Wrocław

Wrocław

Na Uniwersytet imienia Bolesława Bieruta we Wrocławiu zaprowadziło mnie zwykłe cwaniactwo. Wykombinowałem sobie, że po SN będę miał łatwą drogę zarówno do dostania się na studia jak i do zrobienia w końcu magisterki. Nie przewidziałem jednego – potwornej nudy. Wałkowaliśmy dokładnie ten sam materiał co na SN-ie i to praktycznie nie poszerzony, co bardzo ładnie świadczyło o tej naszej, gdańskiej szkółce. W dwa lata wtłaczano nam w niej do głowy materiał, który na uniwerku rozłożono na lat pięć. Z dostaniem się na studia nie miałem najmniejszego problemu, chociaż nie pamiętam  jak to się odbyło, chyba jakieś egzaminy. Pamięć tamtego okresu zaczyna mi się dopiero od osławionych „studenckich praktyk robotniczych”, genialnego pomysłu czerwonych, równie genialnego jak punkty za pochodzenie. Miały one nauczyć studenckich warchołów szacunku dla ciężkiej pracy robotnika i chyba stanowić swoiste „memento”: Pamiętaj, jak nie będziesz pokorny, to w takiej ciężkiej pracy wylądujesz! Autorzy tego pomysłu nie przewidzieli jednak, że skutek może być dla nich znacznie gorszy. Młodzi ludzie mieli okazję zapoznać się z socjalistycznym bałaganem i brakiem organizacji, z cwaniactwem i oszustwami, z pogardą dla robotnika i z całym negatywnym bagażem PRL-u.

Na czas praktyk zakwaterowano nas w akademiku przy Placu Grunwaldzkim, który, o ile pamiętam, nosił dźwięczne miano „Parawanowiec”. Myli mi się trochę dzisiaj z „Pancernikiem” w którym chyba wówczas mieszkały jednak dziewczęta z naszego roku.

W pokoju zebrała się nas przypadkowa paczka, w sumie całkiem nieźle dobrana, stanowiąca trzon późniejszej brygady roboczej. Nie wszystkich pamiętam z imienia i nazwiska, czego dziś trochę żałuję. Więc, przede wszystkim bardzo inteligentny „Hanys”, autentyczny Ślązak z polskiego Śląska, bodajże z Katowic, mówiący przepiękną śląską gwarą i sypiący jak z rękawa świetnymi, śląskimi dowcipami. Były cudowne w jego wykonaniu, chociaż w czysto polskiej wersji i w innym wykonaniu, znacznie mniej śmieszne. Mieliśmy też drugiego „Hanysa” ze Śląska Opolskiego, którego za plecami przezywano „Fryc”, jako że był autentycznym opolskim Niemcem. Za plecami, bo chłopisko miało chyba z dwa metry wzrostu, było paskudnie silne i nie miało poczucia humoru, więc też przezywaliśmy go też „Hanysem”, co jeszcze tolerował. Nadmiernie bystry to nie był, ale był zapatrzony w Zachód i w zachodnią technikę, zwłaszcza niemiecką. Trzecim ciekawym delikwentem z tej naszej paczki był Wowka, polski sierota wychowany w domu dziecka w Czerkasach. Nie wiem jakie były losy jego i jego rodziców, ale zapewne dość pogmatwane. Jakim cudem udało mu się załapać na studia w Polsce – nie mam pojęcia, chociaż wtedy dość dokładnie nam to tłumaczył. Sam pomysł był podobny do mojego. Uznał, że po ukończeniu sowieckiej szkoły średniej, na filologii rosyjskiej w Polsce nie powinien mieć żadnych kłopotów. Jakoś to sobie załatwił i był u nas na sowieckim paszporcie. Chłopak był po sowiecku czerwony jak marchewka, ale i mocno bał się, że za jakiś „niebłaganadiożnyj”, polityczny wyskok wywalą go i będzie musiał wracać do sowieckiego raju. Trochę edukowaliśmy go historycznie, czego słuchał jak bajek o żelaznym wilku, robiąc okrągłe ze zdziwienia oczy i uciszając nas gorliwie: „Bo ktoś usłyszy!”. Dziwiła go niezmiernie nasza swoboda wypowiedzi. Naszą trochę nieelegancką zabawą było podpuszczanie na siebie Fryca i Wowki, jako że ich spojrzenia na świat były diametralnie różne, zwłaszcza na drugą wojnę. Oni kłócili się zażarcie, a my mieliśmy ubaw. Wowka był bardzo sprawny fizycznie i uprawiał boks, więc antagoniści odnosili się do siebie raczej z szacunkiem. Kolejnym lubianym przeze mnie kolegą był syn komendanta strażnicy WOP ze Ścinawki, któremu zawdzieczam pierwszy dokładny opis ataku na Czechosłowację w ramach „bratniej pomocy”. Smutny to był opis. Pogranicznicy z obydwu stron przez lata sąsiedztwa zaprzyjaźnili się, utrzymywali przyjacielskie kontakty towarzyskie, odwiedzali się wzajemnie. Nasi wopiści zostali użyci, z racji znajomości ludzi i terenu po drugiej stronie granicy, w pierwszym rzucie. Pomagali w rozbrajaniu czeskiej placówki i w aresztowaniu zaprzyjaźnionych czeskich wojaków. Obyło się to bez jednego strzału i zbytecznej brutalności, ale przyjaźń raptownie się skończyła. Na zawsze i nieodwołalnie. Bardzo to przeżyli, ale jak mawiali Niemcy: „Rozkaz jest rozkazem!” Więc wykonali go. Obok naszego pokoju było w tym akademiku jeszcze trochę kolegów z różnych kierunków studiów. Nieźle zapamiętałem Edka z romanistyki. Był w moim wieku i po maturze wyjechał do rodziny do Francji, gdzie załatwili mu pracę w jakiejś spółce geodezyjnej. Język francuski znał od dziecka. Przepracował tam prawie trzy lata, a wrócił by studiować romanistykę – następny cwaniak obok mnie i Wowki. Nie był najsympatyczniejszy i kilka razy się z nim starłem, do dziś nie wiem czy słusznie, ale o Francji mówił szalenie ciekawie. Pracował tam w prywatnej, niedużej firmie, w bardzo gorącym strajkowym okresie. Stosunki w tej firmie były bardzo familiarne. Robili pomiary pod budowę drogi na rzecz jakiegoś dużego, państwowego przedsiębiorstwa na południu Francji i solidarnie przez kilka miesięcy strajkowali wraz z jego pracownikami. Korzystając z pięknej pogody strajkowali później jeszcze raz, wykłócając się razem z innymi z państwem jako pracodawcą, o zapłatę za ten okres bez pracy, który to strajk ostatecznie wygrali. Wtedy z kolei zastrajkował im patron wyjeżdżając na miesiąc z kochanką na Lazurowe Wybrzeże – pogoda była naprawdę ładna, a on w czasie strajków musiał być w miejscu pracy, więc stwierdził, że odpoczynek mu się jak najbardziej należy. Wstrętny krwiopijca i kapitalista. Słuchaliśmy tego jak niewiarygodnej bajki. Równie ciekawe były relacje Edka o referendum, po którym odszedł z polityki generał de Gaulle. Musiał odejść, jak nagłaśniała to nasza prasa. Jak opowiadał Edek, stary lis generał, tak ustawił pytania w referendum, że jednogłośna odpowiedź „tak” na jego trzy pytania była dla przeciętnego człowieka wręcz niemożliwa, a od tej jednogłośności uzależniał swoje pozostanie na stołku. Nie było jej, więc zgodnie z zapowiedzią odszedł, do tego wielce obrażony na Francuzów, co wszem i wobec demonstrował. Nie bardzo pamiętam już o co tam w tym referendum chodziło, ale podziwiałem cwany wybieg generała, a jeszcze bardziej blamaż naszych mediów, które mówiły, że to „Francuzi odwołali generała”. Według wiarygodnej relacji Edka wszak sam się odwołał.

