Mama

            Pochodziła z bardzo znanej i zasłużonej rodziny Śniadeckich herbu Leliwa, w prostej linii od Jędrzeja Śniadeckiego, poprzez jego syna Józefa i wnuka Kazimierza. Na jego prawnuku, a moim Dziadku Romanie ta linia się skończyła. Mama urodziła się w Warszawie, 28 maja 1914 roku, w prywatnej klinice w Alejach Jerozolimskich, tuż obok hotelu „Polonia”. Kilka pierwszych miesięcy życia spędziła w kamienicy będącej ongiś własnością rodziny (Zaniewskich), stojącej za hotelem „Polonia”, trochę za rogiem Dziczej bodajże, a dziś już nieistniejącej. Wczesne dzieciństwo spędziła w majątku Dziadka – Kościukowiczach pod Mozyrzem. Zachowało się jedno jedyne zdjęcie z tamtego okresu. Mała dziewczynka w olbrzymim fotelu zaadoptowanym na łóżko na czas choroby. Rewolucja i wojna polsko-sowiecka definitywnie skończyły ten świat.

          Początków rodziny Śniadeckich nie zdołałem dokładnie do końca wyśledzić. Jednak już od dziecka towarzyszyły mi w różnych publikacjach, w zależności od obowiązującego etapu, rozmaite życiorysy słynnego pradziadka Jędrzeja. W zależności od tych obowiązujących trendów był: a to synem ubogiego wiejskiego organisty, a to pospolitym wójtem, więc kimś uczciwego klasowo, chłopskiego pochodzenia. Rzeczywiście jego ojciec był wójtem, tyle że miasta Żnina, a że miasto było prywatne to zarządzający nim był nie mieszczaninem lecz szlachcicem. Ze szlachty pochodziła też matka Jędrzeja Franciszka z Giszczyńskich. Udokumentowane pisane ślady rodziny Śniadeckich herbu Leliwa sięgają początków XVII wieku. Nie mam pojęcia jakie były ich związki z Litwą jednak Jan Śniadecki był członkiem Litewskiego Rządu Narodowego. Zgodnie ze Statutami takiej funkcji nie mógł pełnić ktoś kto nie był w Litwie bene natus et posesionatus. Pan Karpicz z Jaszun, znawca dziejów rodziny Śniadeckich, twierdził że ten awans Jana to była osobista decyzja Napoleona, po jego wizycie na Uniwersytecie Wileńskim. Było to jawne złamanie Statutów Litewskich, ale chętnych do kwestionowania decyzji Imperatora nie było.

            Jan wprawdzie urodził się w pod Żninem, ale mógł mieć też z Litwą jakieś powiązania rodzinne. Świadczyłaby o tym anegdota przytoczona w pamiętnikach Karczewskiego, a powtórzona przez Jankowskiego i Sawicza, dotycząca przemarszu wojsk napoleońskich przez Litwę:

„W Remikiszkach mieszkali Śniadeccy. Sam staruszek oczekiwał z niecierpliwością i przychylnością wielką Francuzów. Przyszli nareszcie. Śniadeckiego witającego ich od progu perrorą uroczystą precz odepchnęli i rzucili się rozbijać zamki szaf i kantorków. Tedy gospodarz, nie straciwszy przytomności umysłu, zaczął sam z nimi mieszkanie plądrować i wsypywać pieniądze do własnych kieszeni. Maruderzy sądząc, że to jeden z towarzyszów, dali mu uratować część mienia.” [W: Jankowski („Powiat Oszmiański”, Petersburg 1896 s. 83 i 84).Także w: Czesław Sawicz „Zanim czas pochłonie” przypis 17 str.132]

          Ta zapobiegliwość w gromadzeniu i chronieniu własnego mienia była także bardzo charakterystyczna zarówno dla Jana, jak i dla Jędrzeja. Zwłaszcza dla Jędrzeja, który bardzo skrzętnie powiększał rodzinną fortunę, nie tylko pracą, ale i pieniactwem. Jego potomkowie byli już nieco mniej zaradni w gromadzeniu dóbr za to bardziej sprawni w ich trwonieniu. Tu właściwie należy zacząć od strzępów historii życia mego Dziadka, tyleż barwnej co kontrowersyjnej. Trochę zachowanej w tradycji ustnej, częściowo wydedukowanej z opowiadań Jego i Mamy, trochę skonfrontowanej z nielicznymi znanymi mi pamiętnikami i literaturą. Nie są to anegdoty budujące, chociaż niewątpliwie zbliżone do prawdy. Już mój pradziad Kazimierz znany był w rodzinie z namiętności do kart i hożych służących. Jedno i drugie mocno nadszarpnęły sporą fortunę, która jeszcze mu pozostała po zapobiegliwości przodków. Zachowały się w ustnej tradycji rodzinnej następujące relacje: Pradziad Kazimierz zjechał kiedyś do Wilna czwórką koni, pożyczonych od swego serdecznego przyjaciela, Ludomira Oskierki. Koni jakichś wyjątkowych i będących dumą tego ostatniego. W trakcie sesji karcianej, bodajże w Resursie Kupieckiej, mój pradziad przywitał wchodzącego na salę Oskierkę gromkim: „Ludomirze! Przegrałem twoje konie!”. Anegdota jak anegdota, nic szczególnego, gdyby nie jej dalszy ciąg. Gdzieś w połowie lat sześćdziesiątych moja siostra, przy ognisku w Kortowie opowiadała tę historyjkę. Gdy doszła do wypowiedzi pradziadka, ktoś spoza kręgu siedzących tuż przy ogniu, donośnie za nią zakończył: „Ludomirze, przegrałem twoje konie!”. Okazało się, że ta opowieść przetrwała w obydwu rodzinach, a ów dopowiadający to jeden z najmłodszego pokolenia Oskierków. Incydent ten nie zmienił nic w ich przyjaźni i Ludomir w 1882 roku został ojcem chrzestnym mego Dziadka Romana (chrzestną matką była Karolina Derwitt).

     Inną historie opowiadała moja Babka (druga żona Romana) Janina, nie bez odrobiny złośliwej satysfakcji. Otóż przy niespodziewanym powrocie Babci Adeli, sypialnię Kazimierza opuściła oknem jedna e służących, tak pechowo jednak, że złamała nogę. Kosztowało to jakąś krowinę i kawał ziemi, ponoć zresztą nie po raz pierwszy. Babcia Adela miała w końcu tego dość, bo wybryki Kazimierza zaczęły uszczuplać i jej posag. Zwołany sąd rodzinny pradziadka ubezwłasnowolnił. Okazało się jednak, że bez hazardów żyć nie potrafi i wkrótce potem zmarł. (O tyle to nieprawdziwe, że według Dziadka, zmarł na skutek zakażenia krwi, po jakimś prozaicznym zabiegu wykonanym przez miejscowego cyrulika).

