zupełnie głupi przypadek, zagrożony był byt rodziny, przyjaciół, niepewna przyszłość. Ale równocześnie można było żyć; poprzednie lata, poza odorem gazu na ulicach i zniknięciem części ukrywających się, czy aresztowanych znajomych, nie różniły się tak bardzo, a z aresztu, dzięki szczodrości biednego skądinąd społeczeństwa i Kościoła, można było się wykupić. Nawet działania przeciwko władzom były dla wielu podobne do poprzednich: kolportaż nielegalnej prasy, demonstracje, szeptanki, kawały polityczne.

Na poszczególne grupy społeczeństwa działano po staremu, Wykorzystując naiwność niektórych autorytetów, kupując lub szantażując inne, albo też, dla podanych powyżej przyczyn, zabijając, przez „nieznanych sprawców”, ludzi niewygodnych i nie nadających się do „nawrócenia” (Patrz: ksiądz Suchowolec, ks. Niedzielak, ks. Popiełuszko i inni, żeby ograniczyć się do jednego środowiska). Jeśli na większą skalę niż w poprzednich okresach – to minimalnie. W propagandzie wykorzystywano zresztą bezwstydnie Kościół i naiwność niektórych jego dostojników. Pamiętam wyjątkowo głupią wypowiedź Prymasa na temat tego, że żart jest bronią i żeby nie kpić z przeciwników, bo to ich poniża; czy równie mało rozsądne potępienie przez niego bojkotu TV przez aktorów (Zdaje się tylko Kloss i Kłos otwarcie poparli Jaruzelskiego, co skutecznie zakończyło ich aktorską karierę – nawet po stanie wojennym nie udało się ich reanimować.). Obecne, publiczne poparcie przez Prymasa akcesu do Unii, jest chyba wystąpieniem tej samej rangi. Nawet jeśli się ma jakieś zdanie, czasami lepiej jest milczeć, zwłaszcza jeśli w przeszłości popełniało się takie lapsusy.

Bezczelność propagandzistów typu Urbana też była w takie działania wkalkulowana – wszyscy wiedzieli, „że rząd się jakoś przeżywi”, a oni niekoniecznie (Nikt chyba jednak nie przypuszczał, że rząd, z Urbanem na czele, zrobi to tak skutecznie, jak to można obecnie zaobserwować.). Nadal ze zdumiewającym brakiem konsekwencji straszono przestępczością. Fenomenalny jest zresztą ten wzrost aktywności rzezimieszków, w społeczności poddanej tak drobiazgowemu nadzorowi i restrykcjom milicyjnym. (Być może zgodne to było z powojennym stwierdzeniem: „Bandytów i złodziei u nas nie ma. Wszystko do milicji poszło.”).

Zastraszaniu i utrzymywaniu poziomu lęku wspaniale służyła tzw. weryfikacja kadr pracowniczych. Długo i głośno mówiło się o niej, z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem, podgrzewając atmosferę. W mojej szkole nastąpiła w czerwcu 1981 roku i nie miałem okazji wziąć w niej udziału – przebywałem na kursie instruktorskim i bezczelnie pławiłem się w słońcu, pod żaglami, na mazurskich jeziorach. Później już nikt mnie nie nękał, mimo iż kilku moich znajomych w podobnej sytuacji wzywano na dodatkowe rozmowy weryfikacyjne. Pamiętam jednak atmosferę przed ową osławioną weryfikacją. Zrozumiałe były obawy działaczy i szeregowych członków „S”, każdy z nas robił krótki rachunek sumienia, czy gdzieś nie popełnił błędu za który przyjdzie mu zapłacić, a za który mogą również zapłacić inni. Ale atmosfera strachu dotknęła wszystkich pracowników. Każdy dosłownie miał coś na sumieniu, od czytania nielegalnej prasy po tak prozaiczne rzeczy, jak zakup „na lewo” kilku kilogramów rąbanki. A niepowściągliwość języka, a komentowanie w szerszym gronie bieżących wydarzeń, lub opowiadanie dowcipów politycznych? Toż to było „podważanie ustroju”! Konsekwencją nieostrożności wobec kolegów czy uczniów mogła być utrata pracy i niemożność pozyskania innej. Groźba realna i poważna. Ale tylko groźba. Tak jak w przypadku strzelania do demonstrantów, wypadki zwolnień w wyniku weryfikacji były, przynajmniej w mojej branży, raczej nieliczne, ponieważ miały służyć, tylko uwiarygodnieniu działań władz, urealnieniu groźby. Nie wszędzie było zresztą tak lekko. Na, nieprzypadkowo wspomnianym powyżej, kursie instruktorskim zajęcia mieli prowadzić fachowcy z gdańskiego AWF. Ponieważ „wisiała” nad nimi weryfikacja, nie stawił się żaden. Kurczowo „trzymali stołki”. Ponieważ na kursie byli głównie pedagodzy – żeglarze, sami z niezłym i ciekawym skutkiem organizowaliśmy zajęcia. W końcu podrzucono nam jakiegoś asystenta, nie z branży zresztą, który był całkowicie apolityczny i nieszkodliwy. No i okazało się, że właśnie on, pod nieobecność na uczelni, został zweryfikowany negatywnie.

Weryfikacja, poza zastraszeniem, miała jeszcze jeden wyraźny cel – wyszukiwanie ludzi słabych, pokornych i bojaźliwych. Do ewentualnego wykorzystania, w celu np. inwigilacji środowiska. Nie przypominam sobie, żeby ktoś, zachowujący się w czasie „przesłuchań” wręcz bezczelnie, został z powodu weryfikacji zwolniony z pracy.

Z takich spektakularnych zwolnień pamiętam jeszcze jedno: Bodajże w Pucku zwolniono z pracy nauczycielkę, za wpis tematu w dzienniku „Wałęsa – laureatem nagrody Nobla”. Ładnie to zresztą nagłośniono zarówno w prasie nielegalnej jak i reżimowej. Nota bene, i wówczas i obecnie, uważałem jej postępek za skrajną naiwność i głupotę, lub świadome „prowokowanie męczeństwa”. Wystarczyło inaczej sformułować temat, np. „Laureaci nagrody Nobla”. A nie wiadomo, kto i co przekazywał uczniom po jej odejściu, czyli że zyskała rozgłos ze stratą dla uczniów. Nigdy, przez trzydzieści lat, nie zawiodłem się na zaufaniu do uczniów, mimo że uchodziłem za wrednego i wymagającego belfra, i niektórzy mieli słuszne powody by mnie nie lubić. Moi uczniowie słyszeli ode mnie i o 17 września, i o Katyniu, itp. sprawach, a miałem wśród nich dzieci wysokich oficerów milicji i SB. Prawdę w szkole zawsze można było przekazywać, o ile nie ulegało się powszechnej atmosferze strachu, i ja sam miałem wielu takich nauczycieli. A młodzież zawsze mieliśmy wspaniałą. Nauczycieli straszono zresztą permanentnie i straszy się nadal, redukcjami zatrudnienia, zwiększaniem wymagań, zwiększaniem pensum godzin, koszmarnym piętrzeniem zbędnej biurokracji, obowiązkiem ustawicznego dokształcania się. Toteż jest to jedna z najbardziej pokornych i zindoktrynowanych branż. Nic w tym dziwnego – chodzi o bezpośredni wpływ na młodzież. Nie ma takiego idiotyzmu, którego w szerokiej masie nie zaakceptowałoby to środowisko. Wyjątki tylko potwierdzają regułę.

Wracając do przytoczonej na wstępie definicji, można uznać, że przez cały okres realnego socjalizmu i stanu wojennego, zarówno prawo, jak i esbeckie bojówki terrorystyczne, podtrzymywały permanentnie, określony i dokładnie wyliczony stan lęku w społeczeństwie.

Jak jednak w takim razie ocenić obecny stan przepisów prawnych, których ilość przekracza możliwości percepcji nie tylko przeciętnie inteligentnego obywatela, ale i wielu prawników? Że duża część przepisów, np. podatkowych, jest sformułowana mętnie i pozwala na dowolność interpretacji. Że nowo wprowadzane przepisy i prawa z reguły tę sytuację komplikują. Że znowu każdy może być czemuś winien, a jak się powszechnie podkreśla, nieznajomość prawa nie zwalnia od odpowiedzialności. Czy nie jest to stosowanie nadal techniki intensyfikacji lęku? (patrz: projekt ustawy o deklaracjach majątkowych). Czy mnożenie oddziałów rozmaitych policji, o bardzo szerokich uprawnieniach, nie zastępuje częściowo w tych działaniach dawnych esbeckich bojówek? Czy te terrorystyczne bojówki w ogóle zniknęły bez śladu? (patrz: niewyjaśnione, głośne w ostatnich latach, morderstwa osób ze świata polityki) Zwłaszcza, że ich dawni mocodawcy mają się doskonale i znowu są u władzy? No i audycje TV, od dzienników – po specjalne programy, aż kipiące od pospolitej przestępczości. Jeśliś starszy, to rusz pamięcią, oderwij się od TV i popatrz na swoje najbliższe otoczenie. Czy jest w nim więcej przemocy i bandytyzmu niż 10, 20, 30 lat temu? Dla mnie jest tyle samo, chociaż niewątpliwie wciąż o wiele za dużo. Czy to szerokie nagłaśnianie braku bezpieczeństwa to nie ta właśnie wspomniana socjotechnika?

III. Metody stosowane wobec systemów pośredniczących, wówczas i dziś.

W skali makro, a o takiej tutaj mówimy, w procesach sterowania biorą na ogół udział: system sterujący (władza, jej centrum dyspozycyjne), system sterowany (społeczeństwo), oraz systemy pośredniczące (grupy wyodrębniające się własnymi celami, np. niektóre grupy zawodowe, zespoły naukowe, organizacje, partie polityczne, mniejszości etniczne itp.) Rola systemów pośredniczących we wspomaganiu sterowania jest olbrzymia, aczkolwiek członkowie „wchodzący w skład zespołów pośredniczących nie znają często celu głównego, do którego realizacji się przyczyniają, lecz jedynie cele pośrednie.” Dodajmy – i to nie zawsze. Są na ogół wykorzystywani jako „ślepe” narzędzia, nawet przy świadomości, że i na nich ktoś oddziaływuje. Rola ich jest tym większa, im trudniejsze jest rozróżnienie „swój – obcy”, toteż w stanie wojennym odgrywały większą rolę jedynie w wewnętrznych działaniach systemu sterującego (a konkretnie, w działaniach centrum dyspozycyjnego władzy, w odniesieniu do zespołów realizujących cele ówczesnej władzy). Po zniesieniu stanu wojennego zaczęły odgrywać rolę pierwszoplanową.

Metody stosowane do systemów pośredniczących, w znacznym stopniu były i są skierowane na członków własnych podzespołów systemu sterującego. „Powstaje tu interesujące zagadnienie: w jaki mianowicie sposób centrum dyspozycyjne oddziałuje socjotechnicznie na tych, którzy sami są specjalistami od takich oddziaływań i to oddziałuje skutecznie. Pan M. K. Mlicki sugeruje, iż mogą to być te same metody opisane przez prof. J. Rudniańskiego jako metody kontrolowania otoczenia, omówione w poprzednim rozdziale.

Należy pamiętać, że opisane metody są stosowane łącznie i wzajemnie się uzupełniają, a w razie ich nieskuteczności stosuje się metody pośrednie. Polegają one na opanowaniu ośrodków pozornie z centrum dyspozycyjnym nie związanych. W totalitarnym państwie, jakim niewątpliwie starała się być PRL, a zwłaszcza w stanie wojennym, takich niezależnych ośrodków, poza opozycyjnymi (nielegalnymi), w zasadzie nie było. Najgłupszy związek działkowców, czy hodowców kanarków był zawsze w jakimś, mniejszym lub większym stopniu kontrolowany przez władze. Niemniej spełniały one rolę ośrodków pośredniczących. Władze same starały się tworzyć takie ośrodki i mimo, iż przywiązywały do tej działalności dużą wagę, wychodziło to nienajlepiej. Przykładem może być następujące zdarzenie: W stanie wojennym, z racji zajmowania się sportem, pomogłem, na ile się dało, w zorganizowaniu imprezy w dzielnicy (była to w zasadzie jedna z nielicznych okazji zdobycia sprzętu sportowego dla szkoły), można powiedzieć, że udzieliłem się społecznie. Proszę sobie wyobrazić moje zdziwienie i oburzenie, kiedy przysłano mi pocztą do domu, wypełnioną na moje nazwisko legitymację, osławionego Frontu Jedności Narodu. Nigdy w życiu nie przyszłoby mi do głowy zapisanie się do tej fasadowej przybudówki PZPR. Sądzę, że ta wątpliwa „przyjemność” spotkała nie tylko mnie, a akcja poniosła fiasko, bo wszyscy porządni ludzie unikali nawet fasadowych „wronich” organizacji jak zarazy.

W stosunku do zespołów niepodporządkowanych stosuje się metodę infiltracji oraz po prostu wywiad, o czym parę słów później. Przejdźmy teraz do metod stosowanych przez władzę (system sterujący) wobec zespołów (systemów pośredniczących) własnych i od niej niezależnych, bądź pozornie niezależnych:

1. Metoda potęgowania potrzeb ekspansji. Poprzez potrzeby ekspansji rozumiemy tu potrzeby władzy, posiadania, prestiżu i autorytetu.

W stanie wojennym, władza jako jedyny dysponent dóbr, mogła „swoim” zaspokajać w pełni większość tych potrzeb, w najmniejszym może stopniu potrzebę prestiżu i autorytetu. Chociaż zaspokojenie tych ostatnich mogła zapewnić jedynie w obrębie własnego zespołu, było to dla niej z pewnością wystarczające. Bojkot władzy i odsunięcie przez nią od stanowisk wielu jej rzeczywistych i potencjalnych przeciwników, zapewnił awans osobnikom z tzw. drugiej linii. Było to wyraźnie widoczne w środowiskach dziennikarskich i aktorskich, zwłaszcza w TV, ale dotyczyło w zasadzie wszystkich.

Po stanie wojennym, po ukryciu i zakamuflowaniu centrum dyspozycyjnego, które stało się głównym ośrodkiem działań ekonomiczno-finansowych metoda ta jest wyjątkowo skuteczna. Pieniądze gwarantują spokojną możliwość zaspokojenia „swoim ludziom” tych wszystkich potrzeb.

2. Metoda kanalizacji ideałów. Metoda ta … polega na wyrabianiu przekonania, że …wykonywana praca dopomaga w obronie pewnych ideałów lub wartości istotnych dla… wykonujących tę pracę. Używane są tu takie hasła, jak „obrona ojczyzny”, „wolność”, „patriotyzm”, „prawa człowieka”, „humanizm” bądź „humanitaryzm”. Jest rzeczą godną uwagi, że przeciwstawne sobie i zwalczające się ideologie używają tych samych haseł z pewnymi tylko modyfikacjami.

Wysoce skuteczna, aczkolwiek zapoznana od dawien dawna metoda. A przecież już pan Zagłoba mawiał: „Diabeł ubrał się w ornat i ogonem na Mszę dzwoni”. Nigdy nie słyszałem słowa „Ojczyzna” tak często i w tylu odmianach, jak w ustach przedstawicieli władzy podczas stanu wojennego. Tak samo brzmią obecnie w panamillerowych i panakwaśniewskich ustach, co piętnaście, dwadzieścia, pięćdziesiąt lat temu. I dokładnie tyle samo znaczą i są tak samo wiarygodne. I jest zdumiewającym, że nadal są w tym wykonaniu skuteczne. Przestałem zupełnie wierzyć w jakąkolwiek „pamięć zbiorową społeczeństwa polskiego”, już łatwiej uwierzyć w zbiorową amnezję i głupotę.

Na obecnym etapie powyższe słowa zostały uzupełnione przez tych samych ludzi o: „cywilizację europejską”, „europejską kulturę”, „zjednoczoną Europę”, „wchodzenie do Europy”, czy przytoczoną wcześniej panamillerową „europejską solidarność”. Tylko humanizm pozostał ten sam: pozwolę sobie przypomnieć anegdotę sprzed ponad pół wieku: „W latach stalinizmu Mandelsztam bąknął któregoś dnia do żony po przeczytaniu mowy Stalina o „nowym humanizmie sowieckim”: „Nie wiedzieliśmy, że jesteśmy w łapach humanistów.”

3. Metoda splotu interesów. W wersji łagodniejszej metoda ta polega na doprowadzeniu do sytuacji, w której jak największa liczba interesów jak największej liczby...członków zespołu pośredniczącego… zgodna jest z interesami centrum dyspozycyjnego. Doprowadzenie do konwergencji lub nawet tożsamości celów obu stron zwiększa bowiem zakres kooperacji pozytywnej między nimi.

W tym celu wciąga się w zewnętrzne kręgi struktury władzy, ludzi z kierowniczych stanowisk w systemie pośredniczącym, a także ludzi cieszących się wysokim prestiżem, autorytety. W wersji ostrzejszej metoda ta przybiera postać wymuszenia określonych działań poprzez grożenie ujawnieniem kompromitujących informacji…

W stanie wojennym wyrażano często zdziwienie, że „niby taki porządny człowiek, a tak się ześwinił”. Powyższy akapit wyjaśnia, być może, część takich przypadków. I nie należy potępiać tych ludzi, a raczej im współczuć. I w żadnym wypadku nie obdarzać nadal zaufaniem. Bo groźby dotyczyły nie tylko możliwości kompromitacji, ale często życia i zdrowia własnego i bliskich. Nie każdego stać na heroizm.

Jak szeroko stosowana jest obecnie ta metoda widać wyraźnie w naszym życiu politycznym. Kooperacja Unii Pracy z SLD zaszła tak daleko, że ta pierwsza jest już w zasadzie, nawet nie filią, a jednym z wewnętrznych oddziałów tej partii, noszącym, nie bardzo wiadomo dlaczego, inną nazwę. Na równie dobrej drodze znajduje się PSL, czy resztki Unii Wolności. Wspólnota interesów, zwłaszcza w kręgach kierowniczych wymienionych partii, jest nieomal modelowym przykładem cierpliwego stosowania powyższej metody. Nasza droga do Unii Europejskiej też prowadzi poprzez tę metodę, ile osób już czerpie zyski z pracy w rozmaitych agendach Unii, czy naszych rodzimych Komitetach Integracji? Warto by opublikować listę i sprawdzić, jakie są sploty interesów naszych czołowych euroentuzjastów

4. Metoda intensyfikacji lęku. Metoda ta polega na wywoływaniu … lęku przed konsekwencjami, jakie mogłyby wyniknąć z odmowy współpracy z centrum dyspozycyjnym. Konsekwencje te są często niejasne, a oddziaływanie centrum tak skryte, że powoduje lęk właśnie, a nie strach i utrudnia podjęcie przeciwdziałań.

Metoda ta była dostatecznie szeroko omówiona, ale warto odwołać się do przytoczonej wcześniej weryfikacji kadr. Z weryfikacji tej ostatecznie nie wyciągano na większą skalę żadnych konsekwencji, ale ich niejasność spowodowała pożądany poziom lęku przed nią, w trakcie, a także po niej.

Obecnie taki bicz na niepokornych stanowi bezrobocie, podstawowy lęk jaki nam w II PRL towarzyszy. Zresztą nie tylko u nas i nie tylko nam. Również obecna ilość przepisów, możliwych do naruszenia i mnożonych niemiłosiernie, ułatwia stosowanie tej metody (także nie tylko u nas, patrz: przepisy unijne). A szeroka dowolność ich interpretacji powoduje niejasność konsekwencji w przypadku ich naruszenia, a więc może wytwarzać odpowiedni poziom lęku.

Swoistym podsumowaniem tych rozważań jest poniższe odwołanie się do uwag pana M. K. Mlickiego na temat teorii gier. Jest on raczej przeciwnikiem rozwiązywania zagadnień sterowania społecznego przy pomocy tej teorii, niemniej, jego uwagi na ten temat, są świetną ilustracją do sytuacji zaistniałej po zawieszeniu stanu wojennego i przy stopniowym przechodzeniu władzy do parademokratycznych form rządzenia. Doskonale też ilustruje naszą, i nie tylko naszą, obecną scenę polityczną:

– w przypadku stosowania socjotechniki przez centrum dyspozycyjne przeciwko zespołowi lub jego elementom specyfiką takiej gry jest fakt, iż sterowani nie mogą nie wziąć udziału w grze, a nierzadko nie zdają sobie sprawy z istnienia gry i z jej wartości.

– Szerokie stosowanie metod infiltracji oraz zyskiwanie sprzymierzeńców w obozie przeciwnika powoduje, że trudno niekiedy określić, która jednostka w którym zespole gra – możliwe jest np. granie jednostki w dwu zespołach naraz w interesie trzeciego, nie biorącego bezpośredniego udziału w grze.

– Pośredniość i kamuflaż działań sprawiają, iż zewnętrznemu obserwatorowi trudno orzec, ilu graczy bierze udział w grze, jakie tworzą oni koalicje i jakie obowiązują reguły. Niekiedy bywało to wręcz niemożliwe.

Konia z rzędem temu kto potrafi obecnie wskazać np. gdzie mieści się centrum dyspozycyjne władzy. Kiedyś było to jasne – w Moskwie, a dzisiaj? Nadal w Moskwie? W Brukseli, Nowym Jorku, Paryżu, Berlinie? A może jeszcze gdzie indziej? Bo chyba nie w Warszawie?

5. Inne metody socjotechniczne i niesocjotechniczne:

a) metoda kamuflażu:

– Kamuflaż ten może polegać np. na przedstawianiu pewnych postaw i ideałów jako zgodnych z powszechnie uznawanymi normami moralnymi. W rzeczywistości postawy te oraz zachowania służą wyłącznie lub głównie celom centrów dyspozycyjnych i z powszechnie uznawanymi normami nie są zgodne, lub prowadza do celów z tymi normami sprzecznych.

Ma to mniej więcej następującą postać: Wszyscy cenimy kulturę europejską, kto optuje przeciw akcesowi do Unii, występuje przeciwko tej kulturze, panowie z Partii Umiarkowanego Postępu w Granicach Prawa są przeciwni wstępowaniu do Unii, więc w obronie europejskiej kultury należy wystąpić przeciw tej Partii. Tymczasem ta właśnie partia, jak sama nazwa wskazuje, jest baaardzo umiarkowanym zwolennikiem akcesu, a na dodatek, niechęć do wtopienia się w Unię nie jest równoznaczna z wystąpieniem przeciwko kulturze europejskiej.

To samo w skrócie i bardziej teoretycznie:

„A” jest cenne.

Kto działa na sposób „C” działa przeciw „A”.

„X” działa na sposób „C”;

W obronie „C” należy zwalczać „X”.

Tymczasem: „X” nie działa w sposób „C”.

Działanie „C” nie ma nic wspólnego z wystąpieniem przeciw „A”.

A oto inny wariant tego schematu, żywcem niemal z argumentacji władz stanu wojennego: Ojczyzna jest najwyższym dobrem. Kto narusza w niej spokój, protestuje, demonstruje, strajkuje, konspiruje itp. występuje przeciwko Ojczyźnie. Niektórzy działacze „Solidarności” (niektórzy – bo nie można było kompromitować się, oskarżając prawie dziesięć milionów ludzi. Ich należało zneutralizować lub pozyskać) właśnie ten spokój naruszają, podżegają, knują i rozrabiają. Należy więc w obronie tej najwyższej wartości jaką jest Ojczyzna, przeciwstawiać się działaniom „Solidarności”. Tymczasem ani ówczesna „Solidarność” nie występowała przeciw patriotyzmowi, ani działania przeciw „wronie” nie były działaniami przeciw Ojczyźnie. Dobrze ten schemat pamiętam, bo większość wystąpień ówczesnych „namiestników” według niego się wypowiadała. Do znudzenia przewijał się on w wystąpieniach samego Jaruzelskiego.