Na parterze i na naszym piętrze w akademiku byli jeszcze inni lokatorzy. Tak samo piętro wyżej. To piętro jak i dobrą połowę naszego korytarza zajmowali Wietnamczycy. Trzymali się w zwartej grupie bez kontaktów z nami, na ogół cisi i spokojni, ale i tak znalazło się pole do konfliktów. Tym polem była wspólna kuchnia. Pechowo jej pomieszczenie znajdowało się prawie dokładnie naprzeciw drzwi do naszego pokoju. Przez dużą część dnia byliśmy nieobecni i nasi sąsiedzi także, więc specjalnie sobie nie przeszkadzaliśmy. Kłopoty zaczynały się wieczorem i w dni wolne od pracy. Pomijając nieco zbyt intensywny dla naszych nosów zapach ich niektórych potraw, brud i bałagan jaki nagminnie zostawiali w pomieszczeniu kuchennym, wiecznym problemem stawała się zbyt mała ilość miejsca na gazowych kuchenkach. Mieli oni niemiły zwyczaj zdejmowania po prostu cudzego garnka, lub czajnika, gdy tylko potrzebowali palnika. Dzięki takiemu traktowaniu jego czajnika duży „Hanys”, czyli „Fryc”,  prawie godzinę czekał kiedyś na zagotowanie wody na kawę. Miarka się przebrała i gdy następnym razem jakiś skośnooki wyciął mu taki numer, zamiast uprzejmie odstawić jego danie na bok, wywalił wszystko razem z garnkiem do śmieci. Wietnamczyk wściekle go za to zaatakował, co wyglądało raczej dość zabawnie, bo wielki „Fryc” trzymał go długim łapskiem za kubrak, na bardzo duży dystans, podczas gdy jego maleńki antagonista młócił drobnymi piąstkami powietrze, nie mogąc za nic krótkimi rączkami dosięgnąć przeciwnika. Na wrzaski Wietnamczyka wylegliśmy z pokoju śmiejąc się w kułak, bo scena była zabawna, a nie wyglądało na to by ktoś komuś mógł zrobić tu krzywdę. Reszta Wietnamczyków nie wysunęła nawet nosa z pokojów. W końcu cała zabawa znudziła głównych uczestników i Wietnamczyk się uspokoił. „Fryc” już odwrócił się do przeciwnika plecami wracając do kuchenki, gdy ten znienacka wskoczył mu na plecy usiłując go dusić. „Fryc” wściekł się nie na żarty. Sięgnął po prostu rękami do tyłu nad głową i rzucił zajadłym przeciwnikiem jak kociakiem w głąb korytarza. Wietnamczyk dosłownie przefrunął kilka metrów w powietrzu i z hukiem wyrżnął o podłogę. Jakoś pokuśtykał do swojego pokoju i na tym te ich niecne kuchenne praktyki w zasadzie się skończyły. W zasadzie, bo zdarzył się jeszcze jeden taki incydent. Któryś z chłopaków, chyba Wowka, na przestawienie jego garnka, czy czajnika, zrugał ostro Wietnamczyka zaczynając swą perorę od „Ty gówniarzu…!” „Tylko nie gówniarzu, nie gówniarzu! Ja już jestem magister!” – odpowiedział tamten dumnie. Wowka dosadnie mu wyjaśnił co pan magister może zrobić ze swym dyplomem i zapowiedział, że jeśli jeszcze raz wytnie taki numer to po prostu oberwie po magisterskiej mordzie. Chyba wreszcie coś do nich dotarło i awantury się skończyły definitywnie. Wydaje mi się obecnie, że mieli mocno rozwinięte poczucie hierarchii i każdy stojący ciut niżej miał obowiązek ustępowania wyższemu rangą w każdej sytuacji. Pytanie, gdzie w tej swojej hierarchii sytuowali na początku białych polskich studentów i kto im wpoił to poczucie wyższości?

Jednego z tych Wietnamczyków dość miło jednak wspominam. Był bardzo nietypowy i swoim zachowaniem mocno odbijał od pozostałych. Przede wszystkim był rozmowny, wręcz gaduła, często wymykał się od swoich i chętnie z nami rozmawiał. Palił i nie gardził alkoholem (w naszym przypadku piwem). Na imię miał Dię, a przynajmniej tak to brzmiało w moich uszach. Nie mam pojęcia jak się to pisało – Dien? Diem? Zdumiało mnie to, że imiona i nazwiska wietnamskie miały bardzo rzeczowe, prozaiczne znaczenia. Jego imię i nazwisko brzmiało według niego po polsku: Gwóźdź Elektryczność. Dla nas brzmiało to dziwnie. Nie wiem czy chciałbym się tak nazywać? Dię był tym bardziej nietypowy, że jako jedyny w tej grupie pochodził z Południa. Jako dziesięcioletni dzieciak został przez komunistycznych partyzantów uprowadzony z rodzinnej wsi razem z siostrą. Po przybyciu na Północ rodzeństwo zostało rozdzielone i już nigdy nie kontaktowało się z sobą – nie dano im takiej możliwości. Wychowywali się w domach dziecka w różnych miastach. Podczas tego uprowadzenia, na szczęście rodziców akurat nie było w domu. Dię, jak nam mówił, bardzo chciałby jeszcze kiedyś zobaczyć rodziców i siostrę. I jest mu zupełnie obojętne kto zwycięży w tej wojnie, byle by się to wszystko skończyło, a marzenie spełniło. Chyba mówił to całkowicie szczerze.                                       

Mocno zdumiewało go to, że my ich w zasadzie nie rozróżniamy, nawet ich wieku, a przecież tak wyraźnie się różnią. Wyliczał zresztą te różnice. To my jesteśmy przecież praktycznie identyczni i bardzo do siebie podobni. Gromko zaprotestowaliśmy. Przecież jeden Hanys jest ryżawy i ma niebieskie oczy, jest szczupły i niski, a drugi Hanys jest wysoki, tęgi, oczy ma szare i duży orli nos, a włosy jasno blond. A Wowka jest brunetem z ciemnymi oczami. Przyznał nam jakby trochę racji, ale wyraźnie nie był o tym do końca przekonany. Szalenie ciekawe było to jego spojrzenie na nas „z zewnątrz’. Byliśmy dla nich identycznie brzydcy, zwłaszcza nasze oczy, które są jak dziury przez które widać niebo. No i mamy okropne, wielkie nosy. To z kolei zaszokowało nas. W pewnym momencie kontakt z nim nieco się urwał, bo zaczęli go chyba ostrzej pilnować. Jak nam wyjaśnił, w czasie jednego z ostatnich spotkań, jakby żegnając się z nami: w każdej ich piątce jest jeden „polityczny”, który ma za zadanie pilnować pozostałych. On swojemu stróżowi potrafił się trochę urywać, bo miał na niego jakiegoś „haka”, ale zaczęli się jego kontaktami interesować inni i musiał skończyć te odwiedziny u nas.

Część parteru zajmowali czarnoskórzy i Arabowie. Teoretycznie nie było z nimi żadnego kontaktu. To była inna liga – śmierdzieli wręcz forsą i ostentacyjnie nią szastali. Hałaśliwe powroty w nocy, pijaństwa i dowożone taksówkami panienki były na porządku dziennym. Interwencje milicji w jakichś sporach z „panienkami” i awanturach z taksiarzami również. Przy każdej okazji demonstrowali nam też swą pogardę dla „białych”. Oczywiście na bezpieczny dystans. Zdaje się, że któryś z nich na samym początku naciął się na Wowkę, więc tylko wyrażali tę swoją niechęć do białych słownie i na odległość. To w tym akademiku pierwszy raz zetknąłem się bezpośrednio z ostrym, „kolorowym” rasizmem, który do tego czasu był w moim pojęciu jakby zastrzeżony dla białych.