        Babcia Adela (z Sulistrowskich) pozostała sama z dwoma synami, starszym Henrykiem i młodszym Romanem, gospodarząc na resztkach (całkiem sporych) majątku, którego główną częścią była Słoboda pod Mozyrzem. A dzięki tej okoliczności, jak również dzięki przyjaźni krewnej Dziadka, Jadwigi Skirmuntt, z Marią Rodziewicz, wkroczył on nieświadomie do literatury. Książki Marii Rodziewicz towarzyszyły mi od dziecka. Jestem głęboko przekonany, że większość z nich ma swe źródło w rzetelnej obserwacji życia na Polesiu, że opisuje autentycznych ludzi i ich przejścia, nieznacznie tylko zmieniając nazwy, nazwiska i okoliczności. Mam też podstawy do przypuszczeń, że konstrukcje przynajmniej dwu z Jej książek oparte są częściowo na prawdziwych zdarzeniach z życia mego Dziadka. Jedną z nich jest „Dewajtis”, historia dwu braci, z których jeden jest wyraźnie faworyzowany przez matkę, a drugi musi sam przebijać się przez życie. Jest to żywcem przeniesiona w literaturę historia Henryka i Romana Śniadeckich. Roman po śmierci Ojca musiał porzucić naukę w Dublanach i zająć się gospodarzeniem w majątku rodzinnym – Słobodzie. Po konflikcie z bratem (nigdy nie dowiedziałem się na jakim tle) Roman opuścił Słobodę zabierając z sobą dubeltówkę, psa myśliwskiego, oraz szkapę wożącą „na dożywociu” wodę do ogrodu, i pieszo poszedł do swoich Kościukowicz. Szkapa nie doszła i padła gdzieś po drodze. W odróżnieniu od sytuacji literackiej nie miał przy sobie wiernego Rymko Ragisa, czy zaprzyjaźnionego zaścianka. Sytuacja w Kościukowiczach przypominała z kolei „Czahary”. Np. Żyd – dzierżawca, który zrujnował zabudowania i zanim opuścił Kościukowicze wyprzedał i puścił w dzierżawę co mógł. Nawet okna we dworze wymontował wraz z futrynami. Umowę zawarł z Henrykiem i mój Dziadek przez rok jeszcze mieszkał w Mozyrzu zanim osiadł na swoim, dorywczo gdzieś pracując. Po wygaśnięciu tej umowy Dziadek zamieszkał w ruinie i w ciągu kilku lat, nie bez pomocy krewnych (w tym pewnie i Skirmuntów) oraz Ludomira Oskierki, swego Ojca chrzestnego, doprowadził majątek do kwitnącego stanu. Henryk Słobodę podobno (według relacji Mamy) zrujnował i już w czasie wojny zmuszony był ją sprzedać (dodajmy – z dużym zyskiem). Bracia pozostali skonfliktowani do końca swoich dni (co nie przeszkodziło Henrykowi być jednym ze świadków na ślubie Dziadka w 1912 roku, zdaje się, że konflikt narastał raczej w miarę upływu lat). Zabawny, niczym u Fredry, był finał historii owej ogrodowej szkapy. Tuż przed wojną Dziadek otrzymał pozew sądowy o przywłaszczenie tejże, w którym wyceniono ją jak czempiona czystej krwi. Bomby niemieckie trafiając w kancelarię adwokacką definitywnie rozwiązały tę przynajmniej sprawę. Narysowałem całą tę sytuację bardzo skrótowo i na dodatek jednostronnie, jako że znam ją tylko z relacji Dziadka i Mamy. Oczywiście tego rodzaju opowieści rodzinne nie są powodem do chwały, ale uważam że stanowią część historii i nie można tak całkowicie ich pomijać. Charakterystyczne, że we wspomnieniach Kieniewicza „Nad Prypecią dawno temu…” autor nie wymienia praktycznie mego Dziadka, mimo iż opisuje podróż jego statkiem i wsiada na tenże statek w dziadkowych Kościukowiczach. Cóż – przyjaźnił się z Henrykiem, a Romana wyraźnie nie lubił.

         Cały ten konflikt między braćmi mitologizował się coraz bardziej wśród Jego potomków z upływem lat, zwłaszcza po śmierci Dziadka. Tak naprawdę Henryk utrzymywał z Romanem kontakt przynajmniej korespondencyjny, o czym świadczy bardzo serdeczna kartka, wysłana krótko przed śmiercią Henryka w połowie lat pięćdziesiątych. Zaczynała się od słów: „Serdytyj bracie…” Roman był typowym „żubrem”, który milczał i dusił w sobie wszystkie kłopoty i przeciwności losu, nie okazując nawet zniecierpliwienia, by wybuchnąć nieoczekiwanie i niewspółmiernie, z powodu zupełnie nieistotnego głupstwa. Wiem coś o tym, bo tę niemiłą cechę chyba po Nim odziedziczyłem i całe lata pracowałem ciężko by ją u siebie wykorzenić. Z opowiadań wiem, że pod koniec życia, w takich momentach wyładowania, nie mając nikogo pod ręką, zrywał z głowy czapkę i z furią ją deptał i kopał. Sam tego nie widziałem, brzmi to śmiesznie, ale myślę, że za czasów jego młodości, przebywanie w jego zasięgu podczas wybuchu złości, nie było zbyt bezpieczne. Nagabywany przez nas w dzieciństwie o opowiadanie jak doszło do konfliktu z bratem, tak opowiadał całą historię: Leżał zmęczony po jakiejś ciężkiej pracy na łóżku a Henryk mu się z czymś naprzykrzał. „Henryk, jak ja wstanę, to ty się położysz!” warknął w końcu. „No i co Dziadku, co było dalej?” pytaliśmy zaciekawieni. „A no nic – położył się”. I jak pamiętam, tylko tyle dało się z Niego wyciągnąć na ten temat.

         W ogóle nie pamiętam jego opowiadań o własnym dzieciństwie. Chyba unikał tematu. Po jakimś moim pytaniu o modę w zamierzchłych czasach (bardzo intrygowały mnie kontusze), opowiedział w kilku zdawkowych zdaniach o strojach pamiętanych z dzieciństwa Urodził się w roku 1882 a więc nie tak znów długo po Powstaniu Styczniowym i dobrze pamiętał mężczyzn chodzących na co dzień w czamarach i konfederatkach. Kontuszy już nie noszono, bo był to strój polski, a więc oficjalnie zakazany. Jednak w poleskich błotach, w dworkach zagubionych w głuszy, zdarzali się starcy, do których carski ukaz nie dotarł i nadal nosili się po dawnemu Jak opowiadał, kilku takich miał zaszczyt znać jako dziecko. Drugie jego opowiadanie z dzieciństwa, z okresu kiedy był już około dziesięcioletnim wyrostkiem, dotyczyło nietypowego polowania na wilki. Otóż było to legendarne „polowanie z prosiakiem” o którym wielokrotnie mówiono, że to tylko takie myśliwskie bajanie. Polowanie odbywało się na terenach kozackich, gdzieś w południowo-wschodniej Ukrainie. Wyjechali daleko w step z chutoru, otoczonego niczym fort częstokołem, w kilka par sań. Na jednych z nich trzymano w worku wieprzka, brutalnie zmuszanego do kwiczenia. Po jakimś czasie zauważono na horyzoncie ciemne punkciki – wilki. Konie zaczęły się płoszyć i chrapać, a że punkcików przybywało w dość szybkim tempie, zawrócono i zaczęto zupełnie wariacką jazdę w kierunku chutoru. Goniące ich stado było potężne, jak Dziadek po latach oceniał, dobre kilkaset sztuk i chyba mocno wygłodzone. Zaczęto strzelać z dość dużej odległości, co zatrzymywało stado na moment, zawsze jednak inna jego część podejmowała pościg. Zaczęło się robić niebezpiecznie, wyrzucono z sań nieszczęsnego prosiaka i w zasadzie w ostatniej chwili udało im się wjechać do chutoru i zatrzasnąć wrota. Zza częstokołu zastrzelono jeszcze kilkanaście sztuk. Zysk z polowania był żaden. Na drugi dzień objechano teren łowów i w miejscu gdzie zraniono, czy zastrzelono jakiegoś wilka znaleziono jedynie krwawe plamy, Z prosiaka też pozostał tylko krwawy ślad. Zagłodzone stado rozszarpywało rannych i zabitych towarzyszy. Jak Dziadek mówił, w późniejszych latach już nie organizowano takich polowań, widocznie zabrakło dużych stad wilków, i to był ten pierwszy i ostatni raz, kiedy uczestniczył w takim polowaniu.

      Bardzo dobrze Go pamiętam, bo mieszkał razem z nami w Osowie w latach pięćdziesiątych. Był wysokim, kościstym mężczyzną, z krótko przyciętymi wąsami i starannie ogoloną głową. Ruchy miał dość wolne, wyważone, dużo palił, sam skręcając sobie zręcznie papierosy. Palił je zawsze w cygarniczkach, szklanych, lub własnoręcznie robionych z wiśniowego drzewa. Zawsze zdumiewało mnie, że miał tak niesamowity autorytet, nie tylko u rodziny. To, że Mama, skądinąd domowy satrapa i kobieta pozornie twarda jak krzemień, stała przed Nim nieomal na baczność, można tłumaczyć wychowaniem, ale tak samo zachowywali się wszyscy Jego rozmówcy, nawet zupełnie obcy. Nigdy nie słyszałem, żeby podnosił głos. Wszystkich traktował poważnie, z szacunkiem, nawet takiego szkraba jak ja. Toteż kochaliśmy Go bardzo, nie wiadomo dlaczego bojąc się Go bardziej niż diabła. Spotkałem w życiu kilku takich ludzi, właśnie z Jego pokolenia, którzy samą swą obecnością, nic w zasadzie nie robiąc, narzucali niejako automatycznie wszystkim swój autorytet. I było to zupełnie naturalne, niewymuszone.