Kamuflaż ten polega na omówionej wcześniej metodzie kanalizacji ideałów i jest szczególnie niebezpieczny. Przykłady historyczne uczą, że dzięki stosowaniu tej metody centra dyspozycyjne skłaniały ludzi do działań niezgodnych, lub nawet sprzecznych z ich interesami.

Innym sposobem kamuflażu jest propagowanie i rozpowszechnianie, a obecnie wręcz nadużywanie haseł, które nie mają dobrze określonych denotacji lub co innego znaczą dla centrum dyspozycyjnego, co innego zaś dla zespołu kierowanego przez to centrum. Takimi hasłami o zabarwieniu etycznym są np. demokracja (z rozmaitymi przymiotnikami), cywilizacja, humanizm, postęp, rozwój, tolerancja itd. Własne działania są przedstawiane jako realizowanie tych wartości etycznych, albo wykorzystuje się te wartości do stymulowania działań, które pośrednio lub bezpośrednio są z tymi działaniami sprzeczne.

Nie trzeba tłumaczyć nawet idiocie, że „demokracja” w stanie wojennym, zupełnie co innego oznaczała dla społeczeństwa, a zupełnie co innego dla władzy, a cóż dopiero „demokracja socjalistyczna”. Dla wielu komunistów zupełnie inną denotację miało również słowo „Ojczyzna”, wszak wedle rozpowszechnionej teorii, prawdziwą ojczyzną komunisty był Związek Sowiecki. O stalinowskim humanizmie już wspominałem.

Obecnie warto zwrócić uwagę na to, jak w imię wolności (bardzo szerokie pojęcie), narzuca się innym, bardzo szerokim kręgom, swoje wąskie, poprawne politycznie pojęcia. Wolność słowa – pod warunkiem, że przyjmujesz moje poglądy, wolność myśli – o ile myślisz poprawnie. Słowem wersja wolności wg. „Gazety Wyborczej” (patrz: sprawa dr Ratajczaka i inne). Wolność polityczna, o ile zgadza się z moimi interesami (patrz: Jugosławia, Afganistan, obecnie Irak). Suwerenność o ile się podporządkujesz. Przemoc w imię wolności i demokracji. Nie ma tolerancji dla nietolerancji. Wojna w imię pokoju. Ktoś kiedyś powiedział, że tak usilnie walczymy o pokój, że niedługo cały świat będzie w stanie wojny (zdaje się, że brzmiało to mocniej).

Bardzo często też manipuluje się hasłami, przeciwstawiając je sobie, np. wolność lub bezpieczeństwo. I w imię demokracji, wolności i ich bezpieczeństwa, ogranicza się tę właśnie wolność i demokrację, chociaż poprawa bezpieczeństwa jest conajmniej iluzoryczna (patrz: USA po 11 września, u nas – ciągle).

b) wywoływanie i ukierunkowywanie agresji:

– W zespołach ludzkich kierowanych przez dane centrum dyspozycyjne powstają często emocje negatywne. Emocje te są w znacznej mierze spowodowane frustracją;

– Frustracja prowadzi do zachowań agresywnych, regresywnych bądź do fiksacji. Wszystkie te zachowania zmniejszają możliwości sterowania zespołem. Dotyczy to szczególnie agresji, która może się łatwo obrócić przeciwko centrum dyspozycyjnemu;

– Tłumienie powyższych zachowań, jeśli w ogóle jest możliwe, jest trudne i kosztowne.

– Dlatego też należy dać ludziom możliwość rozładowania emocji w sposób kontrolowany przez centrum dyspozycyjne i maksymalnie dla tego centrum nieszkodliwy. Najlepszym rozwiązaniem jest wykorzystanie agresji lub regresji do realizacji celów centrum dyspozycyjnego.

Cała „lewa strona” od początków swego istnienia wykorzystywała tę technikę i wykorzystuje ją nadal, wyraźnie wskazując całe zło tego świata: kapitalizm, międzynarodową finansjerę, imperializm etc. Wykorzystano zjawisko przenoszenia agresji: Gdy przyczyna frustracji leży poza zasięgiem oddziaływania człowieka, jego reakcja zwraca się przeciwko tym ludziom lub przedmiotom, które można dosięgnąć. Ponieważ trudno jest walczyć z abstrakcyjnym „kapitalizmem” wskazywano palcem grupy będące w zasięgu ręki: najpierw większych posiadaczy czegokolwiek, obszarników, ziemian, kapitalistów, przemysłowców, Kościoły, potem, w miarę postępu grabieży, grupy coraz mniej bogato uposażone: drobnych przemysłowców, sklepikarzy, kułaków, kler. Wskazywano na prosty sposób zrealizowania jednej z potrzeb, potrzeby posiadania – rabunek (patrz powyżej: metoda potęgowania potrzeb ekspansji), ze wskazaniem palcem kogo w danym momencie należy rabować.

Gdy w realnym socjalizmie rozgrabiono już to wszystko i zaczęto grabić zwykłych, szarych obywateli, w sposób który nie śnił się najbardziej krwiożerczym kapitalistom, trzeba było poszukać innych grup na które można było łatwo kierować agresję: spekulantów, bikiniarzy, szkodników, bumelantów. Skutków to wielkich nie odnosiło, bo bez części takich grup jak np. „prywaciarze”, „paskarze” czy „spekulanci”, życie w tym najlepszym z ustrojów, byłoby niemożliwe, a wielką część społeczeństwa można było spokojnie zaliczyć do pozostałych. Trzeba było znaleźć inną grupę, nawet pośród swoich najwierniejszych pretorianów, byle agresję rozładować. Jeżeli uniemożliwi się rozładowanie agresji w danym momencie oraz kierunku, to w późniejszym zadziała ona w innym, trudnym do przewidzenia kierunku i przeważnie z większą siłą, gdyż ma ona tendencję do kumulowania się. W 1968 roku taką grupą stali się Żydzi. Ówczesny rząd chcąc rozładować napiętą sytuację zaatakował tę, dość eksponowaną w swych szeregach grupę, z całą siłą totalitarnej propagandy i machiny państwowej. Pomińmy tu rozgrywki wewnątrz samej partii, ów nieprecyzyjny, a tak chwytliwy propagandowo podział PZPR na „Chamów” i „Żydów”. Po jednej i po drugiej stronie byli i nasi rodzimi dranie, i równie drańscy przedstawiciele wybranego narodu. Do wyjazdu z Polski zmuszono przede wszystkim sporą ilość przyzwoitych, Bogu ducha winnych ludzi, po to głównie, aczkolwiek nie jedynie, aby rozładować narastającą w społeczeństwie agresję. Poza tym socjotechnicznym celem realizowano też inne. Umożliwiono wyjazd zagrożonym tą kampanią „swoim”, i ci wyjeżdżali w dużo lepszych niż przyzwoici ludzie warunkach. Wśród wyrzucanych, jak przy każdym większym exodusie, z pewnością umieszczono też sporą ilość agentów, uszczęśliwionych zresztą okazją do wyjazdu z socjalistycznego raju. I to głównie te grupy rodem z PZPR i KPZR, a nie zwykli, skrzywdzeni „pospolitacy” są, jak mi się wydaje, głównymi autorami trwającej od lat antypolskiej kampanii na Zachodzie.

Cała ta kampania nie wypaliła, gdyż była szyta zbyt grubymi nićmi.W 1970, w 1976 roku i w stanie wojennym próbowano skierować tłum w kierunku rabunków, nadać mu pozory zwykłego bandytyzmu czy chuligaństwa, co z tych samych względów również nie wyszło. Rabowali sklepy głównie prowokatorzy z SB, a nie gardziły tym procederem, jak pamiętam z Gdańska, również milicja i wojsko.

Nieprzypadkowo poruszyłem tu problem marca 1968 i kampanii antypolskiej na Zachodzie, prowadzonej, z różnych przyczyn, przez część środowisk żydowskich. Pozwolę sobie zwrócić uwagę na jeden aspekt tej sprawy, który co nieco tłumaczy. Otóż po marcu, Polaków żydowskiego pochodzenia jest niewielu. Poprzez bardzo mocne wyeksponowanie działalności części z nich w życiu politycznym i gospodarczym, oraz poprzez równoczesne budzenie upiorów antysemityzmu przez lewicowe środowiska opiniotwórcze (nikt chyba nie robi tego lepiej od „Gazety Wyborczej”, patrz: artykuły pana Cichego), wspomagane znakomicie przez wspomnianą kampanię antypolską, pracowicie buduje się nowego-starego kozła ofiarnego, zgodnie z zasadą: ….centrum dyspozycyjne, nawet jeśli początkowo agresja była zwrócona przeciwko niemu, może doprowadzić do jej bezpiecznego rozładowania. Zachowania agresywne kieruje się przeciwko grupom społecznym w obrębie własnego zespołu lub przeciwko innym zespołom, wskazując je jako winne sytuacji frustrującej. Często też samo centrum dyspozycyjne występuje przeciwko winnym….bowiem… sama obserwacja lub świadomość istnienia agresji przeciwko sprawcom frustracji doprowadza do rozładowania agresji własnej. Stąd też chyba wzięła się, tak ochoczo lansowana, karkołomna teza o istniejącym w naszym obecnym społeczeństwie „antysemityzmie bez Żydów”.

Taką też rolę rozładowywania agresji pełnią zapewne niektóre wystąpienia „Samoobrony”, jak np. osławione blokady, do których, jak pokazał przykład katowicki, można było spokojnie nie dopuścić. Do niczego pozytywnego nie doprowadziły, ale z pewnością pozwoliły na rozładowanie napięcia, tanim dla władz kosztem poturbowania kilku dziennikarzy i policjantów. Wyjaśnia to niemal całkowitą bezkarność takich działań. Jeśli się nie chce wybuchu, to nie zaślepia się i nie likwiduje zaworu bezpieczeństwa – raczej konstruuje się przemyślnie szereg takich zaworów.

c) metoda infiltracji:

Rzecz wydaje się oczywista – wprowadzenie „swojego” człowieka do zespołu przeciwnika lub pozyskanie członka tego zespołu do działań sprzecznych z interesami własnej grupy. W związku z tym, że metoda ta została omówiona szczegółowo w wielu publikacjach poświęconych pracy wywiadu, mogę jedynie odesłać zainteresowanych do tych publikacji, a szczególnie do doskonałej książki na ten temat: Vladimir Volkoff „Psychosocjotechnika. Dezinformacja – oręż wojny” Wydawnictwo Antyk-Marcin Dybowski Komorów 1999.

Mało kto zdaje sobie sprawę z tego jak zinfiltrowana była pierwsza „Solidarność”. Było to zresztą oczywiste, bo jako szeroki ruch społeczny była otwarta dla wszystkich, a możliwości weryfikacji swoich członków miała conajmniej mizerne. Poza tym było wręcz zalecenie dla szeregowców PZPR żeby się zapisywać, przynajmniej dało się to zaobserwować w moim środowisku. Cóż dopiero mówić o agentach? Pamiętam wizytę pewnego KPN-owca w czasie dużego zebrania „Solidarności” nauczycielskiej na Osieku. Odbierałem przyniesione przez niego materiały, gdy ten patrząc mi przez ramię na salę, aż się zachłysnął. „Kogo wy tu macie na tej sali? Tamten facet mnie przesłuchiwał kilka miesięcy temu, a tamtych dwu też widziałem w czasie przesłuchań na SB!”. Człowiek już niemłody i poważny, lekarz. Po tym zdarzeniu przestał nas odwiedzać. Przekazałem jego słowa wyżej i na ile się orientuję, zostało to kompletnie zlekceważone. Taka postawa paskudnie się potem mściła w stanie wojennym. Pamiętam zdumienie mojej siostry, kiedy facet, regularnie dostarczający do szpitala w którym pracowała, wprost z solidarnościowej podziemnej drukarni bibułę, objawił się już po zawieszeniu stanu wojennego jako funkcjonariusz SB. Ta infiltracja przełożyła się na wszystkie ugrupowania polityczne po „rozwiązaniu PRL”. Miałem okazję obserwować to w gdańskim Okręgu KPN. Od początku istnienia struktury czynione były próby opanowania władz Okręgu, najczęściej pod hasłem demokratyzacji działań wewnątrzpartyjnych. Kiedy to się nie powiodło, spróbowano utworzyć rozbijacką frakcję wewnątrz. Kierujący tymi działaniami pan, jak się później okazało były szef POP PZPR, bodajże w jednej z placówek PAN, kieruje obecnie Komitetem Integracji Europejskiej na jednej z wybrzeżowych uczelni, a jeden z jego synów, bardzo młodo wyglądający, od czasu do czasu „robi za nastolatka” w TV, jako przedstawiciel młodzieżowej organizacji charytatywnej. Dwu jego aktywnych współpracowników okazało się pracownikami „służb”. Następne próby były lepiej zamaskowane, czynione znacznie inteligentniej i na wyższym szczeblu, a w końcu doprowadziły, najpierw do demokratyzacji statutu organizacji, co utrudniło znakomicie weryfikację nowoprzyjmowanych, a później do jej rozbicia i smutnego końca. Schemat, który miałem okazję zaobserwować w KPN, powtarza się w sposób ciągły we wszystkich ugrupowaniach politycznych powstałych w II PRL, a mogących zagrozić w jakimkolwiek stopniu, odbudowanemu, acz zakamuflowanemu obecnie, staremu systemowi władzy. Ten sam schemat zastosowano kolejno przy rozbijaniu PC, KPN, RS AWS, UW a obecnie PO. I za każdym razem, jakoś tak dziwnie się okazuje, że część osób z gremiów rządzących tymi partiami, przechodzi zdecydowanie na lewą stronę i działa dziwnie zbieżnie z interesami SLD. Nie należy się jednak zbytnio tą organizacją martwić, SLD to według mnie też jedynie czubek góry lodowej, który będzie można rzucić, w części lub w całości, tłumom na pożarcie, jeżeli to będzie konieczne dla utrzymania systemu.

d) metoda wywiadu:

Pozornie oczywista, jako że od stuleci jest rzeczą normalną, że o przeciwniku, rzeczywistym czy potencjalnym, zbiera się informacje. Jednak powiązana z metodą intensyfikacji lęku nabiera nieco innego znaczenia:

Jednym z podstawowych sposobów (intensyfikacji lęku) jest komplikowanie życia poprzez wprowadzanie wysokiego stopnia formalizacji życia społecznego i wprowadzanie wielkiej ilości, niekiedy wzajemnie sprzecznych przepisów prawno-administracyjnych. dodatkowo na coraz szerszą skalę wprowadza się kontrolę i zbieranie informacji o coraz większej ilości ludzi. W zbieraniu informacji dużą rolę odgrywają komputery pozwalające na przechowywanie i szybkie wykorzystanie informacji o większości lub o wszystkich członkach zespołu.

Wskutek stosowania tych metod wielu ludzi czuje się zagrożonych. Mają oni poczucie, że centrum dyspozycyjne lub raczej jego wyspecjalizowane agendy wiedzą o nich wszystko, a przynajmniej mogą wiedzieć, gdy zajdzie potrzeba. Ponieważ zaś przeciętny człowiek nie zna wszystkich przepisów prawno-administracyjnych lub zmuszony koniecznością w pewnej mierze je łamie, zdaje sobie sprawę, że informacje posiadane przez centrum dyspozycyjne mogą być wykorzystane przeciwko niemu. Prowadzi to do wytworzenia w ludziach poczucia, ze są bezbronni wobec potęgi centrum dyspozycyjnego. Stąd też nie są skłonni do podejmowania kooperacji negatywnej (walki) z tak potężnym przeciwnikiem. Sprzyja temu… atomizacja społeczeństwa i brak oparcia jednostki w rodzinie lub rodzie.

Pomińmy tu radosną twórczość naszego sejmu w mnożeniu ustaw i przepisów, której dzielnie sekunduje działalność rządu i jego agend, jako już wcześniej wspominaną, i zwróćmy uwagę na instytucje upoważnione obecnie do zbierania o nas informacji. Przede wszystkim policja, która zafundowała sobie potężny system informatyczny i już zapowiedziała zbieranie danych również o potencjalnych sprawcach przestępstw, czyli o każdym z nas. Wszechwładny Urząd Skarbowy, coraz bardziej rozrastający się organizacyjnie, z własną policją. Straż celna, graniczna – upoważnione do działalności na terenie całego kraju. ZUS, GUS, towarzystwa ubezpieczeniowe, prywatne wywiadownie i Bóg tylko wie, co jeszcze. Wydawałoby się, że to już nadto, a tu władze zafundowały nam jeszcze tzw. Spis Powszechny, pomimo jego ogromnych kosztów (znacznie bogatsze od nas Wielka Brytania i Irlandia zrezygnowały z niego właśnie ze względu na koszty). A co powiedzieć o ostatniej próbie wprowadzenia przez nasz radosny sejm tzw. deklaracji majątkowych, dotyczących praktycznie wszystkich obywateli, która przeszła spokojnie również przez senat i w końcu oparła się o prezydenta. I przez niego na szczęście została odrzucona. Kolejne rządy gromadzą o nas coraz bardziej szczegółową wiedzę i nie zaczęło się to dziś. O ile pamiętam, już na początku lat sześćdziesiątych powstało olbrzymie centrum informacyjne, bodajże w Iwicznej pod Warszawą, w którym na mikrofilmach gromadzono pieczołowicie dane o milionach obywateli. Nigdy, poza RWE nie było o tym centrum zbyt głośno, ale naiwnością byłoby sądzić, że takiego ośrodka nigdy i nigdzie nie było, czy że nagle zniknął. I z pewnością był cały czas modernizowany, więc o mikrofilmach można spokojnie zapomnieć – na pewno pierwszy w kraju przeszedł na elektronikę. I zdaje się, że to właśnie w celu łatwiejszego segregowania tych danych, wprowadzono tzw. numer pesel, wpisywany każdemu w dowód osobisty. A IPN od dwu lat nie może odnaleźć teczki mojej i mojego Ojca. Może to i na szczęście, bo wydaje się, że to właśnie socjalistyczny bałagan i niekompetencja, oraz wrodzona przekora i niefrasobliwość Polaków, nie pozwalały jak dotąd, na pełne wykorzystanie tych wszystkich systemów inwigilacji. Pytanie jak długo? Na razie stan wojenny zdemistyfikował tezę o wszechwiedzy i wszechmocy władzy, a jak to kiedyś określono: komputeryzacja wprowadzona do bałaganu tylko ten bałagan powiększa. To samo można powiedzieć o mnożeniu instytucji kontrolnych. Tak więc bądźmy optymistami!

e) wykorzystywanie psychologicznego mechanizmu redukcji dysonansu poznawczego (racjonalizacji swojego postępowania), procesu podświadomego lub tylko częściowo świadomego:

Ciągle słyszymy o protestach z powodu niskich płac w tzw. służbach. A to protesty pielęgniarek, a to straży pożarnej, a to policjantów. Kolejne rządy coś tam dają, ale nigdy na tyle dużo, żeby miało to jakiś realny wpływ na zarobki w tych branżach. Wydaje się to zadziwiającą niekonsekwencją, jako że właśnie na części tych służb opiera się cały system władzy. Z psychologicznego punktu widzenia wyjaśnienie tego fenomenu jest prozaicznie proste. Posłużmy się przykładem nauczycieli, a kształt systemu oświaty, niezmienny od kilkudziesięciu lat, jest przez każdą kolejną socjalistyczną władzę broniony do upadłego. To wręcz jeden z głównych filarów tego systemu. Nauczyciele mają pełną świadomość tego, że są wynagradzani marnie, jeśli jednak zapytamy któregoś z nich, dlaczego tego zawodu nie porzucą, usłyszymy masę komunałów: o powołaniu, o misji społecznej, o odpowiedzialności, o poświęceniu, niemal o świętości tego zawodu. Słowem same „Siłaczki” i „Judymi”. I nie posądzajmy ich o nieszczerość. Oni w to naprawdę wierzą. Nie przeszkadza to niektórym z nich pracować marnie, na co zresztą składa się wiele różnych, często niezależnych od nich, przyczyn. Mechanizm polega na tym, że żaden człowiek nie przyzna, że jego postawa jest bez sensu, że jest nieracjonalna i jeśli tak właśnie postępuje, to musi samemu sobie udowodnić jakieś wyższe racje, świadczące za takim postępowaniem. I w imię tych wyższych racji pracuje szczerze i ofiarnie, z poczuciem misji dziejowej, dla systemu, który traktuje go jak popychadło (I słusznie!). W dużym stopniu dotyczy to również wszystkich pozostałych służb. Z socjologicznego punktu widzenia jest to bardzo prosta i tania metoda kanalizacji ideałów. Oczywiście, jak w każdym wypadku, zbyt niskie wynagrodzenie spowoduje całkowity upadek branży, w myśl zasady: jaka płaca – taka praca. Spowodowałoby to zbyt wielkie straty dla systemu, więc władze bardzo uważnie kontrolują właściwy, niski, lecz nie za niski, poziom płac.( całość, patrz: S. Mika „Wstęp do psychologii społecznej”)

f) szkoła jako filtr informacji:

W świetle powyższego punktu, a także nawiązując do wcześniejszych uwag o roli systemu oświaty jako o środku oddziaływań socjotechnicznych, czyli środku oddziaływania na postawy, zachowania i wartości całych pokoleń, spróbujmy zwrócić uwagę na to jak szkoły to realizowały i realizują. Najcelniej obrazują to słowa ks. Blachnickiego o szkole: „Dokonano w niej wielkiego zafałszowania historii. Odjęto dorastające pokolenie od źródeł kultury i duchowości narodu. działanie tego systemu na przestrzeni 35 lat oznacza, że wszyscy żyjący dzisiaj ludzie do 40 roku życia otrzymali wyłącznie wychowanie w szkołach socjalistycznych. A ludzie do 55 roku życia, częściowo przynajmniej, wyższe wykształcenie tego rodzaju.” Słowa te pisane były w 1982 roku, doliczmy więc dziś dwadzieścia lat, co oznacza, że wszyscy ludzie w wieku produkcyjnym oraz znaczna część emerytów, mają wykształcenie jedynie w szkole socjalistycznej. A głównym problemem tej szkoły było „…Jak zharmonizować politykę partii i państwa w zakresie celowego kształtowania struktury klasowej z polityką oświatową…”(patrz: prof. J. Szczepański „Refleksje nad oświatą”). Nie udało mi się obecnie dotrzeć do czołowego dokumentu z stanu wojennego na temat oświaty pt. „Kogo chcemy wychowywać”, który drobiazgowo określał cele i zadania oświaty, a także po części środki do tego celu wiodące. Na ile pamiętam nie było tam nic nowego w stosunku do lat poprzednich. Patrząc jednak wstecz, z obecnej pozycji, nie znajduję w tym dokumencie także nic sprzecznego z dzisiejszymi celami i zadaniami. Zamieniono jedynie Wschód na Zachód, wulgaryzując: Moskwę na Brukselę. Zmieniła się retoryka, nie zmieniły się cele. Nadal w ten sam sposób kształtuje się te same postawy, zachowania i wartości, nadal prowokuje się konflikt pokoleniowy, odsuwa rodziców od wpływu na wychowanie własnych dzieci. Jedyną koncesją było zezwolenie na utworzenie szkół prywatnych, w tym społecznych i katolickich. Pozostają one jednak jedynie wąskim marginesem ze względu na koszty ich utrzymania. Zadaniem naczelnym szkół państwowych pozostaje nadal, mimo szczytnych haseł, indoktrynacja i „przykrojenie” ucznia do potrzeb władzy. A indoktrynacja w szkołach za akcesem unijnym, pomijając bardziej nowoczesne środki techniczne, jako żywo przypominała mi wpajanie miłości do „wielkiego brata” w czasach stalinizmu, czego to zdążyłem jeszcze doświadczyć na własnej skórze.