Nie pozostawaliśmy specjalnie dłużni, czasami w mało elegancki sposób. Kiedyś na odgłosy awantury z interweniującą milicją wywołanej przez czarnych studentów z parteru, gremialnie wytknęliśmy głowy przez okno, chcąc zobaczyć co się tam na dole dzieje. Z piętra wyżej doleciał nas w łamanym języku polskim głos któregoś ze skośnookich kolegów: „Ty! Schowaj głowę bo do małp strzelają!” „Fryc” odpowiedział dobitnie, oraz głośno: „W Wietnamie!”, i wszelkie tego typu odzywki z góry na zawsze się skończyły. W obliczu wojennej tragedii Wietnamu nie było to ładne, ale okazało się skuteczne.

Kiedyś w stołówce „Syrena” gdzie zawsze był tłok i kolejki do okienka wydającego posiłki, któryś z chłopaków głośno skomentował drugie danie jako zrobione ze świetnych, amerykańskich konserw. W mgnieniu oka kolejka skurczyła się bo natychmiast opuścili ją wszyscy Wietnamczycy. Niestety ten numer wypalił tylko raz, bo więcej nie dali się nabrać. Nienawiść do Amerykanów była na Północy jednak chyba autentycznie duża. A może było to po prostu natychmiastowe polecenie któregoś z głupszych politycznych stróżów? Nie wiem, bo z Dię nie mieliśmy już kontaktu.

Z tym rasizmem w wykonaniu kolorowych obcokrajowców zetknąłem się już wcześniej, czy to u Arabów na Brzeźnie, czy w opowiadaniach Joli z okresu jej pracy w Kortowie, gdzie było kilku takich studentów. Były te opowieści nawet zabawne. Jednym z takich rasistów w Kortowie był Etiopczyk Aszeti, wyjątkowo niesympatyczna postać. Nawet widziałem go osobiście chyba ze dwa razy. Jola miała uraz na tle Murzynów, datujący się jeszcze jej pobytu w Warszawie, nie bardzo wiem z jakiego powodu. Aszetiemu jednak wyraźnie wpadła w oko i przy każdej okazji okazywał jej swą sympatię na swój niewybredny sposób, co przyjmowała co najmniej chłodno, a do tego mówił do niej „Jolciu” czego moja siostra nie znosiła. Aszeti był wyraźnie zamożny, rzucał forsą na prawo i lewo, co zapewniało mu spore powodzenie wśród części pań, także studentek. Do tego podawał się za etiopskiego księcia utrzymywanego przez bajkowo zamożną rodzinę. Cóż, pieniądze i ta legenda doskonale wyrównywały mu braki urody, pryszczatą cerę i nikczemną posturę. Po kolejnym ostrym przystopowaniu jego awansów przez moją siostrę poskarżył się któremuś z kolegów Joli, że „Ta Jolcia jest taka dumna i zarozumiała!” Ten kolega, nie w ciemię bity, w mig dostrzegł okazję do zrobienia nielubianemu prymitywowi kawału. Wyjaśnił Aszetiemu, że moja siostra pochodzi z polskiej rodziny królewskiej i wprawdzie u nas jest socjalizm, ale takie rzeczy wciąż się bardzo liczą. Jola doznała niemal szoku, gdy następnego dnia Aszeti, zaczepiający ją zazwyczaj ku jej furii dość obcesowo, tak jak i wszystkie inne dziewczyny, pokornie pochylony usunął się jej z drogi na korytarzu, niemal wtapiając się w ścianę. Przez następne dni ten szok się stale pogłębiał, a Aszeti nawet nie śmiał się do niej odzywać. Wreszcie ubawieni koledzy uświadomili moją siostrę, że właśnie została królową Polski, niemal równą negusowi Haile Selasje. Aszeti do końca jej pobytu w Kortowie zachowywał się wobec niej nienagannie i wręcz służalczo, co ją niezmiernie bawiło. Sprawa miała jeszcze inne śmieszne zakończenie. Aszeti był „wiecznym studentem” i dobrnął jakoś do drugiego bodajże roku po kilku przebalowanych latach. Na naukę nie bardzo miał czas. Pieniędzy miał w bród, tym bardziej, że jeździł po ich odbiór do Berlina, żeby uniknąć oficjalnej wymiany na złotówki (zdecydowanie korzystniejszy był kurs czarnorynkowy). Nagle się to wszystko urwało co znamy z innych, późniejszych relacji. Sprawę wyjaśnił stały „rezydent” kontrwywiadu, czy też SB, inny „wieczny student”, który nawet nigdy nie krył się ze swoją rolą i funkcją na uczelni. Otóż Aszeti nie był żadnym zamożnym arystokratą etiopskim, tylko jakimś biedaczyną który przypadkowo trafił na Zachód i został zachodnioniemieckim szpiegiem. Bardzo tanim w przeliczeniu na marki, czy dolary, ale też i bardzo marnym. Do Berlina jeździł po wypłatę i zdać raport z działalności. Peerelowski kontrwywiad wiedział o tym ponoć od początku, ale prowadząc jakąś grę spokojnie pozwalał mu na to przez kilka lat. W pewnym momencie wywiad zachodni stwierdził że Aszeti nie jest im już do niczego potrzebny i dość raptownie zakończył współpracę. „Bajecznie bogaty” Aszeti został nagle bez żadnych środków do życia, już nie mówiąc o jakiejkolwiek jego wystawności. Nasze szanowne władze nie bardzo wiedziały co z nim zrobić, bo nawet na powrót do Etiopii nie miał ani grosza. W końcu chyba „służby” zasugerowały salomonowy wyrok. Przyznano Aszetiemu zwykłe stypendium pod warunkiem solidnej nauki i zaliczania wszystkiego w terminie. Ponoć Aszeti przestał balować i zaczął się uczyć, i wprawdzie na trójkach bo orłem nie był, ale uczelnię ukończył.                                              

W tym wszystkim jest pewna prawidłowość. Im niżej ktoś stoi w hierarchii i ma mniejsze poczucie własnej wartości, tym chętniej przy pierwszej okazji okazuje swoją wyższość i pogardę wobec innych. Nie ominęło to i moich rodaków, co obserwowałem w Kazachstanie. Polacy byli tam traktowani przez sowietów jak pariasi, byli ostatnimi w hierarchii spośród „białych” nacji. Za nimi byli już tylko „czarni”, czyli wszelkie „wschodnie” nacje. Więc co prymitywniejsi tym bardziej podkreślali swoją wyższość, co zaczęło się paskudnie na nich odbijać gdy owi „czarni” doszli do władzy. Zresztą u nas w kraju jest podobnie. Ilu znałem tępych osobników, którzy swoje kompleksy wyładowywali na niżej stojącym personelu? Zupełnie nie spotykałem tego u ludzi znających własną wartość, na przykład u autentycznej inteligencji, takiej nie z awansu, czy u  ziemian. A Aszeti był typowym nuworyszem, który z etiopskiego biedaka stał się nagle krezusem w PRL.            

Ciekawe ilu z podających się za „patriotów” i „narodowców”, atakujących niewybrednie i w czambuł wszystkich obcych i „kolorowych” w internecie, rozładowuje w ten sposób swoje kompleksy? I nie zmieni tego ich nastawienia żadna „akcja afirmatywna” tak lansowana przez amerykańskich socjalistów, która jedynie może pogłębić problem, faworyzując najgorszych, leniwych prymitywów spośród  kolorowego społeczeństwa (Jak każda „akcja afirmatywna”, wśród białych również, zwłaszcza nasza wśród moich rodaków). Jedyne co można i trzeba zrobić, to pomagać tym, którzy ciężko pracując poznali już swoją wartość. Świadczy o tym wiele przykładów także u nas. Bo obok przypadków rozwydrzenia przytaczanych wyżej, znam wielu kolorowych, którzy pięknie wpisali się w polski krajobraz. Jak chociażby ów przesympatyczny Murzyn, lekarz – pediatra w Elblągu, ubóstwiany przez wszystkie dzieciaki. Ale on znał swoją wartość i uczciwie na nią zapracował.