         Z czasem zniedołężniał bardzo, praktycznie nie wstawał z łóżka i wymagał stałej opieki. Babcia Janka nie dawała sobie sama rady i pomagała jej moja starsza siostra Jola. Był trudnym i ciężkim pacjentem. Zmarł na początku lat sześćdziesiątym w zakładzie dla przewlekle chorych w Pucku i tam został pochowany. Z Jego grobem wiąże się dość przykra historia. Przed wyjazdem do pracy w Kazachstanie w 1995 roku, pojechałem upewnić się, czy opłaty za grób są wniesione. Cmentarz parafialny znajdował się w centrum miasta, nagrobek Dziadka z napisem „Ostatni prawnuk Jędrzeja Śniadeckiego” trzeci lub czwarty z lewej strony przy wejściu od strony fary. Po przeciwnej stronie cmentarza skromna, ziemna mogiła Ludwiki Zaniewskiej ze Śniadeckich, mojej ciotecznej babki, w której za młodu kochał się jej kuzyn, późniejszy znany kompozytor, Mieczysław Karłowicz. Pracownik parafii zapewniał mnie gorąco, że wszystko jest opłacone i mogę się nie martwić, na wszelki wypadek zostawiłem mu jednak domowy numer telefonu i adres do korespondencji. Wprawdzie na początku był dość niegrzeczny i arogancki: „Przyjeżdżacie z całego świata tu umierać!”, ale potem aż nazbyt gorliwy i usłużny, toteż po powrocie jeszcze raz pojechałem wszystko sprawdzić. Grobów nie było, a na ich miejscu pyszniły się okazałe nagrobki miejscowych nowobogackich. Nikt w parafii nie potrafił powiedzieć co się z nimi stało, ani dlaczego. Ksiąg nie można było odnaleźć, bo podobno poprzedni pracownik narobił strasznego bałaganu. Najdelikatniej mówiąc spławiono mnie. Ostatni raz w życiu byłem w Pucku i będę miał do jego mieszkańców zawsze wielki żal, a zwłaszcza do proboszcza puckiej fary, której ten cmentarz podlegał.

           Wysłuchałem swego czasu pięknej audycji o Janie Karłowiczu, ojcu Mieczysława Karłowicza, bodajże na RMF Classic. Wynoszono pod niebiosa jego zasługi dla polskiej kultury, szczególnie dla środowiska muzycznego Krakowa. Niewątpliwie wielkie i co istotne, a co w audycji mocno podkreślono, bardzo kosztowne. Wspomniano też o tej wielkiej miłości jego syna do swej kuzynki. Jednak, wbrew wciąż utrzymywanej i przytoczonej w tejże audycji opinii, to nie bliskie pokrewieństwo było przyczyną dla której rodzina nie dopuściła do tego małżeństwa. Nie takie rzeczy widziały rodziny kresowe, a dyspensa z Rzymu była do załatwienia. Sedno rzeczy leżało w tym, że Jan Karłowicz był marnym gospodarzem, a pieniądze na swe pasje wydawał dość lekką ręką. Wkrótce, gdy zabrakło mu własnych pieniędzy sprzedał swój majątek Podzitwę, a potem sięgnął po posag żony (prawdopodobnie zresztą za jej zgodą) i w roku 1884 sprzedał klucz Wiszniew Rosjaninowi, hrabiemu Butieniew – Chrieptiewowi. Wiszniew nie był zwykłym majątkiem, ale główną siedzibą rodową tej linii Sulistrowskich od 1596 roku. Lata osiemdziesiąte XIX wieku to okres wyjątkowego nasilenia procesu rusyfikacji i represji popowstaniowych. Polak na Kresach, który stracił majątek, tracił go definitywnie, bez możliwości odzyskania go, ze względu na ostro egzekwowany zakaz sprzedaży ziemi Polakom. W związku z tym sprzedaż ziemi w ręce rosyjskie była powszechnie uważana za zdradę i zaprzaństwo, i słusznie. Wobec osób, które się tego dopuściły stosowano ostry towarzyski bojkot i najczęściej jedynie najbliższa rodzina utrzymywała z nimi jakieś kontakty, najczęściej dość ograniczone. Niestety, ten bojkot niechcący dotykał także i dzieci. Skoro rodzice byli odrzuceni w towarzystwie, to nie byli przyjmowani w domach, na balach i wizytach, nie utrzymywano z nimi żadnych kontaktów, a więc nie mogli też wprowadzać swoich dzieci w okoliczny ziemiański świat, ograniczając tym samym ich możliwości zakotwiczenia się w tym świecie, tudzież ożenku w swojej sferze. Doświadczyła tego także moja Mama, w znacznie mniejszym stopniu, bo i skandal obyczajowy jakiego dopuścił się Dziadek Roman, był czymś znacznie mniejszym od win Jana Karłowicza, a i czasy były już nieco inne. Jedynym oparciem w takim wypadku była najbliższa rodzina. Na ile pamiętam z opowiadań Mamy, Mieczysław Karłowicz w zasadzie wychowywał się w domu swojej ciotki, Adeli z Sulistrowskich Śniadeckiej, stąd też ta jego bardzo bliska znajomość od wczesnego dzieciństwa ze swą kuzynką Ludwiką, a także kontakty z moim Dziadkiem Romanem. Jako znany lekarz, jak wspominała Mama, leczył też podobno babcią Żenię, jeszcze przed jej małżeństwem z moim Dziadkiem. Babcia Adela wkroczyła w ten zarysowujący się związek kuzynów z właściwym sobie zdecydowaniem. Kolejny skandal, z kolei obyczajowy, choć niewielki, zaszkodziłby bardzo poważnie w zestawieniu z pierwszym, w oczach powszechnej opinii publicznej, całej rodzinie. Bardzo szybko, dla jej i kuzyna dobra, znaleziono Ludwice męża i tak została panią Zaniewską ze Śniadeckich. Do tragicznej śmierci syna, w drugiej połowie lat trzydziestych, byli zresztą bardzo udanym małżeństwem, później podobno oboje mocno zdziwaczeli. Mieczysław Karłowicz, mimo tej trudnej sytuacji, był jednak w domu Śniadeckich zawsze mile widziany i przyjmowany, aż do swej śmierci w Tatrach. Stosunki z jego rodzicami pozostały jednak bardzo chłodne, a w zasadzie to ich w ogóle nie było.

           To zdziwaczenie Zaniewskich można usprawiedliwić. Ich syn Bohdan po zakończeniu studiów i przed powrotem do kraju, odbywał z kolegą wycieczkę samochodem po Stanach. Podczas niej uległ śmiertelnemu wypadkowi 11 października 1935 roku. Jako dobry syn z każdego niemal postoju wysyłał kartki do rodziców. I te kartki przychodziły jeszcze długo po jego śmierci. W tak makabrycznej sytuacji trudno zachować normalność.

           Mama Kościukowicze pamiętała dość dobrze, mimo iż opuściła je mając zaledwie 5-6 lat. Drewniany dwór, z klasycyzującym gankiem i dwoma dobudowanymi po bokach prostopadle skrzydłami z których jedno stanowiła oficyna a drugie oranżeria, oczko w głowie Babci Żeni. Za skrzydłami rozciągał się sad owocowy, a za nim zabudowania gospodarcze. Od frontu był gazon z kwiatami oraz widok na stare zakole Prypeci i wieś Kościukowicze położoną za rozlewiskiem. Do wsi prowadziła aleja lipowa posadzona przez Dziadka. Na brzegu Prypeci Dziadek zbudował przystań dla swego „Amura” odbywającego regularne rejsy aż do Odessy. Sam majątek był wielki w hektarach (coś koło 10 tys.) ale ziemi ornej było tylko dwieście hektarów, a reszta to były głównie „lasy” oraz łąki zalewowe tzw. ługi. Lasy były bagienne i bardziej nadawały się do polowań na ptactwo wodne niż do jakiejś sensownej gospodarki leśnej, toteż Dziadek polował dużo i był świetnym strzelcem, a ługi dzierżawił chłopom na siano. Główny dochód przynosił „Amur” jeden z pierwszych handlowo-pasażerskich parowców na Prypeci i był to prawdopodobnie dochód niemały. Dziadka stać było na wyjazdy do Włoch i Egiptu, na bywanie z chorującą na płuca żoną w Belgii, Francji, Anglii i Szwajcarii. Jak na kresowego „żubra” widział ładny kawałek świata i jak na „żubra” był całkiem nieźle wykształcony. Dublan wprawdzie nie ukończył, ale sporo czytał i był nadzwyczaj pracowity. Z języków znał biegle francuski i niemiecki, słabo angielski (na tyle jednak, że mógł się swobodnie porozumiewać), szkolną łacinę i grekę, doskonale rosyjski. Oczywiście swobodnie mówił „miejscowymi” językami, tak białoruskim jak i ukraińskim. Jak pamiętam z dzieciństwa, trochę śmiesznie mówił po polsku, często wtrącając słowa białoruskie i rosyjskie, chociaż zupełnie bez wschodniego „zaśpiewu”. Literaturę polską znał świetnie, zarówno prozę jak i poezję, i nam dzieciakom, słabo jeszcze czytającym, godzinami opowiadał całego Sienkiewicza, Kraszewskiego i innych.