Szkoła jest również, obok telewizji, olbrzymim i największym filtrem informacji. Jest sprawą oczywistą, że nie możemy znaleźć tego, czego nie szukamy, a nie szukamy tego czego szukać nie jesteśmy w stanie. Czego nie znamy, o czym nigdy nie słyszeliśmy. Spróbujcie w pierwszej z brzegu bibliotece znaleźć książkę, której autora, tytułu, miejsca i daty wydania nie znacie, a o treści której nie macie nawet przybliżonego pojęcia. Absurd? Niezupełnie, przecież nasza szkoła od lat próbuje uczyć uczniów takiego właśnie zachowania. Dawno już przeniesiono w szkole akcent z przekazywania informacji na przekazywanie umiejętności ich wyszukiwania. A nie szuka się treści o których się nigdy nie słyszało. Kiedyś o dozwolonych do przekazywania informacjach decydowała cenzura – obecnie, bodaj czy nie skuteczniejsza, a dziwnie z dawną cenzurą tożsama, poprawność polityczna. Najskuteczniejszą jednak obecnie cenzurą są luki w świadomości nauczycieli, w stu procentach ukształtowanych przez socjalistyczną szkołę i mających przez tę szkołę ukształtowaną „postępową” świadomość . Miałem wyjątkowe szczęście, że „załapałem się” jeszcze na kilku nauczycieli przedwojennych. Drugim potężnym filtrem informacji na identyczny sposób jest, już superpoprawna politycznie, telewizja.

Machina szkolna ma jeszcze jedną cechę, a mianowicie dużą bezwładność. Trzeba przyznać, do lat siedemdziesiątych gwarantowało to niezłą jakość nauczania, mimo ciągłych reform. Po prostu młodzi nauczyciele uczyli się fachu od starszych i w ten sposób istniała w pewnym stopniu zachowana ciągłość od lat przedwojennych. Około roku 1976 władza sprytnie i zdecydowanie przerwała tę ciągłość wprowadzając w oświacie wcześniejsze emerytury, tak korzystne, że nie znam osoby , która by zdecydowała się z nich nie skorzystać. Równocześnie ograniczono możliwość zatrudniania emerytów. I ciągłość została zerwana. Próbował ten sam dokładnie wariant zastosować Pan minister Handtke w odniesieniu do czerwonych nauczycieli i sromotnie przegrał. Nasza „prawica”, zarówno autentyczna jak i farbowana, zupełnie nie orientowała się w działaniach ministra, atakowała go z wszystkich stron, i ku radości czerwonych, doprowadziła do jego ustąpienia za głupi błąd w konstrukcji budżetu. Ciekawe, że nikt nie zwrócił uwagi na to, że po ustąpieniu Pana Handtkego, nikt więcej nie poniósł konsekwencji, że w oświacie drugiej PRL nadal większość stołków dzierżą ludzie o conajmniej „różowej” proweniencji. Że obroniono „najwierniejszych z wiernych”. Że „drugi szereg” socjalistycznych dygnitarzy oświatowych niemal przyrósł do stołków. I że realizują oni dokładnie to co wytyczono w pierwszym PRL.

Z młodzieżą, pomimo ciągłej indoktrynacji władze zawsze miały kłopot. Z jednej strony , w okresie „Sturm und Drangperiode” była zawsze buntownicza i niepokorna, stanowiąc najbardziej zapalny i niepokorny materiał, z drugiej, z racji podporządkowania szkole była i jest najwdzięczniejszym materiałem do manipulacji. Wykorzystuje się tu m.in. występujący w każdej generacji konflikt międzypokoleniowy. Od początku istnienia socjalizmu atak na rodzinę idzie poprzez szkołę. Od najbardziej jaskrawych form w postaci zetempowskiej, gdzie ideałem był Pawka Morozow donoszący na własnych rodziców, po „róbta co chceta” J. Owsiaka. Szkoła kręci się wokół ucznia, jest pajdocentryczna, ma być lekka, łatwa i przyjemna, ma zastępować rodzinę, a niekoniecznie musi skutecznie przekazywać wiedzę. Tezę tę natrętnie narzucają media, zwłaszcza TV. Wyrywając jednak młodzież spod władzy i autorytetu rodziny stworzono swego rodzaju bezpańskie pole, wypełniane przez wzorce telewizyjne i nachalnie lansowaną przez media popkulturę, oraz brutalne filmy w stylu „zabili go i uciekł”. Na tym polu istnieje zresztą nierozwiązywalny konflikt pomiędzy władzą a Kościołem, nieustannie broniącym rodziny. Wzrost przestępczości wśród dzieci i młodzieży najdobitniej świadczy o istnieniu takiego bezpańskiego pola, a o jego wadze najlepiej mówią poselskie projekty o obniżeniu wieku karalności za najcięższe przestępstwa. Równocześnie prawo i rozmaite państwowe instytucje coraz ostrzej, pod pozorem ochrony praw dziecka, wkraczają na teren rodziny, przenosząc konflikt międzypokoleniowy na coraz niższy poziom wiekowy. System oświatowy umizguje się do ucznia na wszelkie możliwe sposoby, za cenę możliwości jego indoktrynacji. Stawka jest niebagatelna, uczniowie, na których szkoła ma duży wpływ, zwłaszcza tuż przed maturą, stanowią całkiem sporą część potencjalnego elektoratu, a małe doświadczenie życiowe ułatwia manipulowanie nimi. W rozsądniejszych krainach czynne prawo wyborcze uzyskuje się w wieku 21 lat, kiedy młody człowiek jest już miarę samodzielny, bierne zwykle jeszcze później. U nas z powyższych względów już przed wojną socjaliści przeforsowali czynne prawo wyborcze od 18 roku życia.

W stanie wojennym, w zasadzie szkoła działała tak jakby nic się obok nie działo, jakby i władze, i „Solidarność”, zupełnie nie miały pomysłu co z tą młodzieżą zrobić. I nauczyciele i rodzice byli raczej zainteresowani chronieniem dzieci od możliwych represji i starali się ich zapędy hamować. Oczywiście nikt nie był w stanie powstrzymać młodzieży od udziału w demonstracjach i przepychankach z milicją, ani w mniej lub bardziej sprawnym konspirowaniu. Władze poprzestały na brutalnych pałowaniach i represjach w stosunku do najaktywniejszych młodych ludzi i ich rodziców, czyli na typowo siłowym zastraszaniu. Resztę, z pełnym zaufaniem, pozostawiały szkole.

Oprócz czynnego udziału młodzieży w wojnach z zomowcami, utkwiły mi w pamięci dwa przypadki, związane z jej represjonowaniem, znane mi jednak tylko z cudzych relacji:

Po wtargnięciu podczas jakiejś demonstracji rozjuszonych zomowców na teren szkoły przy Augustyńskiego, tuż koło Kuratorium i brutalnym potraktowaniu uczniów odbywających tam normalne lekcje, w ich obronie wystąpił zawiadomiony przez szkołę wicekurator, o ile pamiętam członek PZPR. Okazał, jako jeden z nielicznych nauczycieli, sporo odwagi cywilnej i sam nieźle przy tej interwencji oberwał. Ciekawe, że po „zwycięstwie Solidarności” został usunięty z Kuratorium jako jeden z pierwszych, podczas gdy wielu mocno „zasłużonych” partyjnych, dowiozło się na posadach niemal do dzisiejszego dnia. Pomimo rządów „opozycji”, a może właśnie dzięki nim?

Spektakularnym widowiskiem było aresztowanie mojej byłej uczennicy, niespełna piętnastoletniej Ani, później najmłodszego więźnia późnego PRL. Pod szkołę przy Siennickiej zajechały „suki” w asyście opancerzonego „Skota”, mundurowi pod bronią wtargnęli na lekcję i na oczach przerażonych kolegów, skuli „wroga klasowego” i wyprowadzili w kajdankach. Poglądowa lekcja siły i sprawności państwa. Odsiedziała w areszcie i więzieniu dwa lata za prowadzenie modlitwy „za Ojczyznę” w Katedrze Mariackiej. Jej proces przed sądem Marynarki Wojennej w Gdyni był parodią prawa i kpiną ze sprawiedliwości, co miałem okazję zaobserwować już z autopsji, byłem bowiem jednym z świadków obrony. Jak stwierdził oskarżyciel „mało wiarygodnym”.

g) manipulacje demograficzne, wydatnie wspierające przytoczone wcześniej socjotechniki:

Ponieważ wpływ zjawisk demograficznych na zachowania społeczne jest mało znany poza wąskim gronem specjalistów, pozwolę sobie na krótkie wprowadzenie. Opieram je w całości na świetnej pracy Pana Leszka Moczulskiego „Geopolityka”, Dom Wydawniczy Bellona, Warszawa 2000, i z niej pochodzą przytoczone w tym punkcie cytaty:

Najważniejszą częścią potencjału każdego narodu są ludzie. Sama liczebność nie stanowi o niczym, ponieważ jedną z najistotniejszych cech jest struktura wiekowa. Najprostszym jest podział na ludzi w wieku przedprodukcyjnym, produkcyjnym i poprodukcyjnym. W grupie produkcyjnej najbardziej dynamiczne i pełne energii są tzw. roczniki uderzeniowe. Można ich wyróżnić czternaście: od 19 do 32 roku życia. Społeczeństwa w których roczniki uderzeniowe stanowią mniej niż 20% populacji zachowują się biernie w każdej sytuacji. Przekroczenie tej granicy powoduje gwałtowny wzrost aktywności a „przekroczenie zaś granicy 25% oznacza, że dane społeczeństwo znajduje się w stanie wrzenia. …Jeśli jednak dane państwo nie potrafi celowo zagospodarować istniejącej energii społecznej, działa ona burząco na istniejące struktury. Dochodzi wówczas na ogół do rewolucji. …Od 1965 r. roczniki powojennego wyżu wkraczały w życie dorosłe. Trzy z nich dały o sobie znać w 1968 r., pięć – w 1970. W 1978 r. wszystkie roczniki wyżowe przekroczyły próg dorosłości, a ich udział urósł do ponad 25% całej populacji. Pozwalało to przyjąć z całkowita pewnością, że w ciągu następnych paru lat te roczniki rozbiją struktury ówczesnego państwa – niezdolnego do zagospodarowania ich energii.

Pan Leszek Moczulski dodaje w przypisie: „Zaskakujące, ale współczesne nauki polityczne w zdecydowanie niedostatecznym stopniu potrafią wykorzystać demografię.” Z całym szacunkiem muszę nie zgodzić się z tym stwierdzeniem. Władze stanu wojennego i późniejsze znały powyższe prawidłowości i potrafiły je wykorzystać. Oblicza się szacunkowo, że w stanie wojennym zmuszono do opuszczenia kraju około 500 tys. ludzi. Dziwnym trafem większość z nich zaliczała się wiekowo do roczników uderzeniowych. Odbywało się to zazwyczaj w sposób dość brutalny, po internowaniu w warunkach daleko odbiegających od pokazowych warunków Białołęki, czy Gołdapi. Po aresztowaniu i ciężkim śledztwie, proponowano współpracę z SB i paszport, w razie odmowy, tylko w jedną stronę. Tak było przynajmniej w kilku znanych mi przypadkach, dotyczących młodych ludzi z tej właśnie grupy wiekowej. Podpisanie współpracy (przynajmniej w jednym znanym mi przypadku) dawało czas na przygotowanie wyjazdu i możliwość odwiedzania kraju. Niepodpisanie powodowało szybką, w ciągu dwu tygodni, deportację i brak możliwości powrotu. Możliwość takiego powrotu powstała dopiero około 1989/90 roku. Przepoczwarzenie się socjalizmu w „demokrację” u schyłku lat osiemdziesiątych, otworzenie granic przy załamaniu gospodarczym, spowodowało następny exodus młodych, najbardziej energicznych ludzi. Około miliona. I trwa to do dziś. W sumie do roku 2000, poczynając od stanu wojennego, Polska straciła w przybliżeniu 2 mln ludzi (Wszystkie te liczby wg danych prasowych). Powrót socjalizmu w dawnym wydaniu, pozorność zmian, zdrada części solidarnościowych „elit” i nędza gospodarcza, skutecznie zabezpieczają władze przed powrotem tych ludzi. Niełatwo zresztą porzucić jakoś już ustabilizowane życie w dalekiej Australii, Kanadzie czy Stanach, a mieszkając w Europie można kraj odwiedzać do woli, bez konieczności powrotu do dawnych problemów. I ci ludzie są dla kraju straceni, pracują dla innych społeczności od prawie dwudziestu lat. Ale poprzez tak brutalną redukcję roczników uderzeniowych, władze mają zapewnioną bierność społeczeństwa i spokój na jakiś czas.

Państwa zachodnie zyskały na tej operacji. Imigracja nie przewyższająca 10% – 12% całej populacji tamtych społeczeństw, nawet w przypadku muzułmanów, nie stanowi poważnego zagrożenia dla ich spokoju wewnętrznego, a zanim się zasymiluje, wychodzi z groźnej dla tego porządku grupy wiekowej. Zysk jest podwójny, bo państwa te nie ponoszą kosztów wykształcenia tej grupy, a wyzyskują jej energię dla własnego rozwoju, co wyrównuje straty spowodowane ujemnym przyrostem naturalnym własnych społeczności. Można postawić pytanie: Czy nasze wejście do Unii Europejskiej za wszelką cenę, nie jest „przypadkiem” próbą rozładowania następnej fali wyżu przez rządzących nami socjalistów? Próbą zredukowania niebezpiecznych dla władz demograficznych roczników uderzeniowych. Przyrost demograficzny ma u nas kształt wygasającej sinusoidy i po obecnym „dołku”, mimo spadku urodzeń, krzywa musi nieuchronnie wzrosnąć. Od lat znają ten problem ludzie zajmujący się szkolnictwem. Przy fatalnym stanie gospodarki i bezrobociu w wymienianej grupie wiekowej, rosnącej ingerencji władz we wszystkie dziedziny życia, oraz braku jakichkolwiek perspektyw dla wchodzących w życie pokoleń, nowy exodus z tej najwartościowszej grupy społecznej, tak czy inaczej sprowokowany, wygląda na nieunikniony.

Ciekawie na tle tych demograficznych rozważań wygląda problem aborcji, odwieczny casus belli pomiędzy władzą, a wierzącą częścią społeczeństwa. W Polsce wystąpiło bardzo silnie zjawisko rekompensaty biologicznej strat wojennych. Kolejne roczniki, począwszy od rocznika 1947, a zwłaszcza 1949, są bardzo liczne. Spadek liczebności zarysował się dopiero w roczniku 1958 (gdy w pełni działać zaczęła ustawa zezwalająca na aborcję), a począwszy od 1960 liczebność kolejnych roczników była już niska. Czy w świetle powyższego, nachalne lansowanie „aborcji z przyczyn społecznych” przez lewackich działaczy, zwłaszcza Unii Pracy i SLD, jest tylko przypadkiem? A zapowiedź lidera SLD, o powrocie do tematu natychmiast po referendum unijnym, jest tylko nieodpowiedzialnym wyskokiem nawiedzonego lewaka? Czy też jest to wypróbowany i sprawdzony sposób na zachowanie spokoju społecznego i obecnego status quo? Zredukowanie do bezpiecznej wartości poniżej 20% roczników uderzeniowych.

Zlewicowana i od lat rządzona przez różnie maskujących się socjalistów Europa, prawdopodobnie od dawna stosuje aborcję, jako sposób na zachowanie spokoju społecznego. I między innymi, również z powodu jej potępiania, tak zaciekle jest atakowany katolicki Kościół, z nieprzejednaną w tej sprawie osobą Jana Pawła II na czele.

IV. Przykład prostych technik manipulacji treścią przekazu i obrazem w TV.

Jak wcześniej wspomniano, środkiem przekazu najmocniej oddziaływującym na emocje jest obraz. Stąd rola telewizji jako głównego środka manipulacji. Czytanie i słuchanie (to ostatnie w nieco mniejszym stopniu) koncentruje uwagę odbiorcy na treści przekazu, czyli oddziaływanie skierowane jest głównie na intelekt. Słowo, zwłaszcza drukowane, pozwala na weryfikację treści, pozwala ją dokładniej i wielokrotnie analizować, porównywać z innymi źródłami, obraz takiej weryfikacji i analizie łatwo umyka, zaś natłok informacji wizualnych przekazywanych przez media powoduje na dodatek szum informacyjny, który doskonale zaciera zarówno treść jak i intencje przekazu. Mocno odczuwam brak publikacji, która by wyczerpująco pokazała techniczne tricki, które w prosty sposób sterują naszymi emocjami. Sądzę, że każdy reżyser, operator filmowy czy technik TV, zna takie sztuczki i jest ich uczony. Tym bardziej zaskakujące jest, że żadnej pozycji na ten, jakże interesujący temat, praktycznie nie ma. Stąd ta bardzo nieśmiała, być może nieporadna i mocno ograniczona próba, chociażby zasygnalizowania tematu.

Najpopularniejszą sztuczką, którą stosowano w stanie wojennym było przedstawianie wielotysięcznych tłumów jako nikłych grupek rozrabiającej młodzieży i chuliganów, jest to tylko kwestia ujęcia określonych scen, w określonym czasie, i w określony sposób. Odpowiedni montaż i komentarz, i gotowe. Pamiętam jak po jednej z takich gdańskich, gigantycznych demonstracji, bodajże trzeciomajowej, doszło w mojej rodzinie do ostrego sporu. Dość przypadkowo znalazłem się w centrum wydarzeń i na własne oczy widziałem zarówno pokojowo, wręcz piknikowo nastawionych demonstrantów, jak i wyjątkowo brutalny, niczym nie sprowokowany atak ZOMO na ten odświętnie nastrojony tłum. Ze względu na piękną pogodę wśród demonstrantów było wiele kobiet z małymi dziećmi, a także osób starszych, trzeba przyznać – wyjątkowy brak wyobraźni. RWE podawało później, że w demonstracji brało udział około 200 tys. ludzi. Jeżeli nawet przesadziło, to niewiele. Zaatakowany na wiadukcie przy Bramie Oliwskiej pochód, przez cały dzień mozolnie przebijał się Grunwaldzką w kierunku Oliwy, ostrzeliwany gazem i rozbijany co jakiś czas przez pędzące pełnym gazem pancerki i polewaczki. Pomijając setki drobnych utarczek po drodze, na dobre został rozproszony dopiero przy ul. Słowackiego, gdzie ustawiono potężne siły milicji, jak mi mówiono, nawet czołgi. Sam nie widziałem tej blokady, bo duża grupa w której, się znalazłem, rozbita została w okolicy dworca Wrzeszcz i dalej małymi grupkami przedzierała się w kierunku Zaspy, po drugiej stronie linii kolejowej. Wieczorem, po powrocie do domu, gdy jeszcze pełen emocji zdawałem relacje z przebiegu zajść, jedna ze słuchających osób wręcz zarzuciła mi kłamstwo: „Sam, na własne oczy, widziałem jak smarkacze sprowokowali awanturę rzucając w spokojnie stojących milicjantów kamieniami. – Na własne oczy? Gdzie? – No, pokazywali wyraźnie, w dzienniku TV.” Powszechne złudzenie, że widzi się coś „na własne oczy” w TV i że można na takiej podstawie wyciągać jakiekolwiek wnioski. A właśnie w tym wypadku byłem w samym centrum wydarzeń gdy rozpoczęła się awantura. Pośrodku wiaduktu, w połowie drogi pomiędzy zomowcami na Błędniku i tłumem demonstrantów przed tzw. „Zieleniakiem”, gdzie zagnała mnie niezdrowa ciekawość i chęć obejrzenia sobie z góry jednych i drugich. Pamiętam, że gdy wracałem w nieco przyspieszonym tempie pod „Zieleniak” podskakiwał tuż przede mną, jak na zwolnionym filmie, granat gazowy i pamiętam też szaloną panikę tłumu przed moimi oczami, uciekającego przed szarżą pałkarzy, przewracające się kobiety i dzieci, jakąś staruszkę która padła mi wprost pod nogi. Gdy schyliłem się by jej pomóc wstać, ktoś, przeskakując nas, odbił się w locie od moich pleców i przez resztę dnia nosiłem na kurtce humorystyczny ślad odciśniętej podeszwy. Reszta, kamienie, bijatyki itp., były już tylko konsekwencją tego, powtarzam, niczym nie sprowokowanego ataku. A w wieczornym dzienniku, który po tej burzliwej rozmowie obejrzałem, były rzeczywiście tylko jakieś nędzne grupki z flagami i kilkunastu młodych ludzi rzucających kamieniami w milicjantów. Ale parę milionów ludzi „widziało na własne oczy”. Na co dzień nawet dość rozsądnych.

O ile opisana powyżej sytuacja, przedstawianie tłumu jako małej, żałosnej grupki, wydaje się oczywista i łatwa w wykonaniu, to działanie odwrotne, przedstawianie małej grupki jako tłumu już takie oczywiste nie jest. Co nie znaczy, że jest czymś trudnym, lub niewykonalnym. Swego czasu, w połowie lat dziewięćdziesiątych, kilkanaście osób z gdańskiego KPN pojechało na zwołaną do Warszawy demonstrację. Obejrzałem sobie tę manifestację w dzienniku TV i wyglądała całkiem imponująco. Kiedy gratulowałem kolegom udanego występu przyjęli to za kpinę i szyderstwo, bo w tej, całkiem sporej w TV manifestacji, brali praktycznie udział tylko oni. Reszta okręgów, nie wyłączając Warszawy, nawaliła i nie stawiła się, w sumie była to pikieta na jakieś 12 – 15 osób. Jak z tego w TV zrobiono tłum – nie wiem, ale zważywszy na „sympatię” władz do KPN, to chyba komuś z tychże władz bardzo była potrzebna w tym akurat czasie jakaś większa demonstracja, a jako, że pod ręką był tylko KPN, zdecydowano to nagłośnić.

Na Zachodzie robi się to o wiele mniej profesjonalnie, być może dlatego, iż nie wszystkie media są pod kontrolą i zawsze konkurencyjna stacja może podważyć wiarygodność zmanipulowanej informacji. Stąd nie dało się ukryć nikłej liczebności i sztuczności demonstracji organizowanych przeciwko Heiderowi w Austrii (pomimo zwiezienia na jedną z nich demonstrantów z całej Europy), bardzo blado wyglądały protesty przeciwko Pinochetowi w Wielkiej Brytanii. Nie udało się też ukryć gorącego przyjęcia zgotowanego przez tłumy przy powrocie Pinocheta do Chile, stąd nagłaśnianie protestów przeciw niemu, też niezbyt udane.