Konkretne praktyki mieliśmy w przedsiębiorstwie „Hydrobudowa 5” pracującym na terenie wrocławskiej huty metali kolorowych „Hutmen”. Ilekroć wyjeżdżam z Wrocławskiego dworca w kierunku Wałbrzycha i Jeleniej Góry, już na przedmieściach, zaraz za wiaduktem pod którym przejeżdża pociąg, stoją po lewej stronie, właśnie na terenie tej huty dwie potężne hale. To pod nie w ramach tych praktyk studenckich robiliśmy wykopy na fundamenty. Ile razy je mijam odczuwam coś w rodzaju satysfakcji, że i moich parę kropli potu leży u ich podstaw. A potu wylaliśmy tam sporo, bo sierpień tego roku był wyjątkowo upalny, suchy i bezdeszczowy, z temperaturą cały czas powyżej 30oC. Podzielono nas na pięcioosobowe brygady i nie bardzo już wiem dlaczego właśnie mnie wyznaczono brygadzistą jednej z nich. W zasadzie byli w niej praktycznie wszyscy z naszego pokoju. Też nie wiem już na jakiej zasadzie przydzielono mnie do obsługi ciężkiego młota pneumatycznego. Praca była paskudna, bo przekopywaliśmy się przez trudny teren w którym tkwiły resztki hal, chyba browaru Haberbuscha jak można było sądzić z niezliczonej ilości kapsli z butelek piwa tej marki, znajdowanych masowo w wykopie. Wykop szerokości około dwu metrów i głębokości około trzech, przebijał się przez strop dawnej hali browaru i jej podpiwniczenie. Nasza brygada trafiła na dodatek na jakiś filar pod tym stropem, zbudowany ze świetnie wypalonej, twardej cegły, na której przy nieostrożnej pracy pięknie pękały grube bagnety młotów pneumatycznych. Sam strop skonstruowany z kilku warstw też nie był zbyt sympatyczny w obróbce. Wierzchnią ich warstwę stanowiły nieduże kafle pokrywające podłogę po której prawdopodobnie przetaczano ciężkie beczki z piwem. Te kafle leżały na dość elastycznej warstwie asfaltu zmieszanego chyba z kauczukiem. Pod nią było kilka centymetrów betonu i następna, znacznie grubsza, gęsta i lepka warstwa asfaltu, także na betonowym podkładzie, a pod tym dopiero cegły stropu. Solidna niemiecka robota. Trzeba było to paskudztwo odłupywać małymi kęsami po 15 – 20 centymetrów, bo jeżeli wbiło się młot choć trochę za daleko, to grzązł na dobre i trzeba go było mozolnie odkopywać kilofami, co trwało wieki, a praca była w akordzie. Można było też pożyczyć młot z innej brygady, która jednak ze względu na ów akord robiła to raczej niechętnie. Szybko jednak koledzy nauczyli się, że warto pomagać, bo jeszcze częściej od nas mieli identyczną sytuację i też prosili o pomoc. Mnie, po złamaniu dwu bagnetów i ciągłym przeklinaniu niemieckiej solidności w budowie tych stropów, udało się nieźle opanować technikę pracy młotem i szliśmy nawet do przodu, bez grubszych przestojów i awarii, tyle, że wolno.                                                     

Ciężka praca w nagrzanym, głębokim i zapylonym wykopie nie była zbyt przyjemna, ale dzięki kilku pracownikom firmy budowlanej dla której pracowaliśmy, znaliśmy jej wartość, a była to praca nieźle płatna. Szybko przeliczyliśmy objętość tego wykopu na złotówki, więc nawet nie narzekaliśmy. W ciągu kilku dni spiekliśmy się na czekoladki, a mimo ciężkich warunków praca paliła nam się w rękach. Pracownicy „Hutmenu” zaglądali dyskretnie chcąc przyjrzeć się takim dziwolągom jak pracujący student. Chyba wypadliśmy nie najgorzej, bo udzielili nam kilku dobrych rad odnośnie prawa pracy, z których później skwapliwie skorzystaliśmy. Jeden z nich zauważył, że nie mamy nic do picia i zdziwił się tym bardzo, bo w hucie woda mineralna była za darmo i bez ograniczeń. Pokazał gdzie jest rozlewnia i jak zorganizować wózek. Szybko zorganizowaliśmy dyżury i każdy dzień rozpoczynaliśmy od przywiezienia kilku skrzynek wody dla wszystkich pracujących w tamtym rejonie. Z wodą do picia praca szła nam znacznie lepiej.                         

Kiedy po tygodniu już kończyliśmy prawie nasz odcinek, chyba najgorszy w obróbce na całym terenie budowy, przyszedł nasz majster, objechał nas, że pracujemy zbyt wolno i kazał przenieść się na nowy, łatwiejszy ( i gorzej płatny) odcinek, kilkadziesiąt metrów dalej. Do końca wyznaczonego nam odcinka zostało do wykopania już tylko około jednego metra bieżącego. Na nasze miejsce szanowny majster przydzielił „swoich”, stałych pracowników firmy i nasza praca miała pójść wyraźnie na ich konto. Ewidentny szwindel! Trafił mnie szlag! Poinstruowany już wcześniej przez pracowników „Hutmenu” o takich przekrętach, zażądałem jako brygadzista oszacowania naszej pracy i tzw. „bezetki”, czyli zlecenia na wykonywanie nowej. Brygada stanęła murem za mną. Majster postawił się okoniem, odmówił i pogroził nam niezaliczeniem praktyk, czyli praktycznie wywaleniem ze studiów. Ponieważ nie chcieliśmy pracować na wyznaczonym przez niego miejscu, przydzielił nam nową pracę. Oczywiście „na gębę” i bez zlecenia. Ta praca była już wyraźną szykaną. Jakiś geniusz pracował koparką tuż obok asfaltowej wewnętrznej szosy i na przestrzeni kilkuset metrów w powstały wykop osunęły się piękne, stare, poniemieckie jeszcze, granitowe krawężniki. Każdy długości około dwu i pół metra i wagi z trzystu kilogramów.  Od góry przycięte i wygładzone, od dołu nieregularne, tak jak je wyłupano w kamieniołomie. Wykop zasypano częściowo razem z nimi, nawet niegłęboko, do najwyżej metra. Mieliśmy je wydobyć i ustawić na nowo. Praca oczywiści w akordzie i płatna jakieś śmieszne grosze od metra bieżącego. Nie zarobilibyśmy nawet na wodę sodową. Po sprawdzeniu jak by to nam szło, postanowiliśmy tej pracy nie podejmować. Pretekstem było nieoszacowanie pracy poprzedniej i brak nowego zlecenia. Majster nas po prostu zignorował. Na takie dictum, z dużej wiaty stojącej naprzeciw nas wyciągnąłem ze stosu jakiś wielki arkusz grubego styropianu i, wygodnie się ułożywszy, opalałem się w pięknym słońcu. Reszta pracowników poszła w ślady swego brygadzisty. (Tu chciałbym zwrócić uwagę, że „strajk na styropianie” był moim własnym, autorskim pomysłem już w 1969 roku, na długo przed wszelkimi strajkami na stoczniach w następnych dekadach, z „Solidarnościowymi” włącznie. Ja! Ja byłem pierwszy! Odnośnie „styropianu” cała reszta to zwykli, pospolici naśladowcy. Z „Bolkiem” na czele!) Bardzo wygodnie przespaliśmy tak w pięknym słońcu kilka dni, czekając na usunięcie z praktyk, lub inną grubszą awanturę.     