         Z Kościukowicz było blisko zarówno do Słobody, do Chomiczek Ludomira Oskierki, jak i do Mozyrza. Mama pamiętała kilka wizyt u Oskierków, jak i wyjazdy do kościółka (w Kościukowiczach? Chomiczkach?). Wydaje się, że wojna, która wybuchła kilka miesięcy po narodzinach Mamy, oszczędziła tamten rejon. Dziadka chyba zmobilizowano, bo niejasno pamiętam z dzieciństwa Jego opowieść o jakichś stepowych eskapadach wojennych razem z Kozakami, gdzieś pod Odessą i na Krymie. Zmobilizowany również „Amur” został przez Niemców zatopiony w 1915 roku gdzieś na Dnieprze. Całkowitą zagładę tego świata przyniosła dopiero rewolucja. Z papierów Dziadka pamiętam zaświadczenie z własnoręcznym podpisem Kiereńskiego, iż jest on delegatem rządu na okręg wileński i wzywa się lokalne władze do udzielania mu wszelkiej pomocy. Świstek ów zaginął na początku lat siedemdziesiątych i nie mam pojęcia czy był autentyczny, czy stanowił jedynie swoiste „zabezpieczenie” przed samowolą władz. Kościukowicze definitywnie opuścił, jak się wydaje, dopiero w czasie ofensywy bolszewickiej w 20-tym roku, wywożąc rodzinę do Szelig pod Warszawą, a które były własnością zaprzyjaźnionej serdecznie z rodziną Pani Wandy Jawornickiej. Przyjaźń zaczęła się w początkach wojny, kiedy przymusowo ewakuowani przez Rosjan z Szelig Jaworniccy, zmęczeni i zabiedzeni, przez przypadek znaleźli spokojną przystań właśnie w dziadkowych Kościukowiczach.

          Panią Wandę Jawornicką, „Babcię Nicką” pamiętam z dzieciństwa, kiedy kilkakrotnie odwiedzaliśmy ją z Mamą. To znaczy pamiętam nie tyle Ją, co wspaniałe gruszki w syropie, którymi mnie podkarmiała i przepiękne obrazy koni, była bowiem utalentowaną malarką. Malowała jednak jedynie konie i to tylko konie własne. Mieszkała wówczas we Włochach pod Warszawą, gdyż Szeligi rozparcelowano. Miały o dwa hektary za dużo (52) więc podlegały parcelacji – przyczynek do „sprawiedliwości ludowej”. Jej byli „pańszczyźniani” podobno opiekowali się Nią serdecznie do końca Jej życia, a po śmierci ufundowali piękny nagrobek. Pamiętam też z tych wizyt, mieszkającą razem z Nią siostrę Babci Żeni, Konstancję z Dobrowolskich, a w zasadzie to noszony przez Nią na palcu owalny sygnecik rodowy, chyba jej matki z domu Lewandowskiej, z herbem Ostoja, który mnie strasznie fascynował. Po śmierci „Babci Nickiej” przeniosła się do Wrocławia, do bliskich krewnych Zamorskich, gdzie zmarła pod koniec lat sześćdziesiątych.

     Do Kościukowicz Dziadek wrócił na krótko po polskim zwycięstwie, wraz z wojskami bodajże Sikorskiego. Dwór zastał zniszczony, miejscami wypalony do fundamentów. Ku jego zaskoczeniu zgłosili się do Niego „starsi” ze wsi (nie dworska, a chłopska) z informacją, że prawie wszystko z dworu uratowano przed bolszewicką grabieżą i jest to pochowane po chałupach, w każdej chwili do jego dyspozycji. Mimo ciężkiego, delikatnie mówiąc, charakteru, Dziadek był przez miejscowych lubiany i szanowany. Odzyskane niespodziewanie rzeczy załadował wraz z dobytkiem sąsiada na dwa wagony kolejowe i powierzył jego opiece, a sam, jak się wydaje, poszedł dalej wojować. Historia miała nieoczekiwany, bardzo polski finał: Już po wojnie ów sąsiad został jakimś dygnitarzem w województwie brzeskim. Dziadek zajechał do niego zapytać co się stało z jego dobytkiem, tak szczęśliwie uratowanym przez kościukowickich gospodarzy. Urzędnik ów przyjął go siedząc przy jego własnym biurku, w jego własnym fotelu (meble jeszcze przed pierwszą wojną zrobione na zamówienie Dziadka) i ze szczerym współczuciem oznajmił: „Wiesz, a te Twoje rzeczy to bolszewicy zagarnęli.” Dziadek rzucił coś cierpkiego i trzasnął drzwiami. Ów dygnitarz nosił, zdaje się (według Mamy), nazwisko Kuroczycki.

      Zaraz po wojnie bolszewickiej Dziadek krótko, coś około roku, był wicestarostą w Pińsku. Czasy były niespokojne. W czasie pościgu za bolszewicką bandą rabunkową „Muchy”, co należało do jego obowiązków jako wicestarosty, został ranny i do końca życia nosił bliznę na szczęce. Po tym wypadku, dzięki życzliwości swych krewnych – Skirmuntów, osiadł na dzierżawie w Białym Dworze będącym własnością wdowy po jednym z kuzynów (Henryku Skirmuncie) – Wandy Skirmunt, na stałe mieszkającej w Krakowie. Dzierżawa była w zasadzie symboliczna – w prowiancie. Słynne, corocznie wysyłane, „serki i powidła”, serdecznie znienawidzone przez Mamę. Biały Dwór, położony blisko Porzecza, posiadłości Romana Skirmunta, całkowicie zniszczono w czasie wojny. Zbudowany był (według Pana Aftanazego, byłego sekretarza Konstantego Skirmunta) w stylu włoskiej willi. Dziadek swe gospodarzenie rozpoczął od remontu jedynego pokoju na piętrze, który jako tako nadawał się do zamieszkania, następny w kolejności był dach i budynki gospodarcze. Gdy wyjeżdżał pozostawały jeszcze do remontu: parter z salą balową z pięknym, wzorzystym parkietem (z braku spalonego przez bolszewików spichrza bardzo długo trzymano w niej zboże) oraz oranżeria.

      Dziadek o swoich wojennych perypetiach nigdy nic nie wspominał. Te jakieś wzmianki o walkach w Odessie i na Krymie, czy też na Kubaniu, wespół z Kozakami, usłyszałem jako zupełny szkrab, podsłuchując jakąś rozmowę starszych. Nie mam zresztą pojęcia z kim Dziadek wówczas rozmawiał. Zupełnie nie wiadomo dlaczego skojarzyłem wówczas tę jego wzmiankę z wojną rosyjsko-japońską, która, jako żywo, do Kubania i Odessy nigdy nie dotarła. Kubań i Odessa – to Alieksiejew i Denikin, Krym to Wrangel, ale to wiem dzisiaj. Jak Dziadek się stamtąd wydostał, bo walczył na pewno przeciw czerwonym? Z Plisowskim przez całą Ukrainę? Z Żeligowskim do Czerniowiec? Bo przez Turcję na pewno nie, więc Wrangel odpada! Mama nie miała zielonego pojęcia o tej części życia Dziadka. To był temat tabu, także przed wojną. Teraz wiedząc nieco więcej (niewiele) o jego powiązaniach z Romanem Skirmuntem, nie tylko rodzinnych, ale i politycznych (Dziadek, deklarując się zawsze Polakiem, był zażartym „krajowcem”.) sądzę, że „zahaczył” i o „białych”, i o Armię Białoruską, a z pewnością miał z nimi jakieś związki. Wiele z tego to oczywiście jedynie moje spekulacje i domysły oparte na bardzo słabych przesłankach i nielicznych znanych mi faktach. Jak było naprawdę nigdy się już nie dowiem, chyba, że cud, lub przypadek. Do Mozyrza wkroczył (wg Mamy) z forpocztą armii Sikorskiego, a w awangardzie tej armii szły, na ile pamiętam, oddziały białoruskie Bułak-Bałachowicza. Na wizytę w Kościukowiczach dostał trzy dni urlopu, potem poszedł dalej. Kiedy po wojnie bolszewickiej został wicestarostą w Pińsku, nadal walczył z czerwonymi bandami do czasu gdy został ranny w starciu z bandą „Muchy”. Kiedy osiadł u Skirmuntów w Białym Dworze rządcami u Niego byli zawsze jacyś „biali”. Pierwszy, wspominany przez Mamę, którego nazwiska już nie pamiętam (wg. pamiętnika ciotki Romy nazywał się Honczar), był chyba Białorusinem od Bałachowicza, drugi był petlurowcem. Mama pamiętała tego ostatniego dobrze, bo pięknie śpiewał (to on ją nauczył „Szcze ne umerła Ukraina…” i wielu innych, ukraińskich pieśni) i nosił charakterystyczne nazwisko Kijaszko. Maleńka, kilkuletnia Grażynka, zwracając się do niego z jakąś prośbą, a słabo jeszcze pamiętając nazwisko, rozpoczęła od: „Panie Patyczek…! Panie Patyczek…! Na szczęście Pan Kijaszko miał poczucie humoru, Grażynka była i pozostała nadal jego ulubienicą, ale jej zabawna gafa trwale zapisała się w rodzinnej pamięci.