Częstą manipulacją jest podawanie starych zdjęć i informacji jako aktualnych, co w szumie informacyjnym uchodzi często nie zauważone. Szczytem bezczelności było wyemitowanie obrazów przedstawiających cieszących się Palestyńczyków, jakoby po terrorystycznym ataku 11 września na wieżowce WTC w Nowym Jorku. Nadane przez izraelską telewizję obiegły poprzez inne stacje cały świat, świadcząc „naocznie” o ich sympatii do bandytów. Szkopuł w tym, że były to zdjęcia dużo wcześniejsze, a przedstawiające ich całkowicie zrozumiałą radość z okazji uzyskania autonomii. Zgodnie z zasadą zamieszczania sprostowań petitem na ostatniej stronie, tak aby nikt ich nie dostrzegł, sprostowanie to przemknęło ledwie zauważalne, np. w mediach niemieckich. W naszej TV nikt się nawet tak kiepsko nie wysilał, licząc (i słusznie) na to, że „publika” i tak nic nie zauważy.

Całkiem humorystycznie wyglądało pokazywanie w TV publicznej, podczas jednej z kampanii wyborczych kilka lat temu, zdjęć prezydenta Kwaśniewskiego z ciut wcześniejszego okresu. Umieszczona w zgrabnym kółeczku podobizna szczupłego mężczyzny jaskrawo kontrastowała z równocześnie pokazywaną na innych stacjach, nieco otyłą aktualnie, postacią.

Kłamstwo, podane w sposób budzący silne emocje, utrwala się, a sprostowania giną w ciągłym szumie informacyjnym. Jak łatwo utrwala się ewidentne kłamstwo podane w TV, a jak trudnym jest, aby nawet poważnie tamże potraktowane sprostowanie, przeniknęło do powszechnej wiadomości świadczy poniższa historia: Kilka lat temu TV aż trzęsła się przez kilka dni od informacji, że „faszyści spod znaku Le Pena” podczas swego sabatu, zamordowali bogu ducha winnego muzułmanina A było jak w starej anegdocie o pytaniach do radia Jerywań: „Czy to prawda, że w Moskwie, na placu Czerwonym rozdają samochody? – Tak prawda! Tylko nie w Moskwie a w Leningradzie, nie na Placu Czerwonym a na Newskim Prospekcie, nie samochody a rowery i nie rozdają a… kradną.”. W czasie lepenowskiej manifestacji, wyjątkowo dobrze chronionej i cały czas filmowanej przez uczestników, ze względu na prowokacje i burdy wywoływane celowo przez przyłączających się do poprzednich manifestacji lewicowców, nad leżącym poniżej brzegiem Sekwany doszło do zabójstwa. Ochrona pochodu sfilmowała zajście i ujęła zabójców, oddając ich w ręce policji. Mimo ewidentnej niewinności, lewicowe media bez wahania przypisały zbrodnię lepenowcom, oskarżając ich o rasizm, faszyzm i czort wie co tam jeszcze. Nasza TV ujadała najgłośniej i najgłośniej musiała wszystko odszczekać, zapewne z obawy przed możliwymi, finansowymi konsekwencjami, nieuniknionego w takim wypadku, procesu. Zrobiono to bardzo dokładnie, w pierwszą niedzielę po zajściach, podając rzetelnie prawdziwą informację o przebiegu wydarzeń. Wystąpiła nawet Pani Ambasador Republiki Francuskiej wytykając błędy mediów, oraz pokazano nakręcony podczas zajścia film. Wydawałoby się, że to wystarczy, toteż moje olbrzymie zdumienie wzbudziła kilka dni temu wypowiedź pewnej pani w poważnym programie publicystycznym. Zaproszona jako „autorytet” wyraziła się z pełnym oburzeniem, mniej więcej tak: „ o lepenowcach nie warto mówić bo to ksenofobowie i faszyści. Wszyscy wiedzą, że kilka lat temu podczas demonstracji zabili Murzyna. Było o tym głośno.” Działo się to w dość wiarygodnej skądinąd TV Puls i jest aż żenujące, że nikt z uczestników spotkania, ani nawet prowadzący je dziennikarz, nie sprostowali tej pokutującej fałszywki. Okazuje się, że łatwiej pamięta się kilkudniowe oskarżenia, niż jednodniowe odwołanie. Co do prasy, to o ile pamiętam, sprostowania były podane na zasadzie przytoczonej nieco wyżej.

Powoływanie się na „dyżurne autorytety” jest i było w naszej TV nagminne. W stanie wojennym takie wystąpienia groziło raczej utratą wiarygodności przez naprędce przywołany (dodajmy, czasem dość brutalnie) „autorytet”, toteż nauczone smutnym doświadczeniem autentyczne autorytety raczej unikają wystąpień medialnych i bardzo uważają na to, co głoszą. A głoszą rzeczy często bardzo niewygodne. Wymyślono więc autorytety „dyżurne”. I tak od kilku lat popisuje się w TV „znany socjolog” wypowiadając się na wszystkie możliwe tematy, nawet takie, o których wyraźnie nie ma zielonego pojęcia, a kilka miesięcy temu dołączył do niego równie „znany” bodajże politolog. Obydwaj mówią płynnie i gładko, mają sympatyczne twarze, są „medialni”, a skrót prof. lub dr przed specjalnością i nazwiskiem ma dodawać powagi ich mętnym, ale zawsze politpoprawnym, zgodnym z obowiązującym aktualnie kursem, wywodom.

Zdumiewające jest też kurczowe trzymanie się autorytetów, które już dawno powinny wstydliwie odejść w niepamięć, ze względu na brak profesjonalizmu lub ewidentne zafałszowanie swoich prac. Żeby jako przykład przytoczyć tylko Ruth Benedict, której już pierwsza praca dała autorytet i sławę a okazała się oparta jedynie na mitomańskich wynurzeniach trzech tubylczych nastolatek; Kinsey’a, który doradzał w sprawach pożycia małżeńskiego i kształtował pojęcia w tej kwestii u całych pokoleń, a okazał się homoseksualistą, czy Bruno Bettelheima, obrońcy praw dziecka, sadystycznie traktującego rzeczywiste dzieci będące pod jego opieką. Wydawałoby się, że po ujawnieniu i udowodnieniu tych faktów, zarówno autorzy jak i ich dzieła, powinni zniknąć z wywodów naukowych, podręczników i encyklopedii, a ich prace naukowe powinny zostać przeniesione do bibliotecznych działów z literaturą science fiction. Nic podobnego! Nadal są wznawiani i wyznawani, ponieważ ich prace doskonale odpowiadają lansowanemu aktualnie (a wylansowanemu przez nich) sposobowi myślenia, a dzięki powszechnej znajomości ich nazwisk, zawsze można je przywołać jako autorytet (no i co zrobić z tłumem, który na podstawie tych prac dorobił się doktoratów, zaszczytów i majątków?). O fałszerstwach Karola Marksa i dorobku jego następców nawet nie warto już wspominać (patrz: „Intelektualiści” Johnsona).

Manipulowanie technicznymi parametrami obrazu, niezauważalne dla odbiorcy, a mające olbrzymi wpływ na sposób emocjonalnego odbioru przekazu. O ile poprzednie manipulacje są znane i przy odrobinie wysiłku umysłowego oraz szczęścia, można je stosunkowo łatwo zdemaskować, to te sztuczki techniczne nie istnieją w naszej świadomości i nawet ich istnienia nie podejrzewamy. A jak już wspomniałem, muszą stanowić z pewnością podręcznikową niemal wiedzę każdego twórcy filmowego.

Z opisem jednej z takich sztuczek spotkałem się przed laty, w przypadkowo przeglądanej książce, której tytułu i nazwiska autora niestety nie zapamiętałem. Polega ona na manipulowaniu wielkością postaci pokazywanej na ekranie. Jeśli jest zbyt duża wywołuje u odbiorcy strach i niechęć, sprawia wrażenie groźnej i agresywnej, i odwrotnie – zbyt mała sprawia wrażenie bezsilnej i słabej, nic lub niewiele znaczącej. Postać, która na ekranach naszych telewizorów jest mniej więcej naturalnej wielkości, jest po prostu gościem w naszym domu, a jeśli ma przy tym w miarę przyjemną powierzchowność i dykcję, jest przez nas całkowicie akceptowana. Różnice wielkości są przy tym często mało dostrzegalne, ale mogą decydować o sympatii, bądź antypatii odbiorcy po przekroczeniu pewnej granicy.

O skuteczności takiej manipulacji przekonałem się przy okazji wyborów do Sejmu w których kiedyś brałem udział. Miała ona trochę humorystyczny, ale i trochę gorzki akcent. Do wyborów w których startowało kilka osób z mojego ugrupowania, każdy z nas miał przygotować, na podstawie ogólnego programu partii, własne wystąpienie. Daty nagrań telewizyjnych były znane i przydzielone każdemu z uczestników, miałem prawie dwa tygodnie czasu i natłok zajęć, więc spokojnie przygotowanie wystąpienia odłożyłem na później. Tymczasem jeden z uczestników kampanii wypadł z grafiku z powodu jakichś spraw rodzinnych, przewidziany zastępca niespodziewanie zachorował i jedynie ja byłem w zasięgu komitetu wyborczego. Wyciągnięto mnie o siódmej wieczorem z bardzo intensywnego treningu, spoconego i zadyszanego wbito w garnitur, nie dając czasu na umycie się i ochłonięcie – krawat wiązałem w taksówce. W tejże taksówce, na kolanie pisałem tekst swego wystąpienia, w ciągu kilkunastu minut dojazdu do studia TV. Zdążyliśmy. Przed nami w studiu miała nagranie grupa lokalnego ugrupowania, wyjątkowo kapryśna i wciąż niezadowolona z efektów nagrań, zamęczająca techników żądaniami ciągłych powtórek. Ich seans przeciągnął się prawie do jedenastej. Miałem czas ochłonąć i porządnie zmarznąć – nagranie odbywało się, po pożarze w gdańskiej TV, w prowizorycznym pomieszczeniu, przy użyciu wozu transmisyjnego. W głowie miałem kompletną pustkę, trochę z powodu tremy, a trochę z powodu braku jakichkolwiek materiałów. W zamieszaniu nikt nie zabrał z sobą nawet ramowego programu, więc nie mogąc nic sensownego wymyślić, pozostałem przy moim „taksówkowym” tekście. Z nudów, żeby osłabić tremę i z czystej ciekawości rozmawiałem z obsługą wozu, przyglądając się ich pracy. Kiedy nadeszła moja kolej odczytałem zgodnie ze wskazówkami pracowników TV swój tekst, obserwując ten fatalny występ na małym monitorze. Byłem zmęczony, miałem już wszystkiego dość i za skarby nie chciałem powtarzać ujęcia. Stąd chyba sympatia pracowników TV, równie zmęczonych i zniechęconych, znudzonych beznadziejnymi wystąpieniami, którzy niemal zmusili mnie do jednego jeszcze powtórzenia. Byłem pewny, że wypadłem fatalnie, tekst był bzdurny, miałki, nie na temat, wręcz idiotyczny i nie zawierał nic konkretnego, poza kilkoma oklepanymi sloganami. Proszę sobie wyobrazić moje zdumienie, kiedy po emisji programu, gratulacje z powodu świetnego wystąpienia składali mi nie tylko znajomi, ale nawet zupełnie obcy mi ludzie. Zebrałem około jedenastu tysięcy głosów i przegrałem kilkunastoma głosami ze znanym posłem SLD, ale to już zupełnie inna historia. Znajomi nagrali całą audycję wyborczą i przechowuję ją jako swoiste memento, świadectwo własnej głupoty. Ponieważ na taśmie są zarejestrowane wystąpienia kandydatów, którzy mimo iż mówili znacznie sensowniej i rozsądniej ode mnie, uzyskali oszałamiająco kiepski rezultat, zacząłem na spokojnie analizować sposób pokazania ich i mnie na ekranie. I okazało się że przytoczone na początku, z ledwie zapamiętanej książki, fakty, znalazły potwierdzenie. Ponieważ zamęczyli niemal ekipę TV, ta „odwdzięczyła” im się, pokazując ich oddalonych, małych i mizernych, zresztą zgodnie z ich własnymi życzeniami. Mnie, być może z powodu sympatii dla programu KPN, a być może dzięki moim małym wymaganiom, które pozwoliły im o przyzwoitej godzinie, w ciągu kilkunastu minut, skończyć pracę, pokazano jako „gościa w domu” i chyba to było główną przyczyną sukcesu. Gorzkie jest to, że nie treści przekazu, nie życiorys i działalność kandydata, a sposób ich przekazania, „medialność”, decydują o sukcesie lub klęsce w wyborach. Udowodnił to zresztą obecny prezydent angażując najlepszych amerykańskich specjalistów z tej branży do swoich kampanii wyborczych.

Taka modelowa sytuacja spotkała również Pana Leszka Moczulskiego w wyborach prezydenckich. Nie wiem, kto przygotowywał jego telewizyjne wystąpienia w kampanii wyborczej, ale podejrzewam go o wyjątkowo nieprzychylny stosunek do promowanego przez siebie kandydata. Pokazano go mianowicie, w jednym z klipów wyborczych, maleńkiego i niepozornego, na tle gołego placu i olbrzymiego blokowiska, co jeszcze potęgowało wrażenie tej mizerności. W połączeniu z cichym głosem, który zresztą nie jest najmocniejszym atutem Pana Moczulskiego, sprawiało to przykre wrażenie. Po obejrzeniu tego wystąpienia byłem pewny jego przegranej.

Wystąpienia telewizyjne Pana Leszka Moczulskiego są zresztą wdzięcznym przykładem takich wspomnianych technicznych manipulacji. Jak nadmieniałem timbre głosu nie jest jego najmocniejszą stroną. Mówiąc otwarcie, jest nieco zgrzytliwy. Znany jest (a raczej powinien być, bo był starannie wyciszony) jego spór z TV o elektroniczne „wycinanie” niskich tonów w jego wystąpieniach, co tę zgrzytliwość jego głosu jeszcze potęgowało. Prawdę mówiąc, dzięki tej operacji, beczał jak kozioł. Spór wygrał, o ile pamiętam, sądownie, ale co z tego, jeśli wrażenie pozostało. A TV „publiczną” stać na płacenie kar. Z naszych podatków.

Cięcia oraz dowolne montowanie i formowanie emitowanego materiału, bez zgody i wiedzy osoby z którą prowadzono np. wywiad. Ta przyjemność w TV „publicznej” również, jak pamiętam, nie ominęła Pana Moczulskiego i również miała finał sądowy – z identycznym co poprzednio wymienione skutkiem. W obszernym wywiadzie dziennikarka pocięła mu i dość samowolnie poprzestawiała kilka wypowiedzi, zmieniając i wypaczając ich sens. Audycja poszła w eter, Pan Moczulski sprawę wygrał, lecz powtarzam: Co z tego, skoro cel manipulacji został osiągnięty?

Ta wątpliwa przyjemność, na mniejszą skalę, bo w lokalnej prasie, nie ominęła także i mnie. Mianowicie, po usunięciu z gdańskiego KPN, nadmiernie ambitnego i dzięki temu zręcznie manipulowanego przez „czerwone wtyczki”, gdyńskiego działacza, popularny i uważany za wiarygodny „Dziennik Bałtycki”, przeprowadził z nim krótki wywiad. Wywiadowi temu nadano formę dyskusji pomiędzy owym osobnikiem i jeszcze dwoma osobami. Rzecz w tym, że jedną z tych osób byłem ja, drugą uczciwy i rzetelny, były działacz KPN, a obydwaj, jako żywo, nie braliśmy w tej „dyskusji” udziału. Więcej, w moje usta włożono słowa i poglądy jakich nigdy nie wypowiedziałem i nie wyznawałem. Nie stać mnie było na proces, który, jak wiele podobnych spraw, ciągnąłby się pewnie do dziś. Wymienione pismo było wówczas kontrolowane przez… „Solidarność”, a podobne praktyki były w nim nagminne. Toteż zupełnie zabrakło mi współczucia dla redaktora naczelnego tego szmatławca, wylanego sromotnie po tzw. aferze Ałganowa (czy też Oleksego). Od początku istnienia zwalczał zaciekle KPN, z zapałem godnym lepszej sprawy, przy pomocy metod podobnych do powyżej opisanej. Obecnie, o ile się nie mylę, spokojnie pracuje w „publicznej” TV3. To samo pismo „skłoniło” mnie w 1995 roku do definitywnego wycofania się z działalności politycznej, drukując nieautoryzowany, zmanipulowany wywiad, z moją postrzeloną, nastoletnią, aczkolwiek już pełnoletnią córką. Nie miało to zresztą początkowo politycznego podkładu, polityczne skutki uzyskano niejako „przy okazji”. Miało to, jakże swojski, charakter rozgrywek personalnych w mojej pracy i znam osobę która to „nagrała”. Odniosło to zresztą pozytywne skutki – córka spoważniała i nabrała nieufności do dziennikarzy, a ja zmieniłem tryb życia na mniej nerwowy, co w ostateczności wyszło nam na dobre. Wspominam o tym tylko dlatego, że nie byłem jedynym, na którego prasa, nawet na tak niskim, lokalnym szczeblu, usiłowała wywrzeć presję atakując w perfidny sposób jego rodzinę. Znam na naszym terenie przynajmniej kilka takich przypadków. Trzeba przyznać, że przy naszej opieszałej praktyce sądowej była to bardzo skuteczna metoda. Od kilku lat takie zupełnie bezczelne praktyki chyba już nie mają miejsca, a w każdym razie prawie o nich nie słychać.

W TV, wspomniany na początku montaż, jest przy obecnych możliwościach technicznych, praktycznie niedostrzegalny. Można dowolnie przestawiać pytania i odpowiedzi, wycinać i przestawiać frazy, dodawać całe sekwencje, zarówno słowne jak i filmowe. Tylko specjalista jest w stanie odkryć fałszerstwo. O ile jest to tylko wyrwanie wypowiedzi z kontekstu, lub obcięcie istotnej części wypowiedzi, to taka informacja fałszerstwem nie jest. Osoby publiczne, bądź dostatecznie bogate, mogą taką manipulację sprostować i żądać jej uzupełnienia. Inni, zwykli śmiertelnicy, raczej nie mają takiej szansy.

Tzw. nadawanie wiadomości podprogowych – technika znana raczej z enuncjacji prasowych i powieści sensacyjnych. Zakazana podobno w reklamie. Nie spotkałem poważnego opracowania na ten temat, a znane mi wypowiedzi psychologów nie prezentują jednoznacznego stanowiska w tej sprawie. Polega ona na wgraniu w dowolny film, co którąś klatkę, obrazu lub tekstu, który nie jest spostrzegany w czasie odbioru, natomiast jest rejestrowany i utrwalany przez podświadomość. Przewijanie filmu w mocno zwolnionym tempie powinno umożliwić wykazanie istnienia takiego ukrytego obrazu. Powinno, ale nie musi, bo kto przy zdrowych zmysłach jest w stanie nagrywać całodzienny program TV i przeglądać klatka po klatce. Chyba, że ktoś napisze odpowiedni program komputerowy, który będzie w stanie takie wtrącone informacje wychwycić.

Wszystko to jest jedynie opisem wielce hipotetycznym, ale w istocie, jest coś na rzeczy. Jako przykładem posłużę się słowem drukowanym. W nim ten sposób oddziaływania na odbiorcę jest stosowany od lat. W pozornie neutralny tekst, wtrąca się zdania które w zasadzie indoktrynują, tworząc pewne zbitki pojęciowe np. prawicowiec-Reagan-faszyzm. Robi się to np. w powieści sensacyjno – kryminalnej poprzez wykreowanie wyjątkowo „czarnej” postaci i włożenie w jej usta dwu, trzech wypowiedzi, wedle podanego schematu, A więc, jak prawicowiec – to faszysta i kryminalista, a jak jedno i drugie – to zwolennik polityki Reagan’a. W powieści, noweli, artykule czy dowcipie, takie zbitki przechodzą niezauważone, ale wrażenie pozostaje. Nie przez przypadek przywołałem tu nazwisko tego polityka, który stał się przedmiotem zajadłej nienawiści wszelkiej maści lewaków i lewicowców. Głównie zresztą dlatego, że jego działalność była tak skuteczna, zarówno w dziedzinie gospodarki, jak i polityki. Do dziś zresztą jego nazwisko, w filmach i powieściach kreowanych przez lewicę amerykańską (a więc prawie cały Hollywood) jest, jako znienawidzony symbol, najczęściej atakowane w podany powyżej sposób. Nie jest też przypadkiem, że tego typu, politpoprawna indoktrynacja, po cichu, tylnymi drzwiami wprowadzająca czerwony sposób myślenia, jest i u nas bardzo szeroko rozpowszechniona – od książeczek dla małych dzieci, poprzez podręczniki szkolne, po literaturę piękną. Ze względu na rozproszenie nie jest jednak dostrzegana. Zainteresowanych odsyłam do roczników tygodnika „Najwyższy Czas”, który od lat demaskuje ten sposób indoktrynacji, w żartobliwym pozornie dziale „Różowa księga”, nagradzając najbardziej spostrzegawczych czytelników. Warto samemu spróbować.

Realizacja, podobno zakazanej, podprogowej indoktrynacji, w niektórych filmach daje się niekiedy zauważyć w scenach dziejących się w tle, na drugim i trzecim planie. Rzadko w dzisiejszych filmach o szybkiej, dynamicznej, migawkowej akcji i ostrych cięciach, można za pierwszym razem zaobserwować to, co się dzieje na drugim planie, drobne szczegóły, sens szybko toczącego się dialogu itp. Tak przemycone są, na drugim planie, niektóre antypolskie akcenty w „Liście Schindlera” Spielberga, jak chociażby owe esesmanki w Auschwitz rozmawiające po polsku, żeby posłużyć się najbardziej spektakularnym przykładem. Tym gorszym, że jest to film wybitny.

Kiedyś moja młodsza córka, zafascynowana sportami walki, które uprawiała, oglądała na video film o tej tematyce. Nic szczególnego – „zabili go i uciekł”. Zerknąłem przechodząc na ekran i na drugim planie, w dalekim tle, zauważyłem trenującego zawodnika, zaciekle kopiącego duży, jasny krzyż. Na przyciemnionym pierwszym planie, obok maty treningowej i trenujących zawodników w kimonach, toczyła się jakaś rozmowa pierwszoplanowych postaci. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że w żadnej znanej mi szkole walki nie używa się trenażera w takiej formie, a interesowałem się tymi sportami przez dobrych kilka lat. Nie mówiąc o tym, że już pierwsze kopnięcie w tak duży i masywny, wyraźnie drewniany krzyż, skończyłoby się poważnym uszkodzeniem nogi kopiącego. Dla treści filmu ta scena była zupełnie bez znaczenia, nawet w minimalnym stopniu nie niósł on też żadnych treści antychrześcijańskich. Czy nie była to właśnie swego rodzaju owa indoktrynacja podprogowa? Potwierdza to fakt, że córka owej sceny w ogóle nie zauważyła i spostrzegła ją dopiero pokazaną na stop – klatce. Niestety, ani ja ani córka, nie pamiętamy tytułu owego „dzieła”, ale z przyjemnością odstępujemy swe prawa do nagrody „Różowej księgi” temu miłośnikowi karate, który pierwszy to odkryje.

Wykorzystywanie erystyki z włączeniem do niej obrazu.