Wowka wychowany w Sowsojuzie, był tym wszystkim autentycznie przerażony, w oczach miał już co najmniej wizję łagru i nawet samo słowo strajk miało dla niego straszny wydźwięk, ale odważnie i solidarnie strajkował jednak razem z nami. Nasi koledzy z innych brygad też nam wróżyli czarny los, gorliwie namawiając do powrotu do pracy. Celowała w tym zwłaszcza pracująca poprzednio tuż obok nas brygada, którą bodajże Edek przezwał „stachanowcami”, jako, że starannie i bez szemrania wykonywali wszelkie polecenia, oraz pracując wyjątkowo gorliwie. Po kilku dniach takiego wypoczynku, ze stojącego na końcu drogi, której renowacji mieliśmy dokonać, niedużego domku, przyszedł do nas jakiś grzeczny i sympatyczny pan. Bardzo uprzejmie zapytał, co my w zasadzie tutaj robimy pod oknami dyrekcji zakładu, bo obserwował nas z podziwem przez kilka dni z okien swego biura, nie mogąc do końca zrozumieć naszych działań. Przedstawiliśmy mu nasze racje, pan powiedział, że postara się to załatwić i na tym sprawa się skończyła. Wróciliśmy do drzemki. Nie mieliśmy pojęcia, że ten niepozorny budyneczek to dyrekcja całego „Hutmenu”, a gdybyśmy mieli zapewne niewiele by to zmieniło. No, może spalibyśmy mniej demonstracyjnie i dyskretniej, w bardziej ustronnym miejscu. Ów grzeczny pan z dyrekcji obietnicy jednak dotrzymał. Następnego dnia przygalopował do nas majster jeszcze przed rozpoczęciem pracy, zły jak osa, ale obiecał szybko dostarczyć nowe zlecenie i oszacować dotychczasowe dokonania. Wyznaczył też nam nowe zadanie.                             

Nowa praca miała polegać na pogłębieniu wykopu pod ścianą baraku położonego dość blisko naszego miejsca sjesty. To była kolejna szykana. Tu przydało mi się moje doświadczenie z pracy w melioracji. Nie chcąc wyrzucać urobku na jezdnię, wyrzucano ziemię z wykopu na wąski 1,5 metrowy pas pod ścianą stojącego obok baraku. W ten sposób jedna z pionowych ścian głębokiego na prawie dwa metry rowu o szerokości grubo ponad 1,5 metra, wzniosła się z tej strony na wysokość ponad trzech metrów, wisząc niebezpiecznie nad wykopem. Do tego zauważyłem, że dno tego głębokiego dołu od strony jezdni lekko podsiąka wodą – kurzawka. Zwróciłem na to uwagę majstrowi, a także na niezgodny z BHP brak oszalowania i stwierdziłem, że do takiego wykopu nie wejdę nawet za dopłatą. I nikt z mojej brygady także. Zgodnie wróciliśmy na nasz styropian. Majster po staremu odgrażał się wszelkimi możliwymi konsekwencjami i na nasze miejsce przydzielił „stachanowców”. Przed odmarszem do drzemki uczciwie uprzedziłem ich o zagrożeniach, co nieco przyhamowało ich zapał, ale ich brygadzista kompletnie to zlekceważył i podobno dla przykładu, już w chwilę po naszym odejściu, żeby zachęcić swoich pierwszy wskoczył do wykopu. Jeszcze nie zdążyliśmy się roztasować, gdy do miejsca naszego odpoczynku doleciał nas straszliwy krzyk. Stało się. Porwaliśmy łopaty i ruszyliśmy biegiem do tego wykopu. Zgodnie z moimi przewidywaniami ściana spiętrzonej ziemi runęła i przygniotła mniej więcej do pasa owego naszego, nadgorliwego studenta-brygadzistę. Na ile pamiętam miał na imię Wiktor. Reszta jego brygady stała obok dość bezradnie, bojąc się wskoczyć do niebezpiecznego dołu. Co miało runąć to jednak już runęło, więc wleźliśmy do tej jamy bez obaw. Nie zwracając na nich uwagi, ruszyliśmy z impetem, starając się jak najszybciej odkopać wyjącego z bólu i strachu delikwenta. Sprawnie nam to poszło i odkopaliśmy go dosłownie w kilka minut. Jeszcze przed tą naszą interwencją, ktoś przytomnie ściągnął karetkę pogotowia i Wiktor natychmiast po odkopaniu wylądował na noszach, oraz  odjechał do szpitala. Nie miałem pojęcia z jak potworną siłą ta, wydawałoby się niewielka, sięgająca mu zaledwie do pasa warstwa ziemi, napierała na jego ciało. Jego nogi, odsłonięte na noszach przez sanitariuszy, miały barwę granatowo-siną, niemal czarną. Przerażające. Niemal równo wraz z nami pojawił się nasz majster, blady jak ściana. Nic nie mówił i nawet nie próbował się wtrącać do naszej akcji ratunkowej. Nie mogłem sobie odmówić po fakcie zwrócenia mu uwagi: „A nie mówiłem!”. Nic nie odpowiedział.              

Chyba tego samego dnia, lub następnego, pojawił się na naszej budowie dziennikarz, bodajże z „Trybuny robotniczej” zbierający właśnie relacje z praktyk studenckich. Z racji wyszczekania koledzy wypchnęli mnie na zdanie mu sprawozdania z kłopotów i ocenę organizacji tych praktyk. W trakcie rozmowy otaczali mnie też kręgiem, pilnie zważając na każde moje słowo i podrzucając tematy. Gadałem ponad pół godziny, skrzętnie i z pasją wyliczając wszelkie mankamenty. A było ich sporo. Wylałem przed tym paparazzi wszelkie nasze żale. Od niefortunnie usytuowanej stołówki – nasza stołówka „Syrena”, jak słabo pamiętam, mieściła się gdzieś chyba w okolicach dworca Nadoddrze, dokąd drałowaliśmy kawał drogi piechotą na każdy posiłek dzień w dzień, z Placu Grunwaldzkiego przez cały Ostrów Tumski i jeszcze kawałek dalej. Potem, po posiłku długi dojazd na drugi kraniec miasta, przez całą Grabiszyńską do „Hutmenu”, lub powrót do „Parawanowca” na piechotę. Koszmarna strata czasu. No i całą tę relację zakończyłem naszym sporem o pracę, strajkiem i groźnym wypadkiem, który wydarzył się niemal przed chwilą, a który dzięki Bogu zakończył się w miarę szczęśliwie, chociaż nasz kolega ma zapewnione zwolnienie lekarskie do końca praktyk. Żeby nie wyjść na malkontenta dodałem na końcu wzmiankę, że gdyby nie robotnicy z „Hutmenu”, którzy nam trochę pomagali, to nawet wody mineralnej byśmy nie mieli. Dziennikarz słuchał uważnie, zadawał nawet dość sensowne pytania i pilnie notował. Obiecał, że uczciwa i rzetelna informacja na ten temat ukaże się już następnego dnia.

Owego następnego dnia rzuciliśmy się z samego ranka na prasę. Czytaliśmy tego partyjnego gniota od dechy do dechy, nie mogąc znaleźć niczego na nasz temat. Wreszcie któryś z nas znalazł. Petitem na którejś z ostatnich stron, wśród kilku innych zdań, widniało wyrwane z kontekstu jedno jedyne zdanie z całej mojej wypowiedzi, za to z wymienionym z imienia i nazwiska jego autorem. Zdanie o tym, że pracownicy „Hutmenu” otaczają nas „niemal ojcowską opieką”. Tfu!!! Dobrze, że koledzy słyszeli dokładnie wszystko co mówiłem, bo inaczej chyba bym od nich zdrowo oberwał. A tak, to tylko stracili do reszty zaufanie do mediów i dziennikarzy, o ile po marcu jeszcze jakoweś mieli. „Czytajcie „Świerszczyk” bo tylko tam znajdziecie prawdę!” Przez wiele lat nosiłem ten wycinek z gazety w portfelu jako swoiste memento, razem z owym sławetnym mandatem za przekroczenie prędkości na piechotę. Później gdzieś się owe świstki zapodziały.   