       Było czymś normalnym w tamtych czasach, że w miarę możliwości zatrudniano byłych towarzyszy broni, umożliwiając im jakąś możliwość przeżycia. Jak mi się wydaje, rządca z Porzecza, Alieksiejew, też mógł być Białorusinem. „Białym” oficerem, jak wynikało ze wspomnień Mamy, był na pewno. Pewnym znikomym śladem Dziadka antysowieckości, a także miarą zaufania władz, był fakt, że gdy po rozstaniu się z Białym Dworem i Skirmuntami przeniósł się na leśniczówkę Białowiż-Sobiczyn to zainstalowano mu telefon „towarzyski”, który współdzielił z… placówką KOP-u. Babcia Janka, która była zawsze wścibska i ciekawska, nagminnie te rozmowy pograniczników podsłuchiwała, do czego kiedyś przy wspominkach się szczerze przyznała. Chyba dzięki temu też ocaleli. Babcia Janka podsłuchała meldunek placówki o sowieckim ataku i przekroczeniu granicy przez Armię Sowiecką. Natychmiast powiedziała o tym Dziadkowi. Dziadek kazał spakować osobiste rzeczy, tyle co się da zabrać na grzbiet i razem z córkami, częściowo pieszo, częściowo pociągiem i „okazjami”, uciekli do Szelig, do Jawornickich. Dobrze wiedział co może ich spotkać gdyby zostali – sowieci byli pamiętliwi i mieli długie łapy.

        Tymczasem w latach dwudziestych życie po wojnie bolszewickiej powoli się normowało. Córki mego Dziadka, w tym moja Mama, chowały się dość dziko, wedle dość dziwnych pojęć Dziadka o wychowaniu. Latem pobudka o świcie, na tarasie wiadro lodowatej wody na głowę i marsz do wyznaczonych zajęć. Po nich pełny luz i swoboda. Toteż Mama niezbyt mile wspominała wizyty składane krewnym, głównie Skirmuntom, podczas których trzeba było się wbić sztywno w świąteczne szatki i zachowywać jak na przyzwoite panienki przystało. Była kilka razy u Skirmuntów pińskich (albrechtowskich), u Konstantego Skirmunta w Mołodowie, często bywała z Dziadkiem u Romana Skirmunta w Porzeczu nad Jasiołdą. Pamięta kucharza, który łowił tam ryby bezpośrednio z tylnych, kuchennych schodków siedziby, dotykającej rzeki. Bardzo lubiła siostrę Romana – Helenę. Lubiła też bardzo Ala Skirmunta, syna Henryka i Wandy, który bywał w Białym Dworze. Jak wspominała nie miał tej sztywności Skirmuntów, która Ją mocno raziła. (Z pewnością zaważyła na tym Jej stosunku różnica wieku, w odniesieniu do starszego pokolenia Skirmuntów olbrzymia. No i pewnie rola ubogiej krewnej też miała na to wpływ.). Al zakończył życie tragicznie, gdy pojechał kupować w Warszawie samochód. Znaleziono go zamordowanego w pokoju hotelu „Bristol”. Nic nie zginęło, więc raczej nie był to mord rabunkowy. Sprawy nigdy nie wyjaśniono.

        Życie w Białym Dworze nie tylko normowało się, ale i komplikowało. Babcia Żenia od młodości ciężko chorowała na gruźlicę. Jest w tym jakaś ironia losu, bo ojciec Babci Żeni, Eugeniusz Dobrowolski, herbu Doliwa, był lekarzem i właścicielem sanatorium przeciwgruźliczego w Meranie w Szwajcarii. I on i jego żona (Maria z Lewandowskich herbu Ostoja, mama babci Żeni) zmarli właśnie na gruźlicę. Dla opieki nad Babcią Żenią najpierw najmowano pielęgniarki, a później przyjechała się nią opiekować, jej kuzynka, Janina Dobrowolska, primo voto Jaxa-Bykowska, co spowodowało cały szereg niezbyt szczęśliwych następstw, o czym nieco dalej.

         Babcia Żenia była wyjątkowo piękną kobietą i od początku była to wielka miłość. Starając się o jej rękę Dziadek obsypywał ją kwiatami i prezentami. O mały włos do ślubu by jednak nie doszło. W pamiętniku ciotki Romy zachował się opis Dziadkowego wyjazdu na tę uroczystość, który znam z opowieści z dzieciństwa. Dziadek jechał karetą, która przewróciła się na brodzie pod Mozyrzem. Rzeka raptownie wezbrała po jakiejś gwałtownej burzy i Dziadkowa obecność na całej imprezie stanęła pod znakiem zapytania. Szczęśliwie nic się nie stało, tyle, że wszyscy przemokli doszczętnie. No i okazało się, że po osuszeniu ślubny strój Dziadka zbiegł się potężnie i nie można go było w niego wbić. Krawiec, który go szył, użył jakiegoś kiepskiego materiału, słusznie rozumując, że będzie to strój jednorazowego użytku, a świeżo upieczony pan młody i tak się w tym nie połapie. Kąpieli w nim jednak nie przewidział i Dziadek musiał wystąpić w kościele w pożyczonym naprędce ubraniu. (Stało się to jakąś rodzinną tradycją: Przed moim cywilnym ślubem zdecydowałem się w ostatniej chwili przeprasować jeszcze spodnie od garnituru i w rozgardiaszu zostawiłem na nich gorące żelazko. Na szczęście Bogdan, szwagier mojej przyszłej żony, miał na sobie prawie identyczne. Zamieniliśmy się błyskawicznie i tak jak mój Dziadek, wystąpiłem w pożyczonych spodniach. Tylko Bogdan przez całą uroczystość zmuszony był trzymać dłoń na przypalonym miejscu, tuż nad kolanem.)

            Rodzina Dobrowolskich była chyba jednak trochę pechowa. Babcia Żenia miała dwu braci: Henryka i Wacława. Henryk zakochał się bez pamięci w sowieckiej komisarce i w dwudziestym roku przeszedł za nią na sowiecką stronę. Jego działalność, i prawdopodobnie życie, skończyły się w latach trzydziestych. Wacław, osiadły w rodowych Laskowiczach, po wojnie bolszewickiej zajmował się jakimiś niejasnymi interesami. Jakimś przemytem na stronę sowiecką i z powrotem, no i ponoć miał jakieś konszachty z polskim wywiadem. Znam dwie wersje jego śmierci podane mi przez Mamę – jedna „poprawna”, że zginął na Sołowkach (być może pomyliła go z Henrykiem), druga, że wpadł przy przekraczaniu polskiej granicy i zmarł na zawał serca na posterunku policji. Ta druga jest znacznie bardziej prawdopodobna, chociaż nic nie mówi o przyczynie zawału, możliwe, że ów „zawał” go dopadł, zanim zdążył się wytłumaczyć i powołać na współpracę z wywiadem. Tę drugą wersję potwierdziły (pośrednio) p. Wanda Klott de Heydenfeldt i p. Pałucka (blisko spokrewnione z Dobrowolskimi). Po śmierci pierwszej żony, Katarzyny z Lewandowskich (jak się te spowinowacone i spokrewnione rodziny wszędzie na Kresach powtarzają) Wacław ożenił się ze swą wieloletnią gospodynią Sokołowską – po jego śmierci ona odziedziczyła majątek. To może by jej darowano, ale zagarnęła też wszystkie pamiątki rodzinne i tego rodzina nie mogła jej wybaczyć. Poprzez Wacława, do połowy lat dwudziestych, Babcia Żenia otrzymywała rzadkie listy od Henryka. Po przeczytaniu jednego z nich, sławiącego sowiecką rzeczywistość, sowiecki dobrobyt itp bzdury, Dziadek wpadł w furię i zakazał Babci Żeni wszelkich kontaktów z bratem. Śmierć Wacława i tak w końcu przerwała te rzadkie kontakty. Dziadek okazał się zresztą w tej sprawie człowiekiem wyjątkowo naiwnym i bezmyślnym. Gdyby sowieci dorwali kuriera przemycającego do Polski list przedstawiający prawdziwą sytuację w Sojuzie, nie miałby on żadnych szans na ocalenie. Przy peanach na cześć sowieckiego ładu taka minimalna szansa teoretycznie istniała. Dziadek zupełnie tego nie zrozumiał.