W opisie manipulacji słowem, również w TV, tak często występującej w rozmaitych dyskusjach, panelach, wystąpieniach posłów, prezenterów itp. nie sposób pominąć erystyki, a zwłaszcza jej najbardziej nieetycznych chwytów. Przytoczę dla przykładu za Schopenhauerem tzw. „sposób ostatni” (argumentacja ad personam), jako często w takich dyskusjach występujący: „Polega to na tym, że (mając i tak już sprawę przegraną) porzuca się przedmiot sporu i zamiast tego atakuje się osobę przeciwnika w jakikolwiek bądź sposób;…” I tak człowiekowi, który z powodzeniem dowodzi swoich racji jego oponent mówi znienacka – „A pan bije żonę!”, przenosząc uwagę widza-słuchacza z meritum sprawy na osobę dowodzącego, ośmieszając go i stawiając w złym świetle. Obecnie robi się to delikatniej np. w sprawie akcesu do Unii. Każdemu eurosceptykowi przypina się łatkę „oszołoma” starannie unikając jakiejkolwiek dyskusji merytorycznej, powtarzając równocześnie jak mantrę tezę o „korzyściach”. Ale też czasami robi się to ordynarniej, jak np. pokazując autentycznie oszołomionego posła Janowskiego.

Duże trudności sprawia przeciętnemu widzowi przeniesienie tych chwytów na obraz np. w TV, co niewątpliwie ma tam miejsce. Zainteresowanych odsyłam do wiekowej już książeczki Schopenhauera „Erystyka, czyli sztuka prowadzenia sporów”.

Manipulacja danymi liczbowymi

Już dawno temu Melchior Wańkowicz zauważył, że naszpikowanie tekstu danymi liczbowymi uwiarygadnia treść i silnie przemawia do wyobraźni. Świetnym tego przykładem jest jego „Na tropach Smętka” gdzie umiejętnie dawkowane cyfry wmacniają wiarygodność relacji. Z czasem przywykliśmy do tego, że niemal każda relacja dziennikarska jest poparta jakimiś danymi liczbowymi. Stwarza to wdzięczne pole do manipulacji. Pomijając to, że większość przytaczanych danych jest słabo weryfikowalna, co pozwala na ordynarne fałszerstwa, to są one jeszcze, pomimo pozornej prostoty, trudne do interpretacji dla przeciętnego odbiorcy. Szczególnie trudne do interpretacji i zweryfikowania są dane statystyczne – mój wykładowca na studiach zawsze nam przypominał, że: „statystycznie, pan i jego pies mają średnio po trzy nogi”. Pozwolę sobie na najpospolitszy przykład, który najlepiej zrozumieją kierowcy. Wpaja się nam, że Polacy fatalnie jeżdżą, w Polsce jest na drogach bardzo niebezpiecznie i że to niebezpieczeństwo z roku na rok rośnie. Z grubsza jest to prawdą, zwłaszcza, jeśli idzie o ilość wypadków. Winą za spowodowanie tych wypadków obciąża się kierowców, co z grubsza również odpowiada prawdzie. Manipulacja polega na tym, że ilość wypadków podaje się w liczbach bezwzględnych, całkowicie pomijając stosunek liczby wypadków do wciąż rosnącej ilości samochodów w Polsce, a ten jak podejrzewam, w porównaniu do innych krajów europejskich, jest nienajgorszy i zapewne systematycznie maleje. Jeśli uwzględnimy rosnącą ilość samochodów, jakość naszych dróg i beznadziejną organizację ruchu, to z pewnością możemy naszych kierowców uznać za światowych mistrzów kierownicy, a odpowiedzialnością za większość wypadków obciążyć nieudolną administrację państwową. Nagłaśnianie w taki sposób, niewątpliwie istniejącego niebezpieczeństwa na drogach, w znacznie mniejszym stopniu ma służyć poprawie tegoż bezpieczeństwa, niż w przerzuceniu odpowiedzialności za nie, na cudze barki. W przytoczony powyżej sposób sposób, centrum dyspozycyjne bardzo często maskuje własną nieudolność i indolencję, a przytaczane, prawdziwe niewątpliwie cyfry – kłamią.

Manipulowanie sondażami opinii publicznej, ankietami, rankingami itp.

Doprowadzona obecnie wręcz do absurdu popularność badań opinii publicznej jest niewątpliwie hołdem składanym bożkowi demokracji. Działa tu niewątpliwie magia dużych liczb i nasza głęboko ugruntowana „demokratyczna” koncepcja prawdy, którą uznaje się za zgodność sądów. Zgodnie z tą koncepcją, im więcej osób głosi dany sąd, tym bardziej zbliża się on jakoby do prawdy. Powszechnie rozpowszechniany i bezkrytycznie a naiwnie przyjmowany fetysz demokracji zakłada, że głos stu durni, ma większą wagę niż głos jednego mądrego człowieka. Tak wpojone nam spojrzenie na rzeczywistość powoduje, zwłaszcza w TV, istną lawinę sondaży, ankiet i rankingów. Nie ma praktycznie ani jednego dziennika TV pozbawionego takich elementów. Ich wiarygodność, nawet w wykonaniu „renomowanych firm”, jest równa wiarygodności równie popularnych horoskopów gazetowych.

Najmniej wiarygodne są tzw. sondaże uliczne, mające oddawać opinię przygodnego przechodnia. Nie trzeba bynajmniej tych przechodniów podstawiać, czy instruować co mają mówić, wystarczy przeprowadzić w dowolnym miejscu pewną ilość sondaży a następnie wybrać te z nich których zestawienie najlepiej ilustruje wybraną tezę. Dla uwiarygodnienia trzeba jeszcze dodać z jeden głos przeciw, najlepiej „nawiedzonej” staruszki-emerytki lub lekko zawianego lumpa.

W przypadku tak popularnych rankingów polityków czy partii sytuacja nie jest już tak prosta, ale sprawny fachowiec też sobie z tym poradzi. Na przykład, można pytanym przedstawiać listę np. dwudziestu polityków w której znajduje się dwunastu z SLD, trzech z Unii Pracy, dwu z PSL a resztę liderom opozycji. Jeśli poprosimy respondentów o uszeregowanie ich wg stopnia zaufania, to przy opublikowaniu dziesięciu wyników, w najgorszym wypadku rezultat wyniesie 7:3 dla lewicy. Przy tym samo badanie może być przeprowadzone bardzo uczciwie. Oczywiście, jest to dla zrozumienia mechanizmu manipulacji przykład maksymalnie uproszczony, prawdziwe naginanie wyników jest bardziej subtelne i skomplikowane. Bo wyniki ankiet i sondaży zależą od wielu innych okoliczności: od sformułowania zadawanych pytań, ich treści, miejsca ich zadawania, od prawidłowo skonstruowanej losowości próby, jej reprezentatywności, od wielkości próby (czyli ilości przepytanych osób) itp. Jeśli wychodzącym ze stadionu „Lechii”, po wygranym przez ten klub meczu, zadamy pytanie: „Jaka jest najlepsza drużyna świata?” możemy być pewni, że spora część odpowie, że właśnie „Lechia”. W zasadzie każdy z elementów takiego badania może ulec manipulacji, a bardzo rzadko podawane są dokładne okoliczności przeprowadzania badań – chyba jedynie w pracach naukowych. Jeśli badanie opinii publicznej jest prowadzone na zamówienie, możemy być prawie pewni, że wyniki będą w dużym stopniu zgodne z intencją zamawiającego (na tyle jednak, żeby nie skompromitować doszczętnie instytucji przeprowadzającej badanie. Chociaż i to nie zawsze.) Praktycznie wszystkie te badania nie mają na celu obiektywnego przedstawienia rzeczywistego stanu, a jedynie osiągnięcie konkretnego skutku – zmianę postaw wobec problemu, partii czy osoby, zwłaszcza niezdecydowanej części publiczności. Owego osławionego „bagna”, które prawie zawsze jest gotowe poprzeć głos większości.

Zupełnie humorystycznej manipulacji dokonano w jednym z ostatnio prezentowanych rankingów. Obok znanych polityków ustawiono w nim Panią prezydentową Kwaśniewską, która z druzgocącą przewagą wygrała konkurencję. Otóż szkopuł w tym, że Pani Kwaśniewska politykiem nie jest, natomiast patronuje rozlicznym przedsięwzięciom charytatywnym, a jako „pierwsza dama” jest mocno nagłaśniana medialnie. Jak to krótko ocenił jeden z polityków: gdyby do tego rankingu wstawiono obok polityków Adama Małysza, czy innego idola sportowego, miałby przewagę znacznie większą. (A swoją drogą czy nie na tej zasadzie Arnold Schwartzenegger został ostatnio gubernatorem Kalifornii?)

V. Metody obrony przed manipulacjami socjotechnicznymi.

Jak bronić się przed manipulacjami psycho-socjotechnicznymi? Po pierwsze: wiedzieć, że takowe w ogóle istnieją. Taką też rolę, zasygnalizowania niebezpieczeństwa, ma właśnie spełnić ta praca. Po drugie: nauczyć się rozpoznawać podstawowe metody i techniki manipulacji (nie popadając przy tym w paranoję i manię prześladowczą). Znanemu złu można się, w mniej lub bardziej skuteczny sposób przeciwstawić, z cieniem walczy się bardzo trudno (i zazwyczaj bezskutecznie). Pomocą w tym rozpoznaniu również ma służyć niniejsza praca, a dla bardziej dociekliwych, pozycje zamieszczone w bibliografii i przypisy do niej, zamieszczone na jej końcu. Po trzecie: w miarę możliwości rozwijać tę wiedzę, czyli sięgać po inne książki wymienionych w bibliografii autorów, a także dotrzeć do pozycji z których oni korzystali. Po czwarte: dzielić się tą wiedzą z innymi, „…ponieważ powinna ona być dostępna dla wszystkich lub prawie wszystkich ludzi”. Tyle swego rodzaju bardzo ogólnego wstępu i możemy przejść do uwag bardziej zasadniczych:

a) Dlaczego obrona przed oddziaływaniami socjotechnicznymi jest tak trudna? Spróbujmy to podsumować, dla większej czytelności, w punktach:

1. Działania socjotechniczne w dużej skali tworzą pewien system. Poszczególne działania wzajemnie się uzupełniają i wspierają lub – mówiąc bardziej precyzyjnie – występują pomiędzy nimi sprzężenia zwrotne. Są tym samym wieloaspektowe i wszechobecne. Praktycznie otaczają nas nieustannie, ale ta wszechobecność właśnie, nie ułatwia ich wykrycia.

2. Trudno jest się przed nimi obronić również dlatego, że stosunkowo łatwo uaktywniają niższą naturę człowieka. Mówiąc prościej i dosadniej: często odwołują się do niskich i najniższych instynktów.

3. Różnorodność oddziaływań powoduje, że przyna jmniej jedno z nich będzie skuteczne. Wiedzą o tym doskonale kłusownicy ryb – im więcej haczyków z przynętą na sznurze, tym większe prawdopodobieństwo, że złapie się choćby jedna ryba.

4. Stosowanie różnorodnych bodźców pozwala uniknąć przyzwyczajania się ludzi do różnorodnych oddziaływań, co spowodowałoby spadek ich skuteczności. Zestawiając niewielką nawet liczbę elementów w coraz to inne systemy, można przez dłuższy okres sprawiać wrażenie nowości. Czy aby nie na tym polega nasz „wyścig szczurów”, pogoń za coraz to nowymi gadżetami i zabawkami? (patrz: reklama)

5. Oddziałując na ludzi nie tylko indywidualnie, ale wykorzystując wpływ grup, do których należą, i grup odniesienia, można wywołać ich zachowania, jakich nie dałoby się spowodować działaniami indywidualnymi. Można tu przywołać przykład młodzieżowych grup fanów określonego rodzaju muzyki, mających wpływ na sposób ubierania się, zachowania, na system wartości w nich obowiązujący. Przy czym różnice w samej muzyce były często ledwie dostrzegalne, i dla laika jakim jestem, często wręcz nie do rozróżnienia. Kiedyś istniejące podziały, bardzo ostre wśród tych grup, obecnie jakby zanikły. (czyżby wyczerpały się możliwości zestawiania elementów i spadła ich skuteczność? Patrz: punkt poprzedni).

6. Następną cechą systemu zróżnicowanych oddziaływań jest ich „bagienność”. Człowiek stykający się z oddziaływaniami socjotechnicznymi nie ulega początkowo im wszystkim, lecz jedynie nielicznym. To jednak wystarcza, aby zapoczątkować reakcję przypominającą reakcję łańcuchową. Poddanie się jednemu działaniu uaktywnia ośrodek ekspansji w psychice człowieka tak, że oprócz przyjęcia konkretnej postawy, oraz konkretnych zachowań tej postawie służących, psychika człowieka staje się bardziej podatna na inne oddziaływania. Zgodnie z mądrym przysłowiem: „Od rzemyczka do pasiczka”, czy może raczej: „Daj mu palec, a on schwyci całą rękę”. Nieprzypadkiem „przysłowia są mądrością narodów”. O ile je pamiętamy i wyciągamy z nich wnioski. Odwołując się do zasad chrześcijańskich: Jeśli zakwestionujemy wagę jednego z przykazań, znacznie łatwiej jest zrezygnować z następnego. Jeśli zaakceptujemy to, że nie obowiązuje „Nie pożądaj”, to przestaje mieć znaczenie „Nie kradnij”, i znacznie łatwiej będzie nam zgodzić się na zabijanie. Rezygnacja z jednej zasady relatywizuje znaczenie następnej, aż w końcu wszystkie one tracą znaczenie. Stąd uważajmy na głoszących mniejszą ważność któregoś z przykazań, bo jeśli to zaakceptujemy, to może się bardzo szybko okazać, że żadne z nich nie ma już znaczenia. (Patrz: punkt 3)

Zwróćmy uwagę jakiemu w ogóle zawężeniu uległo w chrześcijaństwie pojęcie grzechu. Z grzechów lekkich na ogół się nikt nie spowiada, a i księża tego jakoś nie wymagają. Dzięki temu za grzech zaczynamy uważać dopiero grzechy poważne, ciężkie i najcięższe. Rychło patrzeć, a i te się zrelatywizują i dopiero jakaś koszmarna zbrodnia będzie uważana za prawdziwy grzech. Do czasu!

7. Jeśli dodamy do tego skrytość oddziaływań, kamuflowanie ich, np. przez tworzenie sztucznych autorytetów i inne omówione wcześniej metody, unaoczni to trudność obrony przed socjotechnikami

b) Jakie skutki uboczne wynikają z podlegania działaniom socjotechnicznym? Oto kilka z nich, jak się wydaje, najpowszechniej występujących:

Najważniejszym i silnie wpływającym na całość sytuacji efektem ubocznym jest… zwiększenie stopnia egoizmu… Polega on na umieszczeniu własnego Ja (przy czym to Ja jest przeważnie zawężone do ośrodka ekspansji zewnętrznej) na pierwszym miejscu i podporządkowaniu wszystkich zachowań owemu Ja. …Dobro własne, rozumiane jako ekspansja zewnętrzna, staje się najwyższą zasadą etyczną, eliminując jednocześnie większość norm moralnych… Trudno powiedzieć, co w tym wypadku jest skutkiem, a co przyczyną. Czy filozoficzny nihilizm, pozytywizm i antropocentryzm, stawiające człowieka w centrum wszechświata, a które legły u podstaw filozoficznego myślenia naszych czasów, spowodowały tę relatywizację norm moralnych, czy też właśnie ona legła u podstaw tego sposobu myślenia. Trwa to zresztą od dawna. Już słynne: „Myślę więc jestem” Kartezjusza daje się wyraźnie odczytać jako: „Ja myślę – więc Ja jestem”. I to Ja mocno wybija obecnie się na pierwszy plan. Działania socjotechniczne ten powszechny już sposób myślenia jeszcze potęgują: Dobre jest to, co jest dobre dla mnie. Normy moralne są więc pomijane, bądź traktowane czysto instrumentalnie.

…W dzisiejszych czasach istnieją takie dziedziny życia, jak polityka, dyplomacja, reklama i propaganda, w których łamanie niektórych norm moralnych uznawane jest za konieczne do sprawnego działania. Dotyczy to szczególnie norm nakazujących prawdomówność, dotrzymywanie obietnic, traktowanie człowieka (osoby) jako wartość najwyższą, a nie jako środek itd. Działania ludzi reprezentujących wspomniane dziedziny życia wydają się już nie podlegać ocenom etycznym. Jedynym kryterium jest sprawność działania, oceniana z punktu widzenia interesów centrum dyspozycyjnego (władzy). Powyższe chyba również nie wymaga komentarza. „Koń jaki jest, każdy widzi.” Za skutek uboczny możemy uważać powszechne zobojętnienie na owe łamanie norm. Tak powszechne, że nawet już nie zdajemy sobie często sprawy z ich naruszania.

Istnieje też wyraźna tendencja do rozszerzania tych uprawniań do nieetycznego postępowania od samego centrum władzy, poprzez wieloosobowe centrum dyspozycyjne, jego krąg wewnętrzny i wreszcie coraz liczniejsze ośrodki wykonawcze. Proces ten, przez analogię do delegacji władzy, można nazwać „delegacją niemoralności”. Stare: „Ryba psuje się od głowy” pasuje tu jak ulał. Owo zobojętnienie na fakt naruszania norm moralnych i ich relatywizacja, powstałe w dużej mierze na skutek stosowania socjotechnik, jeszcze tę delegację niemoralności ułatwiają. Lawinowe szerzenie się np. korupcji, sięgającej najniższych urzędniczych szczebli, jest przypuszczalnie, po części, skutkiem tego procesu.

Tym samym jest szerzące się zjawisko „rezerwacji niemoralności”, tj. tendencja do swoistego elitaryzmu zachowań nieetycznych. Dotyczy to jednak,… nie tyle moralnego aspektu zachowań, ile możliwości czerpania z tych zachowań określonych korzyści. Jednak, skoro uważamy już, że źle jest „jak ktoś Kalemu zabrać krowy”, a dobrze „jak Kali komuś zabrać krowy”, to łatwo ten sposób rozumowania, przenieść na krąg bliskich sobie osób. Od własnej rodziny zaczynając, a na kolegach partyjnych kończąc. A jest oczywiste, że jak się działa gromadnie, to i zabór cudzych krów jest łatwiejszy technicznie. Ta koteryjność (żeby nie powiedzieć mafijność), tak już wrosła w nasze życie, że nawet nie zauważamy, że aby dostać posadę, wydać książkę, otrzymać nagrodę literacką, uniknąć płacenia kar czy podatków, zostać „autorytetem” itp. trzeba należeć do określonej koterii (dawniej mówiono kliki), najlepiej sprawującej władzę (polityczną lub ekonomiczną, a najlepiej jedno i drugie). Ale wszystko to ma u podstaw relatywizację norm etycznych, która jest częściowo spowodowana stosowaniem oddziaływań socjotechnicznych.

Oprócz układów polityczno – mafijnych, ładnie funkcjonuje swego rodzaju „solidarność zawodowa”. Dobrze to widać od lat, na działaniach posłów z rozmaitych, często opozycyjnych wobec siebie ugrupowań, którzy za żadną cenę nie chcą dopuścić do egzekwowania prawa wobec swoich kolegów. Głupie przekroczenia przepisów drogowych, za które szary obywatel musi płacić ciężkie mandaty, im jakoś ciągle uchodzą na sucho. No cóż, w socjalizmie zawsze byli i są „równi i równiejsi”.

Powyższe zjawisko jest wspomagane innym efektem ubocznym działań socjotechnicznych, efektem o bardzo dużym znaczeniu. …Jest nim brak tolerancji w stosunku do innych ludzi. Tolerancja jest tu rozumiana jako akceptacja pewnych zachowań innych ludzi pomimo ponoszonych strat własnych. (Przez straty własne rozumiem np. powstrzymanie się od wypowiadania własnych krytycznych poglądów powiedzmy, na temat jakichś obyczajów, pomimo, że gorąco się z nimi nie zgadzam. Czyli znoszę coś cierpliwie, w imię miłości bliźniego, pomimo braku akceptacji dla jego zachowań.) Ale wymieniony powyżej brak tolerancji ma jeszcze inne oblicze: Brak tolerancji w stosunku do takich zachowań jest połączony z nadmierną tolerancją wobec zachowań, które bezpośrednio nie dotyczą danego człowieka. Oba te zjawiska związane są z traktowaniem dobra własnego jako najwyższej zasady etycznej. Klasycznym niemal przykładem takiej postawy może być zachowanie popularnego amerykańskiego aktora – milionera, deklaratywnie niezłomnego obrońcy bezdomnych (o nie reklamowych, a rzeczowych i konkretnych działaniach wyżej wymienionego w tej sprawie, prasa nie wspominała), który swą życzliwość dla nich posunął tak dalece, że publicznie oświadczył gotowość udostępnienia im swej rezydencji. Lecz, gdy zachęceni tym oświadczeniem, prawdziwi bezdomni pojawili się na trawniku jego willi, bezzwłocznie nakazał ich usunąć. Słowem, bronię gorąco Murzynów w RPA, ale gdy któryś z nich, choćby najuczciwszy i najspokojniejszy, zamieszka za ścianą, jeszcze goręcej protestuję.

Takie specyficzne podejście do tolerancji wykazuje znaczna część naszych „postępowców”, zwłaszcza związanych ze środowiskiem „Gazety Wyborczej”. Tolerują oni tylko to, co się zgadza z ich poglądami, lub jest dla tych poglądów obojętne. Jeśli tylko coś narusza ich interesy, natychmiast odwołują się do argumentów pozamerytorycznych i prowokują represje wobec niepokornych (patrz: sprawa dr. Ratajczaka, wycofanie niewygodnych książek z targów we Frankfurcie, „aresztowania” takich książek itp.). Tu ich tolerancja się kończy.

Równocześnie nadmierna tolerancja zaczyna polegać na usprawiedliwianiu zła, co powoli przeradza się w tego zła akceptację, a nazywanie go po imieniu zaczyna być odbierane jako nietolerancja. Zwłaszcza, jeśli to usprawiedliwienie nie narusza własnych interesów, lub jest wobec nich obojętne. Lansuje się zrozumienie i współczucie dla przestępcy, bo zawsze winien jest nie on, a czynniki obiektywne. Dobro i zło zaczynają być rozróżniane tylko w zależności od określonego punktu widzenia. Całe współczesne wychowanie szkolne i pedagogika są na tym oparte. Złe warunki, trudne dzieciństwo, sadystyczni rodzice… Zawsze winne jest społeczeństwo, a nie przestępca (no bo, zgodnie z marksizmem, byt określa świadomość). I rozumiemy, i usprawiedliwiamy. A skoro zło jest usprawiedliwiane czynnikami zewnętrznymi, to znika gdzieś odpowiedzialność osobista za jego wyrządzenie. Oczywiście, o ile ktoś nie naruszył dobra mojego lub osób mi bliskich. Wtedy dopiero podnosimy wrzask oburzenia oraz oskarżamy wszystko i wszystkich o tolerowanie zła.