Na kilka ostatnich dni wróciliśmy do pracy w naszym starym, dobrym przekopie przez fundamenty browaru i po kilku dniach zakończyliśmy sławetne praktyki. Tu było pełne zaskoczenie. Okazało się, że po prawie dwu tygodniach awantur i strajku, obijania się i opalania, byliśmy najlepszą brygadą na tych praktykach. Na uroczystym zakończeniu, oprócz tradycyjnej ustnej pochwały, otrzymaliśmy całkiem niezłe nagrody rzeczowe. Ja dostałem piękną książkę „250 razy o sztuce polskiej” z ładną dedykacją na pierwszej stronie: „Za wydajną i sumienną pracę w czasie odbywania praktyki robotniczej”. Podpisaną przez Zastępcę Dyrektora Głównego Ekonomistę (tak na pieczątce), tudzież przez Przewodniczącego Rady Zakładowej przedsiębiorstwa „Hydrobudowa 5”. Zaskoczeniem były też wypłaty. Zarobiliśmy ponad dwa i pół tysiąca złotych polskich na łeb, co było wówczas bardzo przyzwoitym zarobkiem (Moja Mama, będąc zastępcą dyrektora dużego POHZ, miała podobną płacę miesięczną). Było to dużo także w porównaniu do pozostałych brygad, które zarobiły około półtora tysiąca na głowę. Najgorzej ku naszemu zdziwieniu wypadli „stachanowcy” zarabiając coś koło tysiąca. Okazało się, że nie warto być pokornym lizusem i, że warto walczyć o swoje. Chociaż do dzisiaj nie bardzo wiem jak to się stało – to była jakaś próba kupienia nas, czy co? Bo przecież z punktu widzenia władz to było bardzo niepedagogiczne. Podskakiwali i wichrzyli, a zarobili – jak to możliwe w realnym socjalizmie? Nie mam pojęcia do dziś.

Nusia odwiedziła mnie w czasie tych praktyk. Włóczyliśmy się przez pół dnia po Wrocławiu, jakiś czas z Hanysem, zwiedzając samemu miasto i trochę pokazując je Nusi. Dość późnym wieczorem odprowadziłem ją na pociąg do Jeleniej Góry. I tu strzeliłem gafę którą do dzisiaj mi wypomina. Chciałem się nieco poprawić po jej pierwszej wizycie u nas, gdzie nie chciało mi się godzinę czekać na autobus i zaproponowałem jej pieszy spacerek do Łomnicy.  Drobiazg – pięć kilometrów zaśnieżoną szosą po całonocnej podróży. Nusia dość ochoczo się zgodziła, ale ja oberwałem od rodzinki za ten pomysł. Teraz chciałem się poprawić i oszczędzić jej marszu, więc doradziłem by wysiadła nie w Jeleniej Górze, a na stacji Wojanów, skąd do Łomnicy było niespełna dwa kilometry. Tyle, że musiała iść tam późną nocą kompletnym wygwizdowiem, pustą i nieprzyjemną, nieoświetloną drogą, z rzędem starych, ponurych drzew po obu stronach, z dworca kolejowego do wsi Wojanów. Zupełnie o tym nie pomyślałem. Kiedy wróciłem do domu znów oberwałem burę, że narażam dziewczynę na takie nieprzyjemności i wręcz na niebezpieczeństwo. A Nusia do dziś mi to pamięta. I udzielaj tu dobrych rad! A Wrocław był ładny, bardzo podobny w klimacie i architekturze do Gdańska, zaś Hanys jako przewodnik i kompan zwiedzania przeszedł sam siebie. Tak to przynajmniej pamiętam.

Nie bardzo z kolei pamiętam na jakiej zasadzie i przy jakiej okazji, ale, najdelikatniej mówiąc, „nakłoniono” nas na przygotowanie jakichś „występów artystycznych”. Nie bardzo nam się chciało, ale nie pamiętam już kto, chyba ktoś z ZSP, wytłumaczył nam „konieczność zaangażowania się w kulturę studencką”. Każdy z nas coś tam pamiętał z występów w przeszłości, często jeszcze ze szkoły średniej, więc z tych zapamiętanych tekstów, na chybcika i byle jak, zmontowaliśmy program. Robiliśmy to zmęczeni po pracy i na dodatek niezbyt przekonani do tego pomysłu. Oczywiście wyszło to żenująco słabe, trochę jak u Boy’a „otruł gościa kotletem nazwał to kabaretem” – mieliśmy tego pełną świadomość. Brawa od kolegów jednak dostaliśmy po występie rzęsiste. Pilotował to, czy też oceniał, chyba z ramienia ZSP, nieznany jeszcze szerszej publiczności, a i nam wówczas również, Jan Kaczmarek. Ja pamiętałem go ze świetnego występu w zatłoczonym autobusie z Turbacza po zakończonym „Rajdzie nietoperzy”. Teraz dał nam się poznać z jak najgorszej strony. Z miażdżącą pogardą i nieprzyjemną wyższością zjechał ten nasz mizerny program do suchej nitki. Zarozumiałym tonem wyliczał jego wady pastwiąc się nad nami niemiłosiernie. Nie pomogły żadne tłumaczenia, że nikt z nas nie jest i nie ma zamiaru być artystą, że na przygotowanie mieliśmy zaledwie kilka dni i  mamy świadomość słabości tego występu. Nadal upajał się swoją własną krytyką nie przyjmując niczego do wiadomości. Całe to spotkanie z nim zostawiło po sobie jakiś niesmak. Kiedy już zyskał sobie sławę, nadal nie mogłem się do niego przekonać, mimo że ceniłem sobie i jego teksty, i wykonanie. Zawsze mi stawała przed oczami ta jego wcześniejsza buta i zarozumiałość. Jakoś liczyło się już na zawsze to złe pierwsze wrażenie.

Pamiętam dość mętnie jakąś wieczorną wyprawę do żeńskiego akademika. Do „Pancernika” wleźliśmy z boku po jakimś płocie na daszek nad drzwiami i stamtąd przez otwarte okno na korytarz pierwszego piętra. Kto nam wskazał tę drogę nie mam pojęcia, ale przecieraliśmy szlaki na przyszłość. Tym razem była to wizyta jedynie towarzyska, bez jakichś seksualnych podtekstów, zupełnie jednak nie pamiętam z jakiej okazji. Może bez tych podtekstów nie dla wszystkich, bo na tym właśnie tle starłem się dość ostro z Edkiem. Dość obcesowo „zalecał się” on do znanej mi z Wojanowa dziewczyny – Romanowskiej. Nie znoszę chamstwa, a do tego znałem jej ojca i bardzo szanowałem, więc dość zdecydowanie interweniowałem. Nie miałem i nie mam pojęcia do dziś, czy dziewucha była z tego zadowolona. Edek był wściekły.

Chyba wtedy nawiązałem zupełnie niewinny flirt z Anią Bilińską, miłą, inteligentną i ładną dziewczyną, przypominającą nieco „moją” Ankę. Równie szybko i niewinnie ów flirt się skończył, nie bardzo już pamiętam dlaczego.

Dalszy mój pobyt we Wrocławiu pamiętam bardzo słabo, trochę jak przez mgłę. Nie bardzo wiem jak zostałem starostą roku i coś tam usiłowałem robić w ZSP, głównie wyprawy w góry „w ramach szkoleń”. Pamiętam jakieś takie robione przez zarząd uczelniany na Andrzejówce, i „swoje własne” w „Domku myśliwskim” pod Śnieżką. Obydwa szkolenia już w obfitych śniegach. Przy tym moim, wędrując nocą do domku myśliwskiego jakimś cudem nie zabłądziliśmy i nie wpakowali się gdzieś w Śnieżne Kotły. Bóg ma w opiece głupich – w tym wypadku mnie, prowadzącego słabo pamiętaną z lata, zasypaną kopnym śniegiem dróżką, dziesięcioosobową grupę dziewczyn z naszego roku. Jedyne zresztą, co wynieśliśmy z tych szkoleń to kac.