         (Po kwerendzie w internecie trochę zmieniłem zdanie. Dziadek znacznie lepiej znał i rozumiał Henryka Dobrowolskiego i jego rewolucyjne ciągoty, miał także w tej sprawie stuprocentową rację. Wątek romantyczny przejścia Henryka na stronę sowiecką był chyba stworzony głównie na użytek rodziny i znajomych – osłabiał odium zdrajcy, jakim prawdopodobnie jednak był. Przeżył Wacława o kilka lat, przetrwał czystki po śmierci Lenina z połowy lat dwudziestych, przetrwał także kolejne, chociaż prawdopodobnie w łagrze. Został rozstrzelany 1.10.1938 roku przypuszczalnie na fali porachunków z „jeżowszczyzną” jako były eserowiec. Są dwie niejasności: lista represjonowanych eserów podaje jako miejsce śmierci irkucką „obłast’ „, a sentencja wyroku sądowego pochodzi z „Księgi Pamięci Republiki Baszkirskiej (Baszkortostan)”. Być może siedział już w łagrze pod Irkuckiem (ciekawe ile lat?) i tam też wykonano wyrok, a sąd w Baszkirii skazał go zaocznie „z automatu”. Z osławionego paragrafu 58-6, 58-10, znanego z lektur, zwłaszcza z Sołżenicyna. W sentencji wyroku skromna garść danych: wykształcenie niepełne wyższe, ekonomista, bezpartyjny, pełnił w Mozyrzu funkcję Komisarza Ludowego Lokalnego Przemysłu [наркомместпром – narkommiestprom]. Nie podano niestety w jakich latach! Rehabilitowany w 1958 roku.)

       Ciekawe są te powiązania rodzinne Dobrowolskich. Kiedyś w rozmowie z Mamą na temat tych związków rodzinnych, powiedziała mi, że jedna z sióstr babci Żeni wyszła za mąż za „jakiegoś Micińskiego”, a ich córka Maria, mieszkająca w Sandomierzu, 10 lat starsza od Mamy, była mocno zaangażowana w AK, po wojnie wyemigrowała i nosiła z niemiecka brzmiące nazwisko. Nazwiska swojej kuzynki Mama dokładnie nie pamiętała, widocznie kontakty były już przed wojną bardzo słabe. Skrzętnie to zanotowałem, dość niechlujnie zresztą. Kiedy wreszcie nastała u mnie w domu era internetu, zrobiłem kwerendę po jego stronach, chociaż idzie mi to niesporo, bo jestem jednak dzieckiem innej zupełnie epoki. Ku swemu zdumieniu znalazłem: Maria z Dobrowolskich, z Laskowicz pod Bobrujskiem, wyszła za mąż za znanego młodopolskiego poetę Tadeusza Micińskiego. Maria Micińska, po zamordowaniu męża przez bolszewików (był oficerem oświatowym w korpusie Dowbora), być może zamieszkała przed wojną w Sandomierzu. Znajomość współczesnej literatury chyba nie była mocną stroną mojej Mamy. „Jakiś Miciński.” Dobre sobie! Ich córka, także Maria, 10 lat starsza od Mamy (wg jej słów), podczas wojny w AK, po wojnie osiadła w Londynie i nosiła nazwisko Liebhardt. Także w internecie znalazłem informację, że przyjaźniła się z poetą Stanisławem Balińskim, prawnukiem Zofii Śniadeckiej (Córki Jędrzeja i siostry Ludwiki, tej od Sadyka-Paszy. Wyszła za mąż za Michała Balińskiego, właściciela Jaszun.). Jaki w sumie mały jest świat. A swoją drogą chyba na całej naszej rodzinie legła jakaś klątwa poetów, nie bardzo wiadomo, Słowackiego, czy Mickiewicza, bo sporo osób w niej miało jakieś kontakty z poezją. Nie wyłączając piszącego te słowa.

       Panienki Śniadeckie w tym czasie kształciły się intensywnie w rozmaity sposób. Najpierw były różne bony i nauczyciele domowi, potem szkoła powszechna w pobliskim zaścianku, demokratyczna ale, jak się wydaje, na niezbyt wysokim poziomie. Potem gimnazjum pińskie. Odmiennie to zresztą wyglądało w przypadku poszczególnych sióstr. Mama, jako najstarsza najszybciej wylądowała “na pensji” w przyzwoitej szkole średniej w Warszawie u tzw. Platerówek, jednej z bardziej renomowanych wówczas szkół. Przyzwoitość szkoły i pensji nie wykluczała zwykłego złodziejstwa. Dziadek Roman wysokie czesne uzupełniał prowadzącej pensję nadprogramowo dostawami wiktuałów nieźle prosperującego wówczas majątku. Niestety, wedle relacji Mamy oszczędzano na wszystkim i mimo częstych „dostaw” pensjonariuszki wręcz głodowały. Jak Mama określała po latach, właścicielka pensji po prostu okradała bezczelnie swe podopieczne. Na alarmowe sygnały rodziny (Zaniewscy) dziadek kilkakrotnie interweniował, a że był cholerykiem, z pewnością dość dosadnie. W końcu zabrał córkę z hukiem i przeniósł do Pińska, który Mama, po niefortunnych doświadczeniach warszawskich, wspominała niemal jak raj.

       Liceum pińskie było na wysokim poziomie, a Mama była niezłą uczennica. W jej wspomnieniach przewijały się przepyszne postacie profesorów i zabawne szczegóły procesu edukacji. Kochano powszechnie staruszka biologa, który zwiedził pół świata, był ponoć całkiem poważnym naukowcem i podróżnikiem, znał kilkanaście języków, a jedynym którego dogłębnie nie opanował, był język polski. Dużo opowiadał o swoich podróżach. Jedna z takich opowieści skończyła się dla Mamy niefortunnie. Staruszek opowiadał o spotkaniu z wężem boa, gdzieś w Afryce, czy Ameryce Południowej, stopniując dramatycznie napięcie: „I ten wąż bua naduwał się, naduwał, naduwał…” – na co moja Mama wpadła mu w słowo, kończąc jego wypowiedź – „I dmuchnął, Panie Profesorze!” Padło sakramentalne: „Śniadecka! Za drzwi!” i skończyło się u dyrektora. Nie po raz pierwszy i nie ostatni. Inna jego zapamiętana i przytoczona przez Mamę zabawna wypowiedź brzmiała: „Panieńka! Panieńka! Zamkni furtieczka! A to pociong chodzi po kłasie i spinka prostudzisz!” Siedziała w ostatniej ławce tuż koło drzwi, które często były niedomknięte i tekst miał znaczyć: „Panienko! Panienko! Zamknij drzwi! Bo przeciąg chodzi po klasie i plecy przeziębisz!”

        Mama nie znosiła historyka z którym toczyła regularną wojnę przez całą szkołę średnią. Gdy przyszło do matury ów pedagog zapowiedział jej wcześniej, że ją „zetnie”. Mama reagowała na niego bardzo nerwowo i kiedy doszło do egzaminu, z rozpaczą stwierdziła, że ma zupełną pustkę w głowie, w ogóle nie odpowiadała na pytania. Z opresji wyratował ją Ksiądz Prefekt, kochany przez wszystkich uczniów. Przerwał torturę egzaminu zadając jej „podchwytliwe” pytania: „Ile lat trwał Sejm Czteroletni?”, oraz: „W jakim miesiącu uchwalono Konstytucję 3-go Maja?” Kiedy Mama łykając łzy odpowiedziała na obydwa pytania: „Nie wiem”, Ksiądz Prefekt poprosił komisję egzaminacyjną o chwilę przerwy i wyszedł z nią na korytarz. Zbeształ okrutnie za histerię, wygrzebał z zakamarków sutanny papierośnicę i poczęstował papierosem (uczniów obowiązywał surowy zakaz palenia). Kiedy Mama wahała się czy skorzystać z jego uprzejmości, Ksiądz uśmiechnął się i stwierdził, że doskonale wie o tym że ona pali, uspokoił ją i po jakichś dziesięciu minutach poprosił na salę. Zdała bardzo dobrze, na „piątkę”, ale uraz na tle nauki historii jej pozostał, mimo, że kochała historię jako taką, zwłaszcza starożytną. Wspaniałą postacią była Mamy wychowawczyni. Nie pamiętam jej nazwiska i dość słabo sobie przypominam jej postać. Po wojnie zgromadziła się wokół niej gromadka jej uczniów i uczennic i to ona rzuciła hasło organizowania corocznych spotkań „pińczuków”. Jako dzieciak, nie pamiętam w jakich latach, chyba w połowie, lub pod koniec lat pięćdziesiątych, byłem na dwu takich spotkaniach, ale bardzo słabo je sobie przypominam. Odbywały się na pięterku w „Krokodylu”, dość luksusowej na owe czasy knajpie, na warszawskiej Starówce i to pamiętam doskonale. Po śmierci tej ciekawej postaci, Mama przestała bywać na tych spotkaniach, czy też przestały się one odbywać. Tak czy owak, zbrakło serca.