Takie postawy mają wyraźne odzwierciedlenie nie tylko w teorii, ale i w praktyce szkolnej. Usprawiedliwianie wszystkiego okolicznościami, owe osławione: „miał pod górkę do szkoły”, powoduje nadmierną pobłażliwość w traktowaniu uczniów mających kłopoty w zachowaniu i nauce, z równoczesnym maksymalnym skoncentrowaniu na nich uwagi (i środków finansowych, o czym już mniej głośno), kosztem uczniów uczących się dobrze i nie sprawiających kłopotów. Zawsze znajdują się pieniądze na tzw. zajęcia wyrównawcze dla uczniów słabych i zawsze brakuje pieniędzy na koła zainteresowań dla uczniów przeciętnych i zdolnych. Równocześnie w ramach niedyskryminowania, trzyma się takich kiepskich uczniów w jednej, zbyt licznej, jak zresztą od lat wszystkie, klasie. Zmusza to nauczyciela, z powodu prostych ograniczeń czasowych, do koncentrowania się na pracy z najsłabszymi i znakomicie obniża poziom nauczania i wychowania. Wszelkie próby, zdawałoby się logiczne, zmiany takiej sytuacji, np. tworzenie klas z uczniów o wyrównanym poziomie, trafiają na zdecydowany opór władz oświatowych.

O wyrabianiu wśród uczniów poczucia obowiązku i jakiejkolwiek odpowiedzialności za cokolwiek , w świetle tego zrzucania wszelkich win na społeczeństwo i „okoliczności”, nie warto nawet mówić.

Egoizm i instrumentalne traktowanie norm moralnych powodują również, że współczesne walki, tak zbrojne, jak i niezbrojne charakteryzuje wysoki stopień okrucieństwa… To stwierdzenie, o ile prześledzimy cały dwudziesty wiek, aż do naszych dni, nie potrzebuje chyba komentarza.

Podobnie jak w przypadku egoizmu, okrucieństwo nie jest wytworem naszych czasów. Wydaje się jednak, że zwiększył się stopień występowania, a jednocześnie zmniejszyła się liczba ludzi, w stosunku do których okrucieństwa nie stosuje się . Liczne przykłady historyczne wykazują, że zawsze dzielono ludzi na „My” i „Oni”, przy czym w stosunku do grupy własnej przestrzegano norm moralnych w znacznie wyższym stopniu niż w stosunku do grup obcych. Cechą charakterystyczną chwili obecnej na świecie jest znaczne zawężenie pojęcia „My”, często do najbliższej rodziny lub nawet pojęcia „Ja”. Związane jest to z kolejnym efektem ubocznym socjotechniki – zanikaniem więzi międzyludzkich. Trudno określić, w jakim stopniu jest to efekt uboczny działań socjotechnicznych, a w jakim stopniu jest to celowy wynik takich działań. Zwarte społeczności trudniej poddają się manipulacjom i stawiają znacznie większy opór. Od początku istnienia lewicowe władze starały się zminimalizować działania rodziny, rodu, jakichkolwiek zorganizowanych grup społecznych. Stąd stałe dążenie tych władz do podziałów, do atomizacji społeczeństwa (w ramach wspomnianego wyżej, maksymalnego podporządkowania sobie i kontrolowania otoczenia). Przykładów takiego świadomego rozdrabniania społeczeństwa przez naszą socjalistyczną władzę są dziesiątki. Ciekawe, że największe ich nasilenie przypadło na okres niesławnej pamięci „gierkowszczyzny”, tak chętnie idealizowanej dziś przez postkomunistów. I nieprzypadkowo to właśnie Gierkowi chcą dziś stawiać pomniki.

To w tamtym okresie usilnie wprowadzano na wielką skalę wielkopłytowe budownictwo, najdroższą na świecie technologię budowlaną i najbardziej antyspołeczną, a metraż mieszkań już za Gomułki eliminował istnienie rodziny wielopokoleniowej. Społeczna pustynia „blokowisk” straszy do dziś. Dodajmy, wprowadzona, jak wszystkie pomysły tego okresu, na nasz koszt – kredyty spłacamy do dziś i będziemy je spłacać jeszcze wiele lat. Tak jak i koszty społeczne tamtych pomysłów. Jak wspomniałem, metraż mieszkań uniemożliwiał (poza wsią) istnienie rodziny wielopokoleniowej, a sposób dystrybucji tychże mieszkań utrudniał też, o ile wręcz nie uniemożliwiał, zamieszkanie członków rodziny obok, czy chociaż blisko siebie. Zlikwidowało to dość skutecznie rolę wychowawczą starszego pokolenia, owych nieocenionych babć i dziadków.

Ponieważ od początku istnienia PRL jednym z celów działań socjotechnicznych było podporządkowanie sobie otoczenia, także poprzez rozbijanie więzi społecznych, to właśnie tradycyjna rodzina musiała stać się głównym obiektem ataku i była takim celem dla lewicy, od samego początku do dziś. Głównym narzędziem stał się przymus pracy kobiet, przedstawiany propagandowo jako jedyna droga pełnej samorealizacji. Echo tamtej propagandy wciąż jeszcze pobrzmiewa w wypowiedziach dzisiejszych nawiedzonych feministek. Prawda była bardziej prozaiczna, kobietom nie dano żadnej możliwości wyboru, ponieważ pensja męża, przez cały czas trwania PRL-u, nie wystarczała na utrzymania rodziny, a i dzisiaj równie często nie wystarcza. Pomimo wyraźnej w ostatnich dziesięcioleciach nadwyżce siły roboczej wśród mężczyzn, skrzętnie ukrywanej poprzez przerost zatrudnienia w państwowych przedsiębiorstwach! Podobna sytuacja jest utrzymywana nadal, tyle, że bezrobocie jest jawne. Ale pięćdziesiąt lat wbijania do głowy, że bez pracy zawodowej nie jest się pełnowartościowym człowiekiem, poskutkowało i „kariera żony” nadal jest odbierana jako coś wręcz hańbiącego, a zarobki kształtowane są nadal tak, by nie można było na większą skalę powrócić do tradycyjnego modelu rodziny. Na Zachodzie przymus pracy zastąpiło, przy bardzo podobnej propagandzie (równouprawnienie, niedyskryminowanie płci, pełny rozwój osobowości itp.), rozbudzenie potrzeby zaspokojenia potrzeb nieelementarnych. Ów tak wyszydzany za PRL „konsumpcjonizm”. Dzięki temu zjawisko „emancypacji zawodowej kobiet” miało przebieg wolniejszy, niepełny i nie tak drastyczny, bo dobrowolny. Tam jednak rodziny, dzięki tej pracy, co nieco się wzbogacały, nie tracąc tak całkowicie wpływu na wychowanie dzieci. U nas zatrudnienie kobiet nie miało większego wpływu na zamożność społeczeństwa, po prostu pozwalało jakoś przeżyć, a prawie całkowicie rozbijało życie rodzinne. W Polsce, przez stulecia, to głównie kobiety przekazywały tradycję, wiarę i obyczaj. To one kształtowały w polskim duchu całe pokolenia. Tymczasem praca zawodowa całkowicie je od tego odsuwała (o co w tym przypadku chyba głównie chodziło), a także, chociażby poprzez ograniczenie wspólnie spędzanego czasu, rozbijała spoistość rodziny. Sprzyjało temu, nie licząc się z kosztami, państwo, poprzez lansowanie na wszelkie sposoby wyższości wychowania poprzez żłobki, przedszkola i szkołę. Oczywiście, dla dobra dziecka. Rodzice nie są jakoby przygotowani do pełnienia roli wychowawczej – przecież to hasło jest otwarcie głoszone również dziś, jako argument do ograniczania ich roli w tym zakresie. (Głoszącym to idiotom zwracam uprzejmie uwagę, że nie jesteśmy także przygotowani do życia w ogóle, więc może byłoby dobrze, żeby pokierował nim jakiś kompetentny urzędnik, najlepiej po WUML). Dokładne określenie czasu obowiązkowego przebywania dziecka w żłobkach i przedszkolach najdobitniej świadczyło o zamiarach władz. Rodzice mogą dziś o tym nawet nie pamiętać, bo dzięki niegłupim pedagogom zatrudnionym w tych instytucjach, mogli, nawet nie wiedząc o tym, że łamią przepisy, odbierać dzieci wcześniej. Wraz z żoną robiliśmy to świadomie i nagminnie, kiedy tylko to było możliwe. Wprowadzenie do przedszkoli „klas zerowych” praktycznie taki proceder uniemożliwiło. Nikt nie chciał zmniejszać szans edukacyjnych swoich dzieci po rozpoczęciu normalnej nauki. Pytanie, na ile obecne wprowadzenie obowiązku szkolnego o rok wcześniej, jest prostą kontynuacją tamtych niechlubnych praktyk?

Należy pamiętać też, na jak olbrzymie koszty decydowały się władze. Za całodzienny pobyt dziecka w przedszkolu, czy żłobku, wraz z dwoma posiłkami, płaciło się dosłownie grosze. Jeśli odliczyć koszty utrzymania dziecka w domu, była to trzecia pensja. Tych pieniędzy za żadne skarby nie chciano przyznać pracującym kobietom, które nie oddawały dzieci do takich instytucji, a powierzały je np. babci. Takie kobiety dostawały jedynie śmiesznie niski zasiłek rodzinny. Toteż run na przedszkola był olbrzymi i to wcale nie wśród najuboższych rodzin, po prostu wszyscy umieją liczyć. Ta sytuacja padła wraz z niewydolną peerelowską ekonomią i państwa po prostu nie było stać na kontynuowanie tak kosztownych oddziaływań na rodzinę. A tym, którzy z łezką w oku oglądają się na minione dobrodziejstwa czerwonych władz, na owe prawie darmowe żłobki i przedszkola, na bajecznie tanie kolonie i obozy, radzę, żeby zastanowili się: Jaką cenę płaciła za to ich rodzina? Jaki mieli kontakt z własnymi dziećmi? I dlaczego władze, tak skąpe zawsze wobec nich samych, były tak hojne dla ich dzieci?

Spoistości rodziny nigdy nie sprzyjał czas przebywania dziecka w instytucjach pedagogicznych, co ma miejsce również obecnie. Jaki kontakt z rodziną mają maluchy kończące zajęcia szkolne o godzinie 17 – tej czy 18 – tej? Wciąż jest to zjawisko nagminne. Czas zajęć szkolnych był zresztą świadomie wydłużany, nie tylko przez zwiększanie ilości przedmiotów nauczania, coraz bardziej bzdurnych i zbędnych, ale i np. przez organizację popołudniami i wieczorami atrakcyjnych zajęć nadobowiązkowych. Przy okazji odciągało to również dzieci od katechezy odbywającej się poza szkołą w zbliżonych godzinach. Taką rolę spełniały ongiś atrakcyjne wycieczki i wyjazdy, organizowane w czasie niewygodnych świąt np. Bożego Ciała. Dodajmy, że na wymiar godzin nauczania i czas ich realizacji, tak jak i na ich treść rodzice nie mieli i nie mają najmniejszego wpływu. I dopóki gros szkolnictwa pozostanie całkowicie w rękach lewicowego państwa mieć nie będą.

Nie trzeba dodawać, że pajdokratycznie nastawiona cała współczesna szkoła, koncentrująca się, przynajmniej pozornie, na „rozwijaniu osobowości ucznia”, wspaniale rozwija rozdmuchiwanie własnego „ego”, owego wyolbrzymionego „Ja” ucznia. Wszystko kręci się, przynajmniej deklaratywnie, wokół jego osoby, jego własnych chęci, własnych zainteresowań, życzeń. Najważniejsze jest jego własne dobro, rozumiane przede wszystkim jako przyjemność. Trud, praca, rezygnacja z czegokolwiek własnego w imię innych racji, pojęcie winy i kary, a więc dobra i zła, w tak pojmowanej szkole nie istnieją, nie mówiąc o kształtowaniu charakteru, czy jakiegokolwiek poczucia obowiązku. Nauka ma być lekka, łatwa i przyjemna.

Ciekawa jest także, przeprowadzona po cichu i bezboleśnie, właśnie w „gierkowskim” okresie, akcja skomunizowania wsi. Po niesławnym okresie stalinowskiej, przymusowej kolektywizacji, wieś, pomimo biedy i rozmaitych ograniczeń, np. w postaci obowiązkowych dostaw, była jeszcze ostatnią zwartą ostoją prywatnej własności, tradycji, wiary, przestrzegania norm moralnych. (Mieszkałem jeszcze w latach sześćdziesiątych na wsi i nie pamiętam, żeby ktokolwiek w tamtym okresie zamykał drzwi chałupy na klucz, czasami nawet wyjeżdżając na parę dni. Porównajmy z tym co się dzieje obecnie.) Skoro nie wyszła kolektywizacja pod przymusem, załatwiono to „tylnymi drzwiami” i sprytniej. Bo czymże były osławione Kółka Rolnicze, jak nie swoistymi kołchozami, z wszystkimi negatywnymi skutkami tego systemu. Nakazowy przymus przynależności zastąpiono ekonomicznym. Dostęp do maszyn, pasz, nawozów itp. był praktycznie możliwy tylko poprzez Kółka. Równocześnie wprowadzane emerytury rolnicze przyspieszyły migrację do miast i wprawdzie likwidowały „problem Boryny”, ale przy okazji i wielopokoleniową chłopską rodzinę. Zbyt tradycyjną, zbyt religijną, zbyt niezależną i kiepsko sterowalną. A do tego migracja rozpraszała i atomizowała tradycyjne chłopskie środowisko. Całkowicie niestrawne dla czerwonych władz. A żeby było śmieszniej, chłopi są do dziś czerwonym władzom wdzięczni za to, że ta władza zdjęła z nich koszmarne obciążenia, zapominając, że to dokładnie ta sama władza owe ciężary narzuciła, jeszcze w latach czterdziestych. W rozbijaniu i komunizowaniu wsi olbrzymią rolę odegrała wspomniana wcześniej reforma oświaty Kuberskiego. Z nieubłaganą konsekwencją realizowana do dziś. Między innymi, polegała ona na likwidacji małych, wiejskich szkół, jako nieekonomicznych i niewydolnych. Kto pamięta te szkoły, ten doskonale wie, że to oczywiste kłamstwo. Miałem okazję przez cztery lata pracować w takiej małej szkole o jednym ciągu klas, z dwoma filiami o klasach 1 – 4, a znałem też inne podobnego typu. Szkoła ta, w dużej mierze finansowana przez okoliczne wsie, poza funkcjami dydaktycznymi, pełniła rolę ośrodka kultury, klubu, biblioteki i wiele innych. To wokół niej krystalizowała się lokalna społeczność (najbliższy kościół był dość daleko, kilkanaście kilometrów). Żadna z poznanych przeze mnie później, wielkomiejskich szkół, nie była tak świetnie zaopatrzona w pomoce dydaktyczne jak ta mała szkółka. Głównie zresztą dzięki zapobiegliwości nauczycieli i ofiarności rodziców. Poziom nauczania był również o wiele wyższy. Uczniowie, którzy poszli do miejskich szkół średnich, nie mieli kłopotów w nauce, a nawet w kilku wypadkach przyszły do nas z takich szkół listy pochwalne, co znakomicie podbijało ambicje wsi. Fakt, że było ich niewielu, ale jest udowodnione, że największy wpływ na kontynuowanie nauki ma poziom wykształcenia rodziców, tradycje rodzinne. Dzieci rodziców z wyższym wykształceniem najczęściej same też podejmują studia. I żadne „punkty za pochodzenie” nie są w stanie tej prawidłowości zmienić, najwyżej spowodują obniżenie poziomu szkół wyższego szczebla, co zresztą rzeczywiście miało miejsce. W tych małych szkołach niemożliwe było również „obijanie się” nauczycieli, tak dobrze znane mi z dużych szkół miejskich. Kontrola środowiskowa była bardzo skrupulatna. Kiedy nauczyciel jednej z filii opuścił się w pracy, wieś przez kilka lat żądała jego odejścia. Władze ustąpiły i …zamknęły szkołę, a nauczyciel przeniósł się do miasta by tam spokojnie kontynuować pracę, aż do zasłużonej emerytury. Trudno zresztą przecenić wartość takich szkół. Wbrew lansowanej przez władze opinii były tanie, dzieci nie traciły bezużytecznie czasu na niebezpieczne i kosztowne dojazdy, łatwy i bliski był kontakt z rodzicami, klasy niezbyt liczne, co pozwalało indywidualizować nauczanie, przebieg nauczania był skoordynowany z pracami polowymi. Listę zalet można ciągnąć w nieskończoność. Toteż wieś instynktownie broniła takich szkół, doceniając ich wartość. I broni nadal, bo przecież likwidacja takich szkół trwa do dziś. Patrz: likwidacja wiejskich szkół za min. Handtkego, kontynuowana zresztą po jego odejściu. Swoistego smaczku dodaje fakt przejęcia przez gminy majątku tych szkół, zwłaszcza nieruchomości, majątku często wypracowanego i stworzonego od podstaw przez lokalne społeczności, bez żadnej pomocy państwa, np. szkół zbudowanych przez zamożniejsze wsie. Czysto komunistyczne zawłaszczenie cudzej własności. Może warto by było sprawdzić co się z nimi dzieje, kto w nich mieszka? Żadne argumenty, łącznie z tak okrzyczanym „dobrem dziecka” nie docierają do czerwonych władz. Bo przypuszczalnie najistotniejszą, nie wymienianą przyczyną likwidacji tych szkół, jest uznana przez władzę konieczność rozbicia ostatnich zwartych społeczności wiejskich. Jeden z elementów atomizacji społeczeństwa. Jeden z elementów socjotechniki.

A jeśli już jesteśmy przy oświacie. Stałe i systematyczne obniżanie poziomu nauczania wspomaga, tak łatwy obecnie do zaobserwowania, zanik krytycznego myślenia.

W przypadku działań socjotechnicznych nie mamy do czynienia z pełnym pomijaniem świadomego myślenia. Niemniej jednak działania skierowane głównie na emocje powodują przytłumienie lub całkowite wyłączenie krytycznego myślenia, dzięki czemu człowiek przyjmuje sugerowane mu poglądy oraz opinie i zachowuje się w zalecany sposób, nie zadając sobie i innym pytania „dlaczego?”…Działania ludzi poddanych socjotechnice pomijającej krytyczne i samodzielne myślenie przypominają pod niektórymi względami zachowania tłumu. A tłumem łatwo sterować przy pomocy prostych, emocjonalnych bodźców. Kiedy rozglądam się dookoła, to niestety ze smutkiem stwierdzam, że nasze społeczeństwo coraz bardziej mi przypomina taki bezwolny tłum.

c) Na czym powinna polegać obrona przed oddziaływaniami socjotechnicznymi?

Proponowane tu za Panem M.K. Mlickim metody obrony są u nas doskonale znane (a może raczej: powinny być znane) ludziom wychowanym w duchu katolickim, lub chociażby w kręgu cywilizacji łacińskiej, ale także wszystkim ludziom głęboko wierzącym, niezależnie od wyznawanej religii.

1) …najbardziej skuteczną metodą… obrony przed socjotechniką przeciwnika, jest aktywna realizacja określonego systemu wartości sprzecznego lub niezgodnego z tym, jaki jest propagowany przez działania socjotechniczne różnych centrów dyspozycyjnych. Przez aktywne realizowanie, rozumiemy tu zarówno uznawanie wartości jak i kierowanie się nimi w życiu, niezależnie lub prawie niezależnie od ponoszonych kosztów.

Nie można nie zauważyć, że chrześcijaństwo, zwłaszcza w jego katolickiej postaci, jest całkowicie sprzeczne z wszelkimi socjalizmami i komunizmami, w jakiejkolwiek ich formie (z faszyzmem włącznie). Nie ma sposobu, żeby te systemy pogodzić, mimo wielu lat usilnych prób dokonania, przez rozmaitych osobników, takiego karkołomnego wyczynu. Kończą się one nieuchronnie atakiem na samą istotę wiary, bądź też, o ile pochodzą od osób wewnątrz Kościoła, prowadzą do jego poważnego osłabienia. Z powyższych przyczyn, Kościół Katolicki, jako depozytariusz wiary, zawsze był, jest i będzie głównym celem ataku wszelkich lewicowych władz, czy to będzie PRL, PRL-bis, czy Polski Region w Unii Europejskiej. I wszelkie deklaracje pojednania i ustępstwa nic dokładnie nie znaczą. Celem ataków nie jest jednak tylko sama instytucja Kościoła, jako organizacja o pewnej strukturze. Każda organizacja składa się z ludzi, ze wszystkimi ich ograniczeniami i słabościami, tak, że niektórych z nich można przekonać (patrz: kanalizacja ideałów), innych przekupić (patrz: potrzeby nieelementarne), a jeszcze innych zastraszyć (patrz: intensyfikacja lęku). Nie wszyscy są świętymi, a próby opanowania kościoła od wewnątrz i podporządkowania go sobie przez władze, na wzór rosyjskiego kościoła prawosławnego, były i są czynione od lat (patrz: metoda infiltracji). Najpoważniejszym jednak i prawdziwym celem ataku jest sama wiara. Ta wiara, która głęboko tkwi w nas samych, która określa najdogłębniej nasze widzenie świata i zasady postępowania. Bo opór jaki stawia instytucjonalny Kościół pomysłom czerwonych władz, jest tylko odbiciem tej wiary, nie poddającej się manipulacjom socjotechnicznym. I dopóki nasza wiara jest niepodważalna, Kościół, niezależnie od zawirowań dzisiejszego świata, będzie trwał spokojnie.

Warto zauważyć, ze to uznawanie wartości jak i kierowanie się nimi w życiu, niezależnie lub prawie niezależnie od ponoszonych kosztów jest właśnie drogą obraną przez wielu Świętych katolickich.

A więc, pierwsza zasada obrony to: Musisz wierzyć i realizować swoją wiarę, poprzez życie zgodne z jej zasadami.

Powiedziałem wiele o chrześcijaństwie, ale powyższa zasada dotyczy ludzi wierzących wszystkich religii, a także ateistów, których system wartości naczelnych, jest zbieżny, także z chrześcijaństwem jak np. w buddyzmie, czy islamie. Szczególnie chciałbym zwrócić uwagę na islam, który najwyższą wagę przywiązuje do osobistego przestrzegania zasad wiary, co czyni go szczególnie odpornym na wszelkie zewnętrzne wpływy. Czy nie nazbyt często owo głębokie uwewnętrznienie wiary nazywamy pochopnie fanatyzmem? Czy nie robimy tego tylko dla usprawiedliwienia własnej słabości?

2) Ta realizacja wiary i życie zgodne z jej zasadami, nie mogą polegać tylko na unikaniu zła i przestrzeganiu pewnych rytuałów, nie jest to proste wystrzeganie się czynów złych, lecz przede wszystkim aktywne i celowe robienie tego, co według danej religii służy dobru.

Druga zasada: Nie tylko unikaj zła, ale przede wszystkim czyń dobro.

Obrona polegająca na unikaniu czegoś, jest tylko ucieczką, zaś samo przestrzeganie rytuałów czystym faryzeizmem. Czynne i otwarte przeciwstawianie się złu, jest także czynieniem dobra.

3) Innym sposobem jest dotarcie do norm moralnych i znalezienie celu życia poprzez własne przemyślenia...Droga ta dostępna jest jedynie nielicznym ludziom – tym mianowicie, którzy posiadają sprawny umysł i jednocześnie na tyle uaktywnioną głębszą warstwę psychiczną, że umysł jej właśnie może służyć.

Droga do norm moralnych, niekoniecznie musi prowadzić poprzez religię, lecz również przez rozum (nietożsamy z intelektem), co wymaga bardzo sprawnego umysłu (intelektu) oraz wewnętrznej uczciwości. Zauważmy, że zespół norm moralnych osiągniętych tą drogą i uwewnętrzniony, też stanowi swego rodzaju wiarę. Lecz, co ciekawe, obie te drogi, mimo iż tak różne, schodzą się w pewnym momencie i prowadzą do podobnych rezultatów – rozwoju wewnętrznego i znalezienia celu życia. Dobrym przykładem takiego spotkania się tych dróg, jest przykład Zbigniewa Herling-Grudzińskiego, do końca życia zadeklarowanego ateisty, którego przemyślenia z ostatniego tomu „Dziennika pisanego nocą” są bardziej zgodne z etyką katolicką, niż wynurzenia niejednego katolickiego teologa.