Ja i Hanys nie dostaliśmy stypendium mieszkaniowego, więc szukaliśmy jakiegoś lokum. Hanys znalazł gdzieś altanę na działkach, bardzo tanią bo nieogrzewaną. Tam przetrwaliśmy jakieś dwa miesiące, do pierwszych mrozów. Później zlitowała się nad nami przemiła pani kierowniczka akademika „Itd” na Sudeckiej i pozwoliła nam waletować. Odbywało się to w ten sposób, że dwu kolegów wyjmowało wieczorem ze swych łóżek po jednym materacu. Pozostałe układali wzdłuż uzyskując łoże nieco węższe, ale całkiem wygodne. Ja robiłem to samo układając te wyjęte materace identycznie na podłodze. Pościel wydano nam normalnie z magazynu. Rano wszystko wracało do normy i moje legowisko znikało bez śladu.  Tak samo było w pokoju Hanysa. Hanys był waletem na górze u filologów, a ja na pierwszym piętrze u prawników. Zdecydowały o tym chyba karty – prawnikom potrzebny był czwarty do brydża, a Hanys w karty nie grał. Ten pobyt w „Itd” był świetny i bardzo zawsze żałowałem, że tak krótki. Miła atmosfera, koledzy na poziomie, na ogół ze starszych roczników. Najciekawszym z nich był niewątpliwie Piotrek Sawicki z romanistyki. Ten chłopak był niesamowity. Nie było chyba rzeczy, którą by się nie interesował. Samodzielnie, jeszcze w szkole średniej, nauczył się języka hiszpańskiego. Żeby zdobyć pomoce naukowe, poprzez ambasadę bodajże szwajcarską nawiązał kontakt z Hiszpanami, a ci przysłali mu płyty do nauki języka. Francuski i chyba niemiecki wyniósł z domu, rosyjskiego nieźle nauczył się w szkole. Hiszpański opanował na tyle dobrze, że będąc studentem trzeciego roku romanistyki był równocześnie lektorem tego języka w Wyższej Szkole Ekonomicznej. W PRL zawsze brakowało fachowców, a płaca lektora nie była nazbyt wysoka. Komunistyczni kombatanci z hiszpańskiej wojny domowej, o ile przeżyli, to mieli bardziej intratne stanowiska, a do tego przez całe lata Hiszpania Franco była na czerwonym indeksie, więc i język takoż, toteż lektorów było brak. W naszym akademiku Piotrek założył koło miłośników kultury iberyjskiej i kilka godzin w tygodniu uczył nas hiszpańskiego. Za darmo! Inną jego pasją, którę zaraził nas wszystkich był film. Piotr doszedł podobno do finału teleturnieju „Wielka gra” i nawet ten finał wygrał. Tematem była właśnie sztuka filmowa. Zorganizował w naszym akademiku DKF, czyli Dyskusyjny Klub Filmowy. Z racji jakichś znajomości i „wejść” do łódzkiej szkoły filmowej organizował nam pokazy filmów na ogół takich, które z różnych przyczyn wyszły z obiegu, lub do niego w ogóle nie weszły. Na pierwszy ogień poszły produkcyjniaki z okresu stalinowskiego, których planowaną, ciekawą listę nam przedstawił i omówił. Nie wszystkie udało mu się ściągnąć, jak na przykład straszliwej, propagandowej chały „Niedaleko Warszawy”, której kopii z nieznanych przyczyn nie chciano nam udostępnić. Pierwszym filmem jaki oglądaliśmy była „Pamiątka z celulozy”. Pamiętam salwy śmiechu jakie wywołał na sali padający z głośników okrzyk: „Golędziniacy atakują!” i ożywioną dyskusję po filmie. Nie mieliśmy pojęcia, że szkoła milicyjna w Golędzinowie miała tak dostojną tradycję, którą dotychczas odnosiliśmy jedynie do marca 68. No i dyskusja na ten temat była naprawdę ożywiona. Projekcje odbywały się w odnowionej przez nas, pod egidą Piotra i według jego koncepcji, świetlicy. Brałem w tym wszystkim czynny udział bo entuzjazm Piotra był zaraźliwy i łatwo się wszystkim udzielał. Niesamowity facet i zawsze byłem bardzo ciekaw jego dalszych losów. Byliśmy pewni, że z racji talentów, zrobi wielką karierę, ale po opuszczeniu Wrocławia nigdy już o nim nic nie usłyszałem.

Innym kolegą z tego akademika, a nawet z mojego pokoju, zapamiętanym z racji nazwiska i koneksji rodzinnych, starszym nieco ode mnie, był Marek Spychalski. Jak się okazało był to syn marszała Mariana Spychalskiego z pierwszego małżeństwa. Chłopak był dość cichy, skromny, bardzo bystry i oczytany, nieźle grał też w brydża. Takim go przynajmniej zapamiętałem. Nasza znajomość, pomijając to, że sypiałem na materacu wyrzuconym z jego łóżka, zaczęła się od rozmów o modelarstwie. Przeglądałem akurat chyba świeżo kupione „Koleje miniaturowe” kiedy mnie na ten temat zgadnął. Oprócz wyraźnej modelarskiej pasji i znajomości tematu, w tej rozmowie wyszła też jego zamożność – o niektórych modelach o których mówił, to mogłem sobie jedynie pomarzyć, moje możliwości sięgały co najwyżej NRD-owskich kolejek „Piko”, a i to w bardzo skromnych rozmiarach. Z tą zamożnością nigdy się jednak nie obnosił tak jak i z tatusiem marszałkiem. O tym dowiedziałem się od jego kolegów nieco później. Ponoć na obozie wojskowym gdzie „cukano” ich w niemożliwy sposób wymknął się z terenu koszar przy ich pomocy i zatelefonował do tatusia. W jednostkę uderzył grom nagłej i niespodziewanej kontroli, a znęcanie się nad studentami skończyło  bezpowrotnie. Nawet gdy jego ojciec poszedł już w odstawkę. Nigdy się tym zresztą nie pochwalił i znam to z relacji innych kolegów.

W sumie nikogo z kolegów w ITD nie poznałem tak naprawdę dobrze, bo mieszkałem tam zbyt krótko. Przewinąłem się tylko przez ten akademik. Ale ten pobyt i ich „lwowską” życzliwość pamiętam doskonale.

Sama uczelnia nie była niczym szczególnym. Budynek Instytutu Filologii Rosyjskiej stał nad Odrą na przedłużeniu głównego budynku uczelni, w kierunku mostu Grunwaldzkiego, gmachu poczty i miejsca przyszłej rotundy z Panoramą Racławicka. Tylko uroczyste otwarcie roku odbyło się w głównym budynku, w słynnej sali Leopoldiny, rzeczywiście budzącej respekt, oraz podziw, no i raz w tygodniu wojsko. Cała reszta odbywała się już w Instytucie, w dość obskurnych, odrapanych salach. Słabo pamiętam wykładowców. Zaraz na początku zaliczyłem ciekawą wpadkę na wykładach z doktorem Jakubcem, słynnym specjalistą od rosyjskiej literatury. Otóż Pan doktor sprawdził na początku pierwszego wykładu listę obecności. Było nas tam coś około 150 osób, paskudny tłok. Podczas wyczytania nazwiska trzeba było grzecznie wstać by Pan doktor mógł sobie obejrzeć delikwenta. I to był pierwszy i ostatni raz gdy na tych zajęciach sprawdzana była obecność. Siedziałem zawsze na końcu, ukryty za plecami innych, drzemiąc lub czytając jakąś książkę, bo wykłady nudziły mnie niemiłosiernie. Przerabiałem to już na SN-ie i nawet w ujęciu doktora Jakubca niezbyt mnie to interesowało. Wreszcie kiedyś w końcu urwałem się z nudnych dla mnie zajęć. Gdy następnego dnia zjawiłem się na wykładzie i jak zwykle drzemałem usadowiony za plecami kolegów, szanowny wykładowca natychmiast po wejściu do Sali ku memu zaskoczeniu powitał mnie gromkim: „O! Pan Stępniewicz się nam pojawił!” Mocno mnie to zdziwiło, bo obecności poza tym pierwszym razem nigdy nie sprawdzał, a jeszcze nas nie mógł znać z widzenia. W akademiku koledzy ze starszych roczników obwieścili mi smutną nowinę – doktor Jakubiec ma fotograficzną pamięć (Po to było to wstawanie na początku.). Mam sobie dokładnie sprawdzić co było na wykładzie i porządnie obkuć, bo na najbliższym egzaminie na pewno będę dokładnie przepytany właśnie z tego tematu. Nie miałem okazji tego sprawdzić, ale chyba mnie nie nabierano, bo uprzedzano nas o tym wielokrotnie, więc chyba było coś na rzeczy. Na wszelki wypadek solidnie obkułem temat i więcej nie opuszczałem wykładów, czasami nawet ciekawych.