           Szkoła była rzeczywiście powszechna i zdaje się koedukacyjna, w klasie mamy byli Żydzi, Białorusini, Ukraińcy, czyli cała mozaika wyznań. Dominowali wprawdzie Polacy i katolicy, ale nie było jakichś wielkich zgrzytów rasowych, czy religijnych. Lekcje religii prowadzili w tym samym czasie ksiądz i pop. Żydzi, jak mi się wydaje, mieli naukę religii w chederze. Mama pięknie śpiewała i bardzo to lubiła, było też czymś normalnym w obyczaju uczniów, chodzenie pod prawosławną cerkiew w czasie Mszy Św., żeby posłuchać przepięknych śpiewów cerkiewnych. Były też mniej niewinne przypadki. Żydzi zostawiali przed wejściem do synagogi buty, staranie ustawiając je w równym rządku. Szkolna łobuzeria starała się ukraść jedną przynajmniej parę, żeby później obserwować gwałt i rejwach przy wyjściu, gdyż istniał ponoć przesąd, że jak jakieś obuwie zniknęło to znaczy, że diabeł je porwał, co było nie najlepszą wróżbą. Czy rzeczywiście taki przesąd istniał, czy był to tylko wymysł sztubaków, to rejwach jaki wtedy powstawał był autentyczny. Że ów domniemany przesąd był oczywistym wymysłem młodych łobuzów, świadczy fakt, że Żydzi traktowali go całkiem materialistycznie i jeśli złapano delikwenta, to nie dość, że poirytowani wymierzali mu doraźnie sprawiedliwość na miejscu, to jeszcze informowali o tym szkołę i rodziców, co niosło dużo groźniejsze konsekwencje. Dziś taki sztubacki wyskok uznano by, zgodnie z poprawnością polityczną, za straszliwy antysemityzm, według mnie mieściło się to jednak w szkolnej, sztubackiej mentalności wszech czasów. Mam w swojej szkolnej epopei wiele rozmaitych podobnych, czynionych wspólnie z kolegami, w tym także Żydami, równie głupich i sztubackich wyskoków, nikt jednak nie przypisywał im żadnych rasowych, czy politycznych korzeni. Za to istniał w nich spory element ryzyka, który prawdopodobnie zawsze pociągał młodych durni w każdym wieku, w każdej epoce i kraju. Bo złapani na robieniu kawałów np. księdzu katechecie, nie dość. że braliśmy w skórę doraźnie, a do tego jeszcze karała nas szkoła i dom. Nikt jednak nigdy nie mówił, zgodnie z prawdą zresztą, że byliśmy antykatoliccy, czy antyklerykalni.

          We wspomnieniach Mamy z Białego Dworu, przewijało się zawsze sporo zwierząt. Przede wszystkim ukochane konie, ale i psy których zawsze pałętało się tam sporo. Jednak wstęp „na pokoje” miała tylko ulubienica Dziadka Tremla, wyżlica, pięknie ułożona do polowań. Miała przy tym ciekawą cechę. Kiedy oberwała za coś od Dziadka, wypadała na podwórze i z furią gryzła wszystkie psy jakie jej się nawinęły po drodze. Stało się to wręcz przysłowiowe w rodzinie i jeśli ktoś próbował wyładować swój zły humor na kimś innym, określano go krótko: Tremla! Konie też były na szczególnych prawach. Każda z córek miała własnego ukochanego wierzchowca i wszystkie (poza Romą) dobrze jeździły konno, z tym, że celowała w tym najmłodsza Grażyna, chowana przez Dziadka trochę jak chłopak. Jej ulubiona klacz nazywała się Bajka. Imion innych koni już nie pamiętam, a w pamięci utkwił mi tylko, nie wiem dlaczego, ogier Gierojczyk.