Ta droga jest chyba obowiązkowa także dla ludzi wierzących. Wiara nie zwalnia nikogo od myślenia. Tak jak nie zwalnia od znajdowania celu życia i rozwoju wewnętrznego. Ani od obowiązku pogłębiania tejże własnej wiary.

Trzecia zasada: Posługuj się rozumem dla ustanowienia wewnętrznych norm moralnych, dla odnalezienia celu życia. Dbaj świadomie o rozwój wewnętrzny.

4) Należy dążyć do ujednolicenia kodu, w którym są zapisane wartości moralne z kodem którym operujemy w świadomym myśleniu. Ujednolicenie to można naszym zdaniem osiągnąć w znacznej przynajmniej mierze dzięki świadomemu i celowemu myśleniu nad zagadnieniami etycznymi. Myślenie takie jest szczególnie początkowo bardzo trudne, jednak po pewnym czasie prowadzi do świadomego zdawania sobie sprawy z własnego systemu wartości i, co bardzo ważne, z ich hierarchii.

To ujednolicenie kodu wartości moralnych pozwala na uniknięcie wykorzystania do manipulacji nami haseł nie mających ściśle określonego znaczenia, lub których ogólność pozwala na różnice w interpretacji tychże. Jeśli dobrze rozumiemy co znaczy dla nas słowo „wolność” w katolickim znaczeniu, nie damy się nabrać na libertyńskie „róbta co chceta” J. Owsiaka. Jeżeli znamy znaczenie słowa „demokracja” jako sposób pewnego sprawowania rządów, jeden z wielu znanych ludzkości i do tego niezbyt doskonały, nie pozwolimy zgodnie z poprawnym politycznie myśleniem zrobić z niej bożka, zezwalającego na każde świństwo. Pozostanie nie celem a narzędziem, którym jedynie w istocie jest. Znając znaczenie, istotę, zabarwionych etycznie słów będziemy się w stanie oprzeć wieloznaczności mowy. „A mowa wasza niech będzie: Tak, tak – lub – Nie , nie.”

Czwarta zasada. Poznaj własny system wartości i hierarchię tych wartości, aby móc odkryć kryjące się za słowami dobro lub zło. Aby móc pojęciom nadać jednoznaczność.

5) Należy analizować oddziaływania socjotechniczne, którym jest się poddanym, biorąc pod uwagę nie tyle zalecane zachowania i postawy, ile ich pośrednie lub bezpośrednie skutki końcowe.

„Po czynach ich poznacie” i tylko po czynach. A zwłaszcza po skutkach ich czynów, a także po tym czego nie zrobili. Jeśli odnieść te słowa do naszego świata polityki, to poznacie ich nie po miłych twarzach w okienkach telewizorów, nie po elegancko skrojonych garniturach, a już na pewno nie po gładko płynących, kuszących obietnicach. Poznacie ich po skutkach ich działań, po realizacji głoszonych haseł, po świadectwie całego ich życia.

Piąta zasada: Zawsze bierz pod uwagę nie głoszone hasła, a to co z nich wynika. Przewiduj skutki działań. Oceniaj nie słowa, a czyny i ich rezultaty.

Starajmy się również brać pod uwagę możliwe skutki naszych własnych działań, pośrednie i bezpośrednie. Jak w katolickim podobno kraju, w demokratycznych i wolnych wyborach, mogą wygrywać ludzie, którzy przez lata katolicyzm zwalczali i zwalczają go nadal? Czy nie jest to aby rezultatem braku przewidywania właśnie, przewidywania możliwych skutków postawy: niech inni głosują za mnie, mnie to nie interesuje? Czy też naiwnego uwierzenia po raz setny w nigdy nie dotrzymywane obietnice? Nigdy nie mogłem zrozumieć ślepej wiary w słowa ludzi, o których zawsze mówiono, że: „Jak Iwan powie jedno słowo, to dwa razy skłamie.”

6) …większości ludzi trudno jest żyć samotnie, bez oparcia w nieformalnych więziach międzyludzkich, broniący się przed socjotechniką powinni te właśnie więzi tworzyć, rozwijać i chronić…(Mam tu na myśli takie więzi, jak przyjaźń szacunek, miłość, wzajemna życzliwość itd.)…Jest bardzo istotne, aby jednostka […] mogła znaleźć oparcie w życzliwych sobie i podobnie myślących ludziach... obrona wymaga znacznej sprawności myślenia. Wystarczy jednak, aby w zespole ludzi połączonych więzami miłości lub przyjaźni była jedna taka osoba, a jej umiejętność myślenia może służyć innym.

Rodzina połączona miłością, grupka przyjaciół, ludzie podobnie myślący, życzliwi sobie, złączeni podobnym celem… To są właśnie wrogowie socjalistycznego państwa. Ludzie kiepsko sterowalni. Tylko w westernach samotni jeźdźcy potrafili zwyciężać, w realnym życiu najczęściej przegrywają. Przegrywają też ludzie skupieni w większych organizacyjnych strukturach. Taką strukturę można rozbić, zinfiltrować, podporządkować. Nie bez powodu wojskowi uważali i uważają, że oddziały specjalne, dywersyjne, komandosi itp. powinni działać w małych, rozproszonych grupach, nie powiązanych strukturalnie, nastawionych jedynie na wykonanie zadania i silnie skonsolidowanych wewnętrznie. Takie grupki są trudne do wykrycia, trudno do nich przeniknąć a w razie wpadki nie demaskują pozostałych grup (wzorzec takiego działania zaczerpnięto wprost z działań organizacji terrorystycznych). Małe grupy społeczne działają na bardzo podobnej zasadzie i są bardzo trudne do podporządkowania wszelkim działaniom, także socjotechnicznym.

Głównym „grzechem” Radia Maryja (i Ojca Rydzyka) w oczach wszelkich władz, jest stworzenie Rodziny Radia Maryja, sieci tysięcy małych ośrodków społecznych, niezależnych od jakiejkolwiek scentralizowanej władzy, również kościelnej (w tym nawet od samego Ojca Rydzyka, jako że jego przywództwo jest czysto duchowe). A więc kompletnie niesterowalnych dla istniejących centrów dyspozycyjnych. Myślę, że gdyby takie zalążki niezależnego społeczeństwa udało się stworzyć jakiemuś rabinowi, podlegałby on równie zaciekłym atakom ze wszystkich stron, jak Ojciec Rydzyk. Sama nazwa „Rodzina” też jest już kamieniem obrazy dla wszelkiej maści lewicy.

Zasada szósta: Nie bądź samotny. Starannie pielęgnuj więzy rodzinne, przyjacielskie, kontakty z innymi. Dziel się z nimi swą wiedzą. Pojedyncze ziarnko piasku niewiele znaczy. Bryłka piaskowca ma już kształt i wagę. Z bryłek piaskowca powstają również góry.

Na przełomie lat 1980/1981, kiedy jeszcze dyskutowano o przyszłej strukturze „Solidarności”, mała grupka moich znajomych opracowała taki kształt „Solidarności” nauczycielskiej, oparty o podobne zasady. Mocno zdecentralizowany i silnie wtopiony w zróżnicowane, lokalne środowiska. Bardzo trudny przypuszczalnie do zinfiltrowania i rozbicia. Dobry dla ruchu społecznego, jakim wówczas „Solidarność” jeszcze była, niewygodny chyba trochę dla przywództwa związków zawodowych, czym miała się dopiero stać. Na pewno niebezpieczny dla władz. Projekt był przyjmowany bardzo życzliwe i natychmiast lądował w koszu, a jedyną reakcją było przeforsowanie, przy pomocy oczywistych manipulacji, sztywnej, hierarchicznej struktury organizacyjnej, na dodatek zupełnie nie odpowiadającej strukturze oświaty. I ta przetrwała do dziś. Sprzeciwiłem się temu ostro na zebraniu delegatów w Zespole Szkół Budowlanych na Grunwaldzkiej, najpierw mnie prawie wygwizdano, potem podobno (nie wiem, bo w obliczu ewidentnych manipulacji, opuściłem salę) otrzymałem gromkie brawa, zostałem wybrany do władz (na co, za moim upoważnieniem i pod moją nieobecność, nie wyraziła zgody moja koleżanka) i… mój głos przestał się liczyć w jakiejkolwiek sprawie (a byłem od początku w grupie założycielskiej). Próbowaliśmy jeszcze dotrzeć oficjalną i nieoficjalną drogą do ówczesnego idola, Lecha Wałęsy, co także nie dało żadnych rezultatów. Sprawie ukręcono łeb. Jak wyglądałaby w stanie wojennym działalność takich małych, środowiskowych, międzyzawodowych struktur, mocno wtopionych w małe społeczności lokalne, można dziś tylko spekulować. Ale na pewno lepiej, niż to miało miejsce w rzeczywistości.

7) Pozyskanie sprzymierzeńców w zespołach otoczenia, a przynajmniej zapewnienie sobie neutralności otoczenia jest warunkiem koniecznym… (J. Rudniański)

Nie należy jawnie krytykować otoczenia za jego ekspansję zewnętrzną i „nawracać” go, podając siebie za przykład jedynie słusznego postępowania.

Zrażanie do siebie ludzi, którzy mogliby być potencjalnymi chociażby sojusznikami jest bardzo charakterystyczne dla polskiej sceny politycznej po „upadku komunizmu”. Każda, najmniejsza, kanapowa partia uważała się za jedynie słuszną i zaciekle zwalczała inne. I o ile to rozumienie za jedynie słuszną własnej drogi jest zrozumiałe, to ta zaciekła niechęć już nie. Jeśli ktoś nie uznaje drogi jakiegoś ugrupowania za słuszną, to po jakie licho miałby do niego należeć? Zwalczanie jednak ludzi reprezentujących o cień inne poglądy, jest nie tylko głupotą i podłością, ale wręcz ułatwianiem sytuacji przeciwnikowi i zwykłą zdradą. Także własnych ideałów. Chyba, że tym jedynym prawdziwym ideałem są własne wygórowane ambicje.

Pamiętam taką dyskusją na spotkaniu Obszaru KPN. Było to w okresie rozpadu Porozumienia Centrum i jeden z członków naszego kierownictwa perorował głośno na temat: jakich to ludzi należy przyciągnąć, jaka to część elektoratu przejdzie do nas itp. Słuchałem tego z niesmakiem, nie umiem cieszyć się z porażki przyzwoitych ludzi, nawet jeśli się z nimi nie zgadzam. I miałem rację, nie przeszedł do nas nikt, ani jeden człowiek. Życzliwych w Polsce nigdy nie brakowało, ktoś komuś coś szepnął i wśród byłych członków PC pozostała tylko niechęć do całego KPN. I słusznie.

Zasada siódma: Zadbaj o to by mieć w otoczeniu przyjaciół, a nie wrogów. Nie zrażaj do siebie tych, którzy mogą być ci życzliwi a w najgorszym razie obojętni. Nie czyń sobie z nich wrogów. Koncentruj się na realizacji własnych ideałów i na przeciwniku rzeczywistym. Szanuj też odrębność innych, jeśli chcesz by szanowano twoją.

„Kto nie jest przeciw nam, jest z nami” – warto tę zasadę Bacona pamiętać, nawet jeśli głosili ją Kadar i Jaruzelski. Stosowali ją skutecznie komuniści, przezornie jednak jedynie do czasu zdobycia władzy, potem natychmiast przewrotnie to odwrócili, i stosowali w sposób bezlitosny i okrutny, ewangeliczną skądinąd zasadę: „Kto nie jest z nami, ten jest przeciw nam.”

Nie każdy też w twojej własnej grupie, jeśli ma odrębne, własne zdanie, nawet w twoim przekonaniu, głęboko niesłuszne, jest od razu przeciwnikiem. Walka wewnętrzna, choćby z nie wiem jak słusznych powodów, jest końcem każdego ugrupowania. Koncentruj się na realizacji własnych ideałów, a rzeczywisty przeciwnik i tak się ujawni. I przysporzy ci dość rzeczywistych kłopotów.

Nie należy jawnie odrzucać norm obyczajowych i zewnętrznych zachowań obowiązujących w danym otoczeniu, jeżeli normy te i zachowania nie są sprzeczne z realizowanym systemem wartości. Nie każdy, ogolony „na pałę”, młody, barczysty człowiek w „szwedce”, jest rozwydrzonym kibicem piłkarskim, czy neonazistą, co tak chętnie się sugeruje. Sam kilkakrotnie popełniłem ten błąd i ze wstydem przekonałem się, że „nie szata zdobi człowieka”.

8) …współczesne oddziaływania socjotechniczne są systemem różnorodnych zmiennych i wciągających działań. Istnieje więc zatem znaczne prawdopodobieństwo, że przeciwnik zastosuje jakieś nowe nieznane działanie, na które psychika danego człowieka okaże się wyjątkowo podatna.

Środki jakimi dysponowała i dysponuje władza, mniej lub bardziej usiłująca być totalną, są nieproporcjonalnie wielkie w stosunku do możliwości grup stawiających jej opór. Niemniej sposoby manipulacji nie są niewyczerpane i obserwując poczynania władz, można je gorzej lub lepiej zdemaskować. Najczęstszym sposobem jakiego chwytają się nami rządzący, jest wycofanie z pierwszej linii skompromitowanego osobnika, i wprowadzenie człowieka „z drugiej linii”, najczęściej o dość enigmatycznym życiorysie. Ten najczęściej przyjmuje dokonania poprzednika „z dobrodziejstwem inwentarza” i odcina się od jego osoby, spokojnie kontynuując działania. Nie dzieje się wprawdzie nic nowego, a efekt jest zbliżony. Ludzie oferują „ kredyt zaufania” nowemu, a wszystko biegnie dalej starym torem. Wszyscy oswajają się ze względnie starymi oddziaływaniami, jak i z osobami. Zmiana twarzy na nową sugeruje zmianę sposobu działania, ale rzadko jest tak w istocie, bo cele działania grupy, którą ta nowo wprowadzona osoba reprezentuje, pozostają niezmienione. Świat wokół nas jest różnorodny i zmienny, trzeba sporej dozy zdrowego rozsądku i krytycyzmu, żeby nie dać się zaskoczyć.

Zasada ósma: Obserwuj uważnie i krytycznie, to co cię w świecie otacza, aby zmiany w nim zachodzące, nie zaskoczyły cię nieprzygotowanego. Staraj się przewidzieć skutki tych zmian. I, jeśli trzeba – przeciwdziałaj.

I pamiętaj, nowe działanie jest wprowadzone po to, by łatwiej zrobić wyłom w murze twoich zasad i norm przez ciebie wypracowanych. Należy pamiętać o „bagienności” oddziaływań – jeśli zgodzimy się na jedno odstępstwo od wyznawanych norm lub zasad, na następne będzie się zgodzić łatwiej. Jeśli na arenę w TV wejdzie osoba nowa, która umie wzbudzić naszą sympatię i zaakceptujemy ją, łatwiej będzie nam zaakceptować inne osoby z tego ugrupowania. Pomimo, że zarówno program tego ugrupowania, jak i działalność tych sympatycznych skądinąd osób, godzi w cele i wartości, których bronimy.

9) Ze względu na znaczną przewagę przeciwnika (tzn. centrum dyspozycyjnego) nie należy atakować go jawnie ani też stosować tych środków, których używa przeciwnik.

Jest w powyższym stwierdzeniu pozorna sprzeczność. Większość ataków socjotechnicznych jest przeprowadzana niejawnie, w sposób zakamuflowany, często skryte jest przed nami samo centrum dyspozycyjne. Wydawałoby się, że otwartość działań jest godną odpowiedzią i odrzuceniem niegodnego środka, jakim posługuje się przeciwnik. Taka całkowita otwartość świadczy być może o zachowaniu godnym, ale mało roztropnym. Nie uprzedza się przeciwnika o swych planach i zamierzeniach, dając mu czas na przygotowanie sposobów i środków odpowiedzi. Byłoby to nie szlachetne, ale głupie i naiwne. Zwłaszcza wobec przeciwnika który żadnych skrupułów moralnych nie ma.

Co do niestosowania środków, którymi posługuje się przeciwnik, sprawa jest oczywista. Złe środki nie mogą prowadzić do dobrych celów. Posługiwanie się przemocą, kłamstwem, szantażem, manipulacją, a do tego sprowadza się większość ukazanych tu socjotechnik, nie może doprowadzić do dobrych skutków i prędzej czy później uderza rykoszetem w tych, którzy się nimi posługują.

Zasada dziewiąta: Nie ujawniaj nigdy przedwcześnie, ani całkowicie, swych zamierzeń. Kieruj się zdrowym rozsądkiem. Pamiętaj też, że złe środki nigdy nie doprowadzą do dobrego celu.

10) Przy oddziaływaniach manipulujących wartościami lub skierowanymi na ośrodki ekspansji zewnętrznej, wspieranych intensyfikacją lęku… nasuwającą się metodą obrony jest całkowite negowanie wartości związanych z ekspansją zewnętrzną (takich jak władza, bogactwo, prestiż, nieustanne współzawodnictwo) i pełne odcięcie się od wszystkiego, co niosą propaganda i reklama. Jest to obrona bierna, nie tyle może obrona, ile ucieczka.

…Nie wydaje się też celowe…rezygnowanie z takich atrybutów cywilizacji, jak samochody, pralki lodówki itp. Istotne jest raczej, aby posiadanie tych przedmiotów nie stało się celem życia, pozostając środkiem ułatwiającym je i pozwalającym na skoncentrowanie się na rozwoju wewnętrznym.

Powszechne jest mylenie środków z celami. Demokracja, władza, bogactwo, prestiż, samochód, komputer są tylko środkami, narzędziami. Można ich używać dobrze lub źle. Tylko do zaspokojenia własnych ambicji, lub dla stworzenia czegoś dobrego. Oczywiście więcej szkody można wyrządzić źle używając władzy, niż źle używając pralki. Może byłoby lepiej, gdyby ambicje niektórych osobników ze świata polityki nie wykraczały poza dobre używanie pralki. O ile posiadanie władzy czy bogactwa samo w sobie nie jest grzechem, tak odrzucanie władzy, czy bogactwa, jest zwykłą głupotą, ponieważ możesz i powinieneś wykorzystać je w godziwym celu.

Zasada dziesiąta: Nie myl środków z celami. Narzędzi, z rezultatem, który chcesz uzyskać. Nigdy środek którego używasz nie powinien stać się celem życia. Nie odrzucaj środków do których masz dostęp, ale użyj ich do realizacji wyznaczonych sobie celów.

11) Nigdy nie bądź bierny. Bierność, nastawienie „od”, jest tylko ucieczką, eskapizmem i oddaniem pola przeciwnikowi. Wielu ludzi uciekało w okresie stanu wojennego w wewnętrzność, odcinało się od świata, zamykało w sobie, rezygnując z wszelkiego działania. Taka emigracja wewnętrzna była bardzo władzom na rękę, jeszcze bardziej atomizując społeczeństwo. Ma to jednak negatywne, czasami wręcz tragiczne skutki: …ludzie stosujący bierną obronę stają się podatni na rozmaite pseudofilozofie i pseudoreligie. Często też sięgają do środków psychotropowych, które mają zastąpić doznania, jakich normalnie dostarcza świat zewnętrzny.

Zarówno alkoholizm, jak i narkomania mogą być skutkami ubocznymi oddziaływań socjotechnicznych, a konkretnie: skutkiem biernej obrony przed nimi – ucieczki. Dokładnie to samo mogło spowodować rozwój sekt w ostatnich latach.

Zasada jedenasta: Nigdy nie bądź bierny. Bierność jest klęską, oddaniem pola przeciwnikowi, zanim jeszcze doszło do starcia. Nikt i nic nie zagwarantuje ci zwycięstwa, ale bez walki nigdy go nie osiągniesz.

12) Ilość dóbr zaspokajających potrzebę rozwoju jest prawdopodobnie nieograniczona i znajdują się one niejako we wnętrzu człowieka. Nie ma więc ani potrzeby walki o nie, ani też takiej możliwości, trudno jest bowiem odebrać człowiekowi jego sympatię, dobroć, szlachetność, uczciwość. (Niestety, jest to trudne , ale nie niemożliwe!)

Z powyższego wynika bardzo istotna kwestia:

…skuteczna obrona przed socjotechniką nie może być celowym działaniem służącym obronie i tylko jej, lecz na ogół stanowi zamierzony lub niezamierzony efekt uboczny realizacji innego celu – rozwoju człowieka. Cel ten jest oczywiście sprzeczny lub przynajmniej niezgodny z celem, do którego pośrednio lub bezpośrednio zmierzają działania socjotechniczne. Co więcej, im mniej uwagi […] poświęca się samej obronie, a więcej realizacji celu głównego – tym obrona jest skuteczniejsza.

Zasada dwunasta: Nie możesz całe życie trwać w postawie obronnej, zaniedbując inne, częstokroć ważniejsze cele, wszędzie doszukując się spisków i ataków. To absurd! Wystarczy (co dla wielu jest trudne, ale nie ma innego sposobu) po prostu starać się być przyzwoitym, dobrym i mądrym człowiekiem. Tylko tyle. I aż tyle!

Aż tyle, bo to właśnie uczciwi i przyzwoici ludzie najczęściej padają ofiarą manipulacji. Po prostu nie dopuszczają nawet podejrzeń, że można aż tak bezczelnie oszukiwać. Kanciarz i łobuz zawsze i wszędzie wietrzy oszustwo, łatwo też godzi się z nim, o ile może odnieść jakieś korzyści. Im człowiek uczciwszy, tym trudniej mu rozpoznać oddziaływania socjotechniczne, bo po prostu nie mieści mu się w głowie taki sposób postępowania.

*

Oczywiście podane powyżej zasady nie precyzują szczegółowych, technicznych sposobów obrony przed poszczególnymi oddziaływaniami socjotechnicznymi. Do tych „sposobów” każdy musi dochodzić sam, na własny sposób i wedle swoich możliwości. Najważniejszym jest aby móc te oddziaływania rozpoznać i nazwać. Zło rozpoznane i nazwane jest mniej niebezpieczne, a wobec człowieka o silnych wewnętrznych przekonaniach, wręcz bezsilne. O ile jest rozpoznane! Temu rozpoznaniu właśnie, ma służyć niniejsza praca.

Zasady obrony przed oddziaływaniem socjotechnicznym

(zestawienie)

1. Musisz wierzyć i realizować swoją wiarę, poprzez życie zgodne z jej zasadami.

2. Nie tylko unikaj zła, ale przede wszystkim czyń dobro.

3. Posługuj się rozumem dla ustanowienia wewnętrznych norm moralnych, dla odnalezienia celu życia. Dbaj świadomie o rozwój wewnętrzny.

4. Poznaj własny system wartości i hierarchię tych wartości, aby móc odkryć kryjące się za słowami dobro lub zło. Aby móc pojęciom nadać jednoznaczność.

5. Zawsze bierz pod uwagę nie głoszone hasła, a to co z nich wynika. Przewiduj skutki działań. Oceniaj nie słowa, a czyny i ich rezultaty.