Innym wyróżniajacym się wykładowcą był bardzo sympatyczny magister Wilczyński. Z jego zajęć z łaciny zapamiętałem jednak jedynie przysłowie jakie wygłosił na pierwszym wykładzie: „Gutta cavat lapidem non vie sed saepe cadendo.” (Kropla drąży kamień nie siłą, lecz częstym padaniem). U niego te krople padały chyba nieco zbyt często. Pan magister Wilczyński był wspaniałym entuzjastą swego własnego przedmiotu. Pamiętam jak piękny był ten jego pierwszy wykład. Piękny, ciekawy i całkowicie niemal po polsku. Pokazywał nam jak wiele łączy ten nasz język z łaciną. Cała gramatyka i wiele słów zaczerpniętych jest bezpośrednio wprost z łaciny, bądź pośrednio z innych języków. Z tych powiązań kompletnie nie zdajemy sobie sprawy mimo, iż według niego ponad 60% polskich słów ma pochodzenie łacińskie. Mnie najmocniej zdumiało, że tak podstawowe słówko jak „jest”, to nieco zniekształcone po słowiańsku łacińskie „esse”. Jeszcze drugie zajęcia trochę rozumiałem, ale potem poniósł go entuzjazm i przestałem rozumieć cokolwiek. Kilka zajęć dalej i przestali także rozumieć go nawet ci, którzy mieli łacinę w szkole średniej. Całkowicie przeszedł na łacinę a do tego mówił szybko i płynnie, wręcz upajając się brzmieniem łacińskich słów. Ponoć krótko przed sesją egzaminacyjną zrobił pisemny sprawdzian, czego nie byłem już świadkiem, ale co znam z relacji kolegów. Na następne zajęcia przyszedł zgaszony i smutny. Cała grupa oddała puste kartki sprawdzianu co uznał za demonstrację przeciwko swojej osobie. Nie mógł zrozumieć czym nam się naraził, że spotkał go taki afront. Ktoś przytomny wyjaśnił mu, że jest lubiany i szanowany przez grupę, ale nikt nie rozumie jego wykładów i ćwiczeń, nawet ci co liznęli trochę łaciny. Za szybkie tempo. Pan Wilczyński ponoć się rozpogodził, zapowiedział, że na koniec semestru wystawi wszystkim trójki, ale w następnym będziemy musieli mocno przysiąść fałdów. I słowa dotrzymał. Zwłaszcza z tym przysiadaniem fałdów, czego ponoć solennie dopilnował.  Nie ukończyłem pierwszego semestru i porzuciłem uczelnię jeszcze przed sesją egzaminacyjną. Nie nauczyłem się na niej łaciny. Dzięki magistrowi Wilczyńskiemu pozostał jednak we mnie duży sentyment dla tego języka. Nie zdawałem sobie nawet sprawy jak duży. Swego czasu usiłowałem nawet uczyć się go samodzielnie, co jednak chyba przerosło moje możliwości, ale świadczy o tym co w nas zaszczepił pan profesor Wilczyński. W latach dziewięćdziesiątych doszła mnie informacja, że Profesor Wilczyński ma już skrót dr przed nazwiskiem i jest szanowanym autorem uniwersyteckiego podręcznika do łaciny. Bardzo się z tego cieszę.

Dziwne. Bardzo lubiłem starocerkiewno-słowiański, mimo moich przygód ze „Słowem o pułku Igora”. Bardzo mętnie pamiętam zajęcia z tego przedmiotu prowadzone chyba przez opiekunkę roku. Jej tytuł naukowy, imię i nazwisko nie ostały mi się w pamięci. Ale majaczy mi przed oczami jej sympatyczna twarz.

Nikogo innego z wykładowców nie zapamiętałem, tak jak i żadnego przedmiotu poza wymienionymi. No, byłbym niesprawiedliwy gdybym nie wspomniał naszego dowódcy kompanii z sekcji wojskowej! Sekcja wojskowa mieściła się chyba gdzieś w głównym budynku, a poziom wykładowców nie odbiegał od tych z SN-u. Nasz dowódca w stopniu kapitana, był drobnym chudym i bardzo niskim człowieczkiem, z wymową zaciągającą mocno na modłę białostocką. Brak wzrostu nadrabiał, na ile pamiętam, wielką, niemal sowiecką, wojskową czapą (być może była normalna i regulaminowa, ale przy jego mizernej posturze wyglądała na olbrzymią). Jego personaliów niestety już zapomniałem. Zapamiętałem natomiast wspaniałą gafę jaką strzelił wobec pełnych trzech kompanii. Zgoniono nas w kilkuset chłopa na jakiś film szkoleniowy do wielkiej auli w głównym budynku. Obok klasycznej mównicy stał ekran, a za naszymi plecami jakiś facet dłubał coś przy projektorze, wychodząc co chwila i konsultując to z innymi fachowcami. Czekaliśmy chyba z godzinę, gdy na salę zdecydowanym krokiem wszedł nasz kapitan i wstąpił na mównicę. Już ten widok był dość komiczny, bo ponad mównicę wystawała mu zaledwie część twarzy i ta jego wielka czapa. Wszystko to przebił jednak wygłoszony przez niego komunikat: „Panowi! Fil’ma nie bendzi bo episkopat wysiadł!” Krztusiliśmy się ze śmiechu. Takich gaf nasz kapitan popełniał więcej, niestety nie utkwiły mi w pamięci.

Moje studia zakończyły się dość raptownie i niespodziewanie. Na Święta Bożego Narodzenia obchodzone u nas zawsze bardzo rodzinnie pojechałem do domu, do Łomnicy. Nic nie pamiętam z tych Świąt, ani z późniejszych wydarzeń i wszystko znam z cudzych opowiadań, głównie Joli. Gdzieś koło Nowego roku poczułem się bardzo kiepsko, miałem wysoką gorączkę i nie kontaktowałem, chwilami tracąc przytomność. Nikogo poza moją siostrą nie było w domu, nie bardzo wiem dlaczego. Przy mierzeniu mi temperatury wpadła w panikę. Nie wiem ile miałem stopni, ale według niej skala poczciwego termometru rtęciowego po prostu skończyła się. Do tego majaczyłem coś bredząc od rzeczy. Zrobiła mi zimne okłady na łeb (śniegu na szczęście było pod dostatkiem) i zadzwoniła na pogotowie. Jakaś pani znudzonym głosem spytała, czy pacjent oddycha i daje oznaki życia. Na oburzenie Joli odpowiedziała, że mają poważną epidemię i karetki wysyłają tylko do umierających. Podyktowała receptę telefonicznie i powiedziała, że ten zestaw leków wydadzą jej bezproblemowo i za darmo w każdej aptece. Okazało się, że jesteśmy w epicentrum poważnej epidemii azjatyckiej grypy, nazwanej na Zachodzie grypą Hongkong i w Jeleniogórskim ogłoszono stan klęski żywiołowej. Zaczęła się u nas ta epidemia od Wietnamczyków, którzy w Jeleniej Górze, czy w Karpaczu, mieli gdzieś ośrodek przygotowujący do nauki w Polsce.Tak więc więc ta grypa w Polsce powinna się raczej nazywać Hanoi. Do Łomnicy z tego ośrodka było podobno tylko jakieś z 5 kilometrów. Chyba z tydzień byłem nieprzytomny, a później bardzo powoli dochodziłem do siebie. Praktycznie do sesji egzaminacyjnej na przełomie stycznia i lutego. Nie miałem już ochoty na jakieś przesuwanie egzaminów, dziekanki i tym podobne operacje. Po prostu zrezygnowałem ze studiów.