6. Nie bądź samotny. Starannie pielęgnuj więzy rodzinne, przyjacielskie, kontakty z innymi. Dziel się z nimi swą wiedzą. Pojedyncze ziarnko piasku niewiele znaczy. Bryłka piaskowca ma już kształt i wagę. Z bryłek piaskowca powstają również góry.

7. Zadbaj o to by mieć w otoczeniu przyjaciół, a nie wrogów. Nie zrażaj do siebie tych, którzy mogą być ci życzliwi a w najgorszym razie obojętni. Nie czyń sobie z nich wrogów. Koncentruj się na realizacji własnych ideałów i na przeciwniku rzeczywistym. Szanuj też odrębność innych, jeśli chcesz by szanowano twoją.

8. Obserwuj uważnie i krytycznie, to co cię w świecie otacza, aby zmiany w nim zachodzące, nie zaskoczyły cię nieprzygotowanego. Staraj się przewidzieć skutki tych zmian. I, jeśli trzeba – przeciwdziałaj.

9. Nie ujawniaj nigdy przedwcześnie, ani całkowicie, swych zamierzeń. Kieruj się zdrowym rozsądkiem. Pamiętaj też, że złe środki nigdy nie doprowadzą do dobrego celu.

10. Nie myl środków z celami. Narzędzi, z rezultatem, który chcesz uzyskać. Nigdy środek którego używasz nie powinien stać się celem życia. Nie odrzucaj środków do których masz dostęp, ale użyj ich do realizacji wyznaczonych sobie celów.

11. Nigdy nie bądź bierny. Bierność jest klęską, oddaniem pola przeciwnikowi, zanim jeszcze doszło do starcia. Nikt i nic nie zagwarantuje ci zwycięstwa, ale bez walki nigdy go nie osiągniesz.

12. Nie możesz całe życie trwać w postawie obronnej, zaniedbując inne, częstokroć ważniejsze cele, wszędzie doszukując się spisków i ataków. To absurd! Wystarczy (co dla wielu jest smutne, ale nie ma innego sposobu) po prostu starać się być przyzwoitym, dobrym i mądrym człowiekiem. Tylko tyle. I aż tyle!

Posłowie

Wyrażam wdzięczność Panu Markowi K. Mlickiemu za napisanie książki „Socjotechnika. Zagadnienia etyczne i prakseologiczne”, która stała się inspiracją i podstawą napisania niniejszej pracy. W 1986 roku wydanie tej książki, nawet w tak mikroskopijnym nakładzie, było niewątpliwie aktem odwagi cywilnej. Praca ta jest próbą przedstawienia Jego myśli w uproszczonej i popularnej formie, oraz przetłumaczenia jej na język potoczny. Mam nadzieję, że nie wypaczyłem istoty przedstawionych przez Niego zagadnień, mimo iż niektóre świadomie pominąłem, ponieważ założony cel tej pracy – popularyzacja, determinował jej objętość. Wszystkie cytaty, z wyjątkiem punktu dotyczącego demografii, zostały zaczerpnięte z Jego książki i zostały przeze mnie wyróżnione czcionką. Skróty i streszczenia cytatów wyróżniłem dodatkowo kursywą.

Dziękuję wszystkim autorom książek zamieszczonych w bibliografii, a także tym, których tu nie zamieszczono, za podarowaną mi wiedzę. Bez nich ta praca również by nie powstała.

Dziękuję wszystkim tym, którzy nie poddali się zwątpieniu, i w najgorszych dla nas latach, starali się dla nas coś zrobić. „Żołnierzom wyklętym” z których kilku miałem zaszczyt poznać, nieznanym i znanym mi członkom organizacji niepodległościowych, redaktorom i kolporterom „Bratniaka”, kolegom z pierwszej „Solidarności” i z KPN a także całej rzeszy bezimiennych, których nie sposób tu wymienić. Bez nich również powstanie tej pracy nie byłoby możliwe.

Dziękuję moim Rodzicom, za przekazanie mi szacunku dla tradycji i wiary, oraz szacunku dla ludzi, którzy tę tradycję i wiarę starali się zachować. Za to, że mimo niesprzyjających warunków, wychowali mnie tak jak wychowali.

Dziękuję Żonie za nader krytyczne uwagi i podpowiedzi, z przeprosinami, że nie mogłem uwzględnić wszystkich, gdyż rozmiar pracy, oraz czas jaki na nią mogłem poświęcić, niestety na to nie pozwalały.

Córce dziękuję za korektę, jak również wszystkim tym, którzy uważają, że powinienem im podziękować.

Jerzy Stępniewicz

Bibliografia

1. ks. Blachnicki Franciszek w: „Zeszyt Dokumentacji Politycznej Wydziału Informacji KC PZPR”, Warszawa 1983 r.

Bardzo interesująca pozycja, jak wszystkie tego rodzaju. Trafiła w moje ręce przypadkowo – po prostu ktoś nie posprzątał gabinetu, opuszczając stanowisko. Nie wyrzucam słowa drukowanego bez uprzedniego sprawdzenia co zawiera i ku swemu zdumieniu trafiłem właśnie na obszerne wypisy z wypowiedzi ks. Blachnickiego. Do dziś zarówno jakże zasłużona postać Księdza, jak i jego wypowiedzi są w zasadzie niedostępne. Gorąco polecam uważne przeglądanie starych druków pezetpeerowskich, bardzo często zawierających cenne wiadomości. Nie mówiąc o tym, że stanowią bardzo ciekawe świadectwo epoki.

3. Mika Stanisław, „Psychologia społeczna”, Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Wydanie V, Warszawa 1984

Bardzo przystępnie napisany podręcznik, niezbędny wręcz dla zrozumienia istotnych zachowań społecznych. Znakomita i wciągająca lektura, pozwalająca zrozumieć również własne zachowania. Referuje m.in. bardzo ciekawe badania amerykańskie z tego zakresu. Między innymi, jedno z nich jest obecnie spopularyzowane przez film „Eksperyment”, na ile się orientuję z recenzji, całkowicie mijający się z prawdą.

2. Mlicki Marek K., „Socjotechnika. Zagadnienia etyczne i prakseologiczne”, Polska Akademia Nauk Instytut Filozofii i Socjologii, Zakład Narodowy Imienia Ossolińskich Wydawnictwo Polskiej Akademii Nauk, Wrocław 1986

Jedna z najciekawszych pozycji w tej dziedzinie, niestety wydana w śladowym nakładzie i w związku z tym trudno dostępna. Nie znam również innych publikacji tego autora. Bardzo ważnym jest, by jakieś wydawnictwo udostępniło tę pożyteczną książkę szerszemu ogółowi. Stanowi podstawę niniejszego opracowania.

4. Moczulski Leszek, „Geopolityka – potęga w czasie i przestrzeni”, Dom Wydawniczy Bellona Warszawa 2000.

Jedna z najciekawszych książek wydanych w ostatnich latach. Synteza wielu dyscyplin, rewelacja dla osób interesujących się historią i polityką. Pozwala w nieco inny sposób postrzegać historię. Pewien niedosyt sprawia mała ilość spraw dotyczących Polski, zwłaszcza współczesnej, ale Autor już zapowiedział odrębną publikację na ten temat.

5. Rudniański Jarosław, „Kompromis i walka. Sprawność i etyka kooperacji negatywnej w gęstym otoczeniu społecznym”, Instytut Wydawniczy Pax, Warszawa 1989.

Pierwsza część książki jest poświęcona teorii walki, a więc tym zagadnieniom, którym w dużej mierze poświęcona jest książka Pana Mlickiego, a także moje opracowanie. Jest jednak dziełem znacznie szerszym niż wymienione. Autor był człowiekiem o znanym nazwisku i wielkim, niekwestionowanym autorytecie. Z pewnością Jego praca jest wciąż aktualna i godna wznowienia.

6. Terelak Jan, „Człowiek w sytuacjach ekstremalnych – izolacja arktyczna”, Wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej, Warszawa 1982.

Przytoczona głównie ze względu na szerokie omówienie zjawiska deprywacji, Tamże ciekawa bibliografia dotycząca tematu.

7. Schopenhauer Artur, „Erystyka, jako sztuka prowadzenia sporów”, Studencka Oficyna Wydawnicza ZSP Almapress, Warszawa 1986.

Mimo iż chwyty erystyczne są znane od stuleci, większość z nas nie zdaje sobie sprawy z ich istnienia i nieuczciwości. Nie zawsze potrafimy też w ich kategorii zinterpretować np. obraz w TV.

7. Vilemarest Pierre de, „STASI Markusa Wolfa – Niemiecka Wojna Domowa 1945-1991”, Wydawnictwo Antyk Marcin Dybowski, Komorów 1997

Autor był pracownikiem francuskiego wywiadu w czasie wojny i po jej zakończeniu. Mimo iż książka dotyczy Niemiec, jednak pozwala zrozumieć również naszą historię najnowszą, nie tylko przez prostą analogię. Bez niej trudno jest zrozumieć kulisy „pierestrojki” i naszego „obalenia komunizmu”. Z ciekawostek: jest w niej na przykład informacja z akt STASI, o wydaniu u nas w stanie wojennym broni krótkiej wszystkim funkcyjnym PZPR. Czyli każdy sekretarz POP w najbardziej zapadłej dziurze miał broń. Niestety nie ma tam odpowiedzi na pytanie, czy i kiedy ją odebrano? A PiS nam, szarym obywatelom, funduje zezwolenia na wiatrówki!!!

8. Volkoff Vladimir opracowanie, „Psychosocjotechnika. Dezinformacja. Oręż Wojny”, Fundacja Pomocy Antyk „Wydawnictwo Antyk – Marcin Dybowski”, Wydanie drugie, Komorów 1999

Konieczna, jako uzupełnienie prac prof. Rudnińskiego i Pana Mlickiego, a także niniejszego opracowania. Świadomie ominąłem przytoczone w niej techniki, żeby nie powtarzać kwestii znacznie lepiej opracowanych niż moje. Napisana przy tym bardzo jasno i przystępnie

Dodatek

Wszystkie wymienione dotychczas w tej pracy działania socjotechniczne, chociaż ich wyliczenie jest z pewnością niepełne i niedokładne, ładnie zarysowują się i układają w logiczny system. Potwierdza to w pewnym stopniu, że ich stosowanie, nieprzypadkowo ma również charakter systemowy. Że, również nieprzypadkowo, nie stosuje się ich tylko okazyjnie, ad hoc, „od wielkiego dzwonu”, w razie bieżącej potrzeby. Że ich funkcjonowanie rozciąga się na cały czas trwania socjalizmu. Że te działania są realizowane świadomie, konsekwentnie i w sposób ciągły, przez kolejne rządy w PRL, łącznie z obecnym okresem. Że również w większości krajów zachodnich, tam gdzie wpływ na władzę mają socjaliści (a więc prawie wszędzie) takie oddziaływania również dają się zauważyć. No, może z wyjątkiem otwartej przemocy, która jest stosowana tam sporadycznie, w wyjątkowych zupełnie przypadkach. (patrz: zabójstwo Pima Fortuyn’a, które było wyjątkowo korzystnym „przypadkiem” dla zagrożonej utratą władzy lewicy). Raczej używa się nacisku prawnego, która to władza sądownicza jest wszędzie „całkowicie niezależna”, dokładnie tak jak i u nas (patrz: aresztowanie w Niemczech Le Pena, pod zarzutem „kłamstwa oświęcimskiego”, dokładnie na czas trwających we Francji wyborów do Parlamentu Europejskiego, i natychmiast, po tychże wyborach, uniewinnionego.).

Stosowane metody, w pośredni sposób wskazują nam też cele – jednakowe wszędzie tam gdzie są wpływy lewicy. Wygląda na to, że głównym, mniej czy bardziej deklarowanym celem, jest budowa „nowego wspaniałego świata”, tak wnikliwie opisanego przez Huxleya, czy Orwella. Aby ten cel osiągnąć, konieczne jest wyhodowanie „nowego człowieka” i obojętne czy jest to „człowiek radziecki”, hitlerowski „nadczłowiek”, czy obecny, poprawny politycznie bezmózgowiec. Ważny jest tu ten sam sposób podejścia, identyczny w wymienionych przypadkach – owa „hodowla”. Tej „hodowli” właśnie najlepiej służą oddziaływania socjotechniczne. Do realizacji takich zamierzeń konieczną jest władza totalna, jest więc też celem pośrednim, ale najlepiej dla ogółu zauważalnym. I właśnie ta chęć totalnej władzy, realizowanej rozmaitymi sposobami, od „dzikich azjatyckich” po „łagodne europejskie”, stosowanymi zresztą w razie potrzeby zamiennie, jest charakterystyczna dla działań lewicy. Nie jest więc chyba przypadkiem, owo przedziwne upodobnienie się, swoista konwergencja „wolnych państw” zachodnich i systemów bloku socjalistycznego, jeszcze na długo przed jego „upadkiem”. Mówi o tym od lat znany dysydent rosyjski, Władimir Bukowski, ale niewielu ludzi chce i może go słuchać. Jego wystąpienia są starannie dezawuowane, właśnie przez wpływy zachodnich, lewicowych, opiniotwórczych środowisk, które przez całe lata, mniej lub bardziej nieświadomie, były tubą NKWD a później KGB (patrz Vladimir Volkoff „Dezinformacja….”).

W tych uwagach, zupełnie świadomie, identycznie traktuję socjalistów, komunistów, socjaldemokratów itp., ponieważ uważam ich za jedną wielką rodzinę. Ich cele są tożsame, a jeśli czymkolwiek członkowie tej rodziny się różnią, to jedynie aktualnym, czysto koniunkturalnym wyborem drogi prowadzącej do tych celów. Nawet jeśli powołują się na „najlepsze tradycje”. Na przykład na „najlepsze tradycje polskiej lewicy”, na które tak chętnie powołuje się SLD, określająca się sama jako partia socjaldemokratyczna. Mającym słabą pamięć, u nas i na zachodzie, przypominam: jednym z najwybitniejszych socjaldemokratów w historii tego ruchu był niejaki Feliks Dzierżyński, najbardziej ponura i krwawa postać dwudziestego wieku. Nawet towarzysz Hitler, także znakomity socjalista, jeden z najzdolniejszych jego naśladowców, jak sądzę, nie zdołał mu dorównać. Właśnie ta wspólnota celu, oraz staranne, spiskowe maskowanie działań, pozwoliła socjalizmom różnej maści, praktycznie opanować cały współczesny świat. Tak hałaśliwie zwalczany przez rozmaite grupki skrajnych lewaków globalizm (widocznie to nie ten globalizm co trzeba) od lat jest faktem. Od Chin, poprzez całą Azję, po obie Ameryki, socjaliści różnej maści mają albo całkowitą władzę, albo olbrzymie wpływy. Jakoś ciągle uchodzi powszechnej uwadze fakt, że jedyne istniejące i działające od ponad stu lat globalne, międzynarodowe instytucje, to organizacje socjalistyczne. Wszystkie te rozmaite Międzynarodówki, Socjalistyczne, Socjaldemokratyczne, Komunistyczne, Kominterny, Osie, Organizacje Pracy itp., pozornie zwalczają się nawzajem, ale w potrzebie wspierają ideologicznie i finansowo. Konia z rzędem temu, kto wskaże jakąkolwiek organizację prawicową czy konserwatywną, o naprawdę międzynarodowym zasięgu.

Do „upadku” Związku Sowieckiego, z łatwością można było wskazać na centrum dyspozycyjne tych działań (pytanie, czy rzeczywiście trafnie?). Obecnie jest to znacznie mniej oczywiste, a przecież budowy „nowego, wspaniałego świata” nie przerwano, a tego typu działania np. w Unii Europejskiej i innych częściach świata nadal wyglądają na skoordynowane. Od razu rozlegnie się krzyk, że jestem zwolennikiem „spiskowej teorii dziejów”, że wszędzie widzę „Żydów, masonów i cyklistów”. Oburzonym wyjaśniam: Jestem zwolennikiem spiskowej teorii dziejów. Udowodnił ją ostatecznie i bezdyskusyjnie, ulubiony bohater moich szkolnych czytanek, niejaki Włodzimierz Iljicz Ulianow, bardziej znany z przydomka Lenin. Założył nawet szkołę spiskowców w Longimon pod Paryżem. Rzeczony Lenin, przy pomocy bardzo szczupłej, ale sprawnej organizacji spiskowej, przy pełnej aprobacie i wsparciu innych spiskowców, oraz poparciu finansowym towarzyszy z amerykańskich banków, opanował kraj wielkości jednej piątej świata, krwawo potem wyrzynając wspomagających go w tej akcji konkurentów (ot, takie drobne kłótnie w rodzinie). Z tego co wiem, nie był jedynie cyklistą. A szkoda!

Sam nie wiem dokładnie, czy i jaki ma to związek, ale jednym z pierwszych banków zachodnich, o ile nie pierwszym, które otworzyły swe podwoje u nas „po obaleniu komunizmu”, był amerykański Jack Cheese Bank. Czy to aby przypadkiem nie jest jeden z tych, które współfinansowały towarzyszy Bronsteina i Ulianowa (czytaj: Trockiego i Lenina) w 1917 roku? Bank ten mieścił się, nomen omen, w dawnym gmachu KW PZPR, później jakoś zniknął mi z pola widzenia.

Jednym z pierwszych posunięć ludowej władzy w Związku Sowieckim, gdy już ochłonęła z krwawej euforii, był całkowity zakaz uprawiania „burżuazyjnych nauk”, takich między innymi jak socjologia czy psychologia społeczna. Oczywiście, po wprowadzeniu i u nas najbardziej światłej nauki pewnego brodatego pana, tych burżujskich fanaberii zakazano. Objawiła się ona w „bloku” i ZSSR dopiero po „odwilży” lat pięćdziesiątych, w dziwnie dojrzałej formie. O ile u nas można było to złożyć na karb przedwojennych, niedobitych pozostałości burżuazyjnej nauki, to do Sowietów nijak to nie pasowało. Prawda była chyba bardziej prozaiczna: zakazaną naukę kontynuowano z pasją na uczelniach wojskowych i podległych NKWD. Potwierdziło się to w jakimś stopniu u nas, w latach sześćdziesiątych, gdy nie tylko na tych ongiś zakazanych kierunkach, rozpoczęto wśród studentów ostatnich roczników werbunek do SB. Jak wiem z relacji kolegów, którym złożono taką propozycję, wybierano najzdolniejszych, oferując im stypendia, luksusowe warunki pracy, publikowania, możliwość stypendiów zagranicznych na renomowanych uczelniach itp. Warunek był w zasadzie jeden – niektóre prace nie miały nigdy ujrzeć światła dziennego. Pokusa duża i pewnie sporo osób jej uległo. Myli się każdy, kto SB uważa za klub tępych rzeźników, umiejących się posługiwać jedynie pałką, chociaż to ta właśnie ich działalność najbardziej rzucała się w oczy. Oni w sumie byli najmniej niebezpieczni i często raczej psuli „robotę”. To był ten „ślepy miecz”, a najgroźniejsza jest ręka. I mózg, który nią kieruje. Zawsze byli w tej instytucji specjaliści najwyższej klasy, stać ją było na to. Tak jak i KGB. Przyjrzyjcie się uważnie naszym obecnym elitom czerwonej proweniencji. Toż chyba połowa jest przynajmniej po Harwardzie.

Prawdopodobnie ich autorstwa jest scenariusz „aksamitnej rewolucji” w naszym bloku. Dokładnie kontrolowanej. Jak podaje Pierre de Vilemarest w „STASI Marcusa Wolfa”, koncepcja „pierestrojki” powstała przypuszczalnie w KGB, w otoczeniu Andropowa, już w 1978 roku. I bardzo starannie się do niej przygotowywano. Zwłaszcza od strony socjotechnicznej.

Jako przykład może posłużyć, tak ładnie rozkolportowane na zachodzie, samo słowo „pierestrojka”. Położono nacisk na jego znaczenie „przebudowa” w sensie nadania komunizmowi nowego, ludzkiego oblicza. I, przypomnijcie sobie, cały świat to kupił. Przebudowujemy komunistyczny chlew na pałac! Tymczasem chlew pozostał ten sam, tyle że parobcy przestali tłuc pałkami po łbach i trochę uprzątnęli gnój, a gospodarz wypuścił inwentarz na ściśle kontrolowany wybieg. Niech się żywi sam, potłuścieje, będzie go z czego obdzierać. A przecież rzeźnik – gospodarz nic a nic się nie zmienił. Starannie unikano jednego ze znaczeń słowa „pierestrojka”, a oznacza ono również „przegrupowanie”. W Wielkim Słowniku Rosyjsko-Polskim stoi jak wół objaśnienie tego słowa – „Pieriestroit’ armiju”: przegrupować armię, zmienić szyk. Armii, w warunkach walki, nie przebudowuje się, a tylko zmienia się jej ustawienie. Na przykład w celu uzyskania lepszej pozycji do ataku. Wszyscy słyszeli tylko to, co chcieli usłyszeć i ulegli kłamstwu, mimo iż Sowieci chyba poraz pierwszy w historii, otwarcie i zgodnie z prawdą, mówili, co mają zamiar zrobić. I dostali jeszcze z zachodu pieniążki na to przegrupowanie.

I my wszyscy ulegliśmy złudzeniu, że sami, bez rozlewu krwi, zdobyliśmy wolność. Zadowoleni z tego, że tak mało nas to kosztowało. Stare złudzenie, o którym Piłsudski gorzko mówił „Polacy chcieliby mieć wolność za dwie krople krwi i jedną kroplę potu.”… Oczywiście nie wszyscy, ale z pewnością zbyt wielu spośród nas. Zresztą, kto by nie chciał? Pomagaliśmy też trochę w zdobywaniu tej wolności, na miarę swoich sił i możliwości. Pytanie, czy wystarczająco? Bo mamy tej wolności dokładnie tyle, na ile pomagaliśmy.

To prawda, oszukano nas, ale tylko na tyle, na ile chcieliśmy być oszukani. Bo znakomita większość nie chciała znać prawdy. Wszyscy kochają złudzenia, ale zapominają, że za seans filmowy się płaci, a samą magią kina nie da się żyć. Wystarczy popatrzeć na daty wydania książek w bibliografiach do wymienionych pozycji. Informacje zawarte w książce Pana Mlickiego były dostępne i w PRL. Rozproszone, ale były. Wystarczyło chcieć szukać, bo rzeczywiście „chcieć to móc”, i wystarczyło bacznie rozglądać się dookoła. Więc szukajmy i dziś, przypatrujmy się uważnie, a tym co znajdziemy dzielmy się z innymi. Bo najgorsza prawda, nawet o nas samych, jest lepsza od najpiękniejszego kłamstwa.

Jerzy Stępniewicz

Spis treści

Słowo wstępne………………………………………………………………………………………………………….str 2

Trochę pojęć i wiadomości ogólnych………………………………………………………………………….str 3

Metody wyższego rzędu, zastosowane w stanie wojennym

(i niestety, częściowo stosowane do dziś)…………………………………………………………………….str 7

Metody stosowane wobec systemów pośredniczących, wówczas i dziś………………………..str 14

Przykład prostych technik manipulacji treścią przekazu i obrazem w TV……………………..str 26

Metody obrony przed manipulacjami socjotechnicznymi……………………………………………str 34

Zasady obrony przed oddziaływaniem socjotechnicznym (zestawienie)……………………….str 47

Posłowie………………………………………………………………………………………………………………….str 48

Bibliografia……………………………………………………………………………………………………………..str 49

Dodatek…………………………………………………………………………………………………………………..str 50