         Już w Liceum Mama zakochała się w swoim dalekim kuzynie Leonie Łapkowskim, uczniu starszej klasy tegoż Liceum. Jego ojciec Stanisław był sędzią w Pińsku gdzie mieli dom, a oprócz tego mały folwarczek, w zasadzie „daczę”, Czarne Jezioro pod Pińskiem. Mama do końca życia serdecznie przyjaźniła się z jego siostrą Marysią. Z nim samym zresztą również. Historia rodziny Łapkowskich zasługuje na nieco dłuższy opis, bo była niezwykle tragiczna, ale też dość typowa dla wielu ludzi z Kresów. W 1939 roku, w chwili wybuchu wojny, sędziostwo Łapkowscy przebywali w Czarnym Jeziorze. Leon był, jak mi się wydaje z nimi. Marysia, jego siostra, młoda mężatka, zaledwie dwa miesiące po ślubie, była wraz z mężem, oficerem wojska polskiego Nikolskim, w Brześciu. Szybko zajęło się nimi NKWD, uwięziono ich i Marysia siedząca w sąsiedniej celi słyszała jak katowano jej męża. Słyszała też jak zakatowano go na śmierć. Gdy Marysię zesłano na Kołymę była od zaledwie roku pełnoletnia. W łagrze dali ją do „liesorubów” co było standardową wykańczalnią. Po dwu miesiącach ciężko zachorowała i trafiła do obozowego szpitala. Lekarzem był tam eks więzień Rumiancew, starszy człowiek, który już odsiedział swoje i był na „posielienii”, czyli był niby wolny, ale nie mógł opuszczać miejsca zamieszkania. I ten lekarz zakochał się w wynędzniałej, prawie umierającej Marysi. Był jedynym lekarzem w promieniu setek kilometrów, więc władze obozowe musiały się z nim liczyć – leczył przecież i ich, włącznie z komendantem łagru. Na jego życzenie po wyzdrowieniu zostawiono ją w szpitalu jako pielęgniarkę, gdzie zdobyła jako jego asystentka niezłe kwalifikacje. Po odsiedzeniu swoich pięciu lat dostała następny wyrok – pięć lat „posielienija”. Już „na wolności” natychmiast wyszła za mąż za swego wybawcę, który zmarł pod koniec lat czterdziestych. Po jego śmierci Marysia zaczęła uporczywe starania o powrót bliżej Polski. Kilka lat po śmierci Stalina udało jej się wyjechać z Kołymy, ale o powrocie na byłe polskie tereny nie było mowy. Dostała zezwolenie na pracę i pobyt w Kijowie, z zakazem opuszczania kwartału (dzielnicy) w którym mieszkała i obowiązkiem meldowania się co tydzień na komisariacie milicji.. Musiała też podpisać zobowiązanie, że słowem nie piśnie co się działo w łagrze i na zsyłce. Nigdy też o tym nie mówiła, a to o czym teraz piszę słyszałem jedynie z drugiej ręki, od Mamy i Leona. Cały czas też starała się o tzw repatriację do Polski, jak tylko stało się to możliwe. Odpowiedź sowieckich władz była niezmienna: Pani nosi przecież rosyjskie nazwisko – Rumiancewa, więc jest Pani Rosjanką. Od zakończenia wojny szukała jej cała rodzina, zarówno poprzez polskie władze jak i Czerwony Krzyż. Odpowiedź była zawsze ta sama: Nigdy u nas takiej nie było. Pomógł przypadek – na ulicy w Kijowie spotkał ją dawny kolega z klasy szkolnej, będący na jakiejś delegacji służbowej w Sowietach i rozpoznał. Był to początek lat sześćdziesiątych. To już było coś – wiedzieliśmy, że żyje i znaliśmy adres i nazwisko. Po trzech latach przepychanek, łaskawie, w sześćdziesiątym trzecim zgodzili się ją wypuścić. Przed wyjazdem musiała jeszcze raz podpisać zobowiązanie o zachowaniu tajemnicy. Jej przyjazd pamiętam dobrze bo czekałem na nią z Mamą na Dworcu Wschodnim w Warszawie. Była słynna „zima stulecia” (autentyczna, nie taka lipna jak w 79-tym) i ekspres „Chopin” miał kilka godzin spóźnienia. Nie pamiętam kto był jeszcze z nami, Leona chyba nie było – może nie mógł dojechać na czas z Sopotu. My mieszkaliśmy wtedy w Iwicznej pod Warszawą więc mieliśmy bliżej. Co jakiś czas szwendaliśmy się niecierpliwie po peronie. Krótko przed przyjazdem „Chopina” na sąsiednim peronie zatrzymał się jakiś nie zapowiedziany pociąg, zapełniony dziwnymi, milczącymi, wychudłymi ludźmi, o krótko przystrzyżonych głowach i ubranych w identyczne, nowiutkie, watowane „kufajki”. Nie wychodzili z pociągu i nikt do niego nie podchodził, tylko sterczeli milcząc w oknach. Mama zagadnęła o nich przechodzącego kolejarza i ten opowiedział wręcz niesamowitą historię. Wieść o chruszczowowskiej „odwilży” i nakazie wypuszczenia Polaków dotarła do jakiegoś łagru, bodajże w Turkmenistanie, z kilkuletnim opóźnieniem. Komendant niewiele myśląc wpakował wszystkich więźniów-Polaków w bydlęce wagony i wysłał do Brześcia. Oczywiście bez żadnego zaprowiantowania, wody, czy dokumentów. Przejechali tak przez pół Rosji i do Brześcia dotarli w tragicznym stanie. Miejscowe władze nie bardzo wiedziały co z nimi zrobić, więc po prostu przepchnęły skład na polską stronę. Władze PRL-u wpadły w lekki popłoch, bo to ani ich odesłać do wielkiego brata nie można „biez prikazu”, ani nie można pokazać Polakom „repatriantów” w takim stanie. Zatrzymali ich w jakimś ośrodku pod Brześciem już po polskiej stronie, podkarmili, podleczyli, ubrali w te kufajki i przesłali po kilku miesiącach dalej, na dalsze leczenie i rekonwalescencję. I to był właśnie ten skład. (Nie miałem możliwości weryfikacji tego zdarzenia, więc przytaczam je tak jak je wtedy usłyszałem) Tuż przed przyjazdem „Chopina” ten widmowy skład odjechał. Zszokowany krótką opowieścią kolejarza zupełnie nie pamiętam przywitania „cioci” Marysi na peronie i słabo też pamiętam przyjęcie powitalne u dr. Dylewskiego na Wawelskiej. Jedyne co z niego zapamiętałem to zakonspirowany jeszcze w czasie okupacji pokój, do którego wchodziło się przez szafę ubraniową, przez przemyślnie odsuwaną tylną ściankę. Nie wiedzieli o tym pokoju Niemcy, a po wojnie nie wiedziały też władze lokalowe, więc doktor miał o połowę większy metraż – pokój był duży. (Zawsze mnie ciekawiło kto po śmierci doktora Dylewskiego zajmował to mieszkanie i czy zachował ów sekretny pokój? Jeśli nie był kompletnym durniem – to pewnie tak.). Ciocia Marysia, która pod koniec lat osiemdziesiątych straciła wzrok, była, aż do śmierci kilka lat temu, bardzo pogodnym, cudownym, łagodnym człowiekiem. Losy jej brata Leona były równie skomplikowane i tragiczne. Kiedy sowieci po kilku miesiącach okrzepli, Czarne Jezioro przestało być bezpiecznym schronieniem. Łapkowscy zdecydowali przenieść się do Pińska. Leon wiózł w „razwalniach”, płaskich, jednokonnych sankach, matkę i część niezbędnych do przeżycia rzeczy. Ojciec z bratem (stryjem Leona) zostali aby dopakować resztę. Śnieg był głęboki, droga wąska i miejscami idąca groblą. Na takiej grobli spotkali spore sanie z grupą czubaryków z NKWD. Kazali zjeżdżać Leonowi na bok. Leon po białorusku obsobaczył ich od ostatnich, krzycząc, że wiezie zboże do młyna i kto go będzie z pobocza wyciągał. Sowieci równie szpetnie się odgryzając jednakże drogi mu ustąpili. Po odwiezieniu matki do Pińska Leon natychmiast wrócił. Zastał stryja z siekierą w plecach i ojca przepiłowanego na koziołku do drewna. Sędzia Łapkowski wydał przed wojną kilka wyroków na komunistów i zapamiętali to sobie. Legenda rodzinna głosi, że to właśnie sędzia Łapkowski pozbawił prawa wykonywania zawodu nauczycielskiego niejakiego Piotra Jaroszewicza, komunistycznego agitatora, a w rzeczywistości szpiega i agenta NKWD, późniejszego wieloletniego premiera PRL. Być może to z jego poręki te czubaryki z grobli jechały właśnie rozprawić się z wrogiem władzy ludowej. Leon pochował zwłoki bliskich, zabrał jeszcze co się dało z domu i wrócił do Pińska ukryć matkę. No i zaraz po tym wylądował w lesie, w antysowieckiej partyzantce. Wojował z nimi zaciekle pięć lat, z krótkim epizodem walki z Niemcami włącznie, dopóki krasna armia nie wyzwoliła go całkowicie z rodzinnych stron. Po wojnie ożenił się, ale i tu dosięgła go przeszłość. Miał dwójkę synów, ale z ich matką stosunki układały mu się źle. Ze względu na dzieci nie chciał rozwodu. Jego żona załatwiła rozwód w prosty sposób. Oskarżyła go o antysowiecką działalność i zabicie kilku rosyjskich sołdatów. (Nie mam pojęcia czy w czasie wojny, czy już po wojnie.) Sprawa była krótka – kara śmierci. Rozwód z wrogiem ludu od ręki. Prawie natychmiast wyszła za mąż za któregoś z ówczesnych dyrektorów stoczni. Nie jestem pewien, ale chyba nosiła nazwisko Darska. W śledztwie siedział kilka lat, w tym pełny rok w celi śmierci. Był u nas, nie bardzo wiem gdzie i kiedy, na krótko przed aresztowaniem. Zapamiętałem go powodu dzikich zabaw ze mną, przeciw którym Mama ostro protestowała. Jakieś podrzucanie mnie wysoko i łapanie, przerzucanie przez ramię, kręcenie za ręce i nogi. Bardzo mi się to podobało. Zapamiętałem go pewnie też dlatego, że przypominał mi stryja Zbyszka, też miał kruczo-czarne włosy, tyle że Zbyszek nie miał wąsów. Piękny „kozacki” typ, mógłby grać Bohuna. Nie bardzo też już pamiętam w jakim okresie, ale jeszcze jako dzieciak, zobaczyłem na osowskiej ulicy idącego chudego, zgarbionego, starszego człowieka, o białych włosach i wąsach. Szedł wyraźnie w kierunku naszego domu. Zawołałem Mamę, bo nie wiem dlaczego przestraszyłem się. A to był właśnie Leon. W śledztwie siedział w Sztumie. Nie wiem kiedy to się działo i całą tę historię znam tylko z oderwanych, bardzo zdawkowych wypowiedzi Mamy. Sam Leon chyba tylko raz powiedział kilka słów na ten temat, nie chciał do tego wszystkiego wracać. Przez kilka miesięcy trzymano go w celi zalewanej wodą. Najgorsze jednak było po wyroku to roczne oczekiwanie na śmierć, to właśnie wtedy osiwiał. Kiedy przychodzono po więźnia nikt nie wiedział kogo wyczytają i wyprowadzą. Na śmierć. Przeżywał ją kilka razy dziennie. Przez rok. Po tej wizycie w Osowie zobaczyłem go dopiero w gdzieś w pierwszej połowie lat sześćdziesiątych i później utrzymywaliśmy bardzo serdeczny kontakt, ale to już zupełnie inna historia, do której na pewno jeszcze wrócę. Jeśli zdążę.

        Już w szkole średniej Leon był niesamowicie wysportowany. Gimnastyka przyrządowa, pływanie kajakarstwo, jazda konna, strzelanie i czort wie co jeszcze. Pamiętam opowiadanie o tym jak z innymi uprawiał dość specyficzny rodzaj sportu. Trzeba było podpłynąć do parowca, zahaczyć o będące w ruchu koło napędowe i z jego szczytu skoczyć do wody, w zawirowania za statkiem. No i nie dać się złapać załodze, która nie kochała tak niebezpiecznych wybryków. Leon podobno w tym celował. Wszyscy tam zresztą, z Mamą włącznie, pływali jak ryby. Jak niosła wieść, którą Mama chętnie powtarzała, Poleszucy rodzą się z błonami między palcami i w wodzie czują się lepiej od ryb. Sama oczywiście też uważała się za Poleszuka. Opowiedziała kiedyś o własnej takiej wodnej przygodzie. Zabawa panienek polegała na przepływaniu łódką jak najbliżej tuż za statkiem. Bezpieczne to nie było, bo łódką rzucało bardzo mocno i trzeba było być niezłym wioślarzem, żeby się nie wywrócić. Kiedyś nie bardzo im to wyszło, ledwo uniknęły katastrofy, a kiedy cichcem podpływały do brzegu, usłyszały właścicielkę przystani wrzeszczącą na cały głos: „Łodka propała! Gimnazistki propali!” Jak z kpiną zauważała Mama, na pierwszym miejscu było to, że łódka przepadła, gimnazjalistki dopiero na drugim.

      Leon brylował we wszystkim, w nauce też. Po maturze wyjechał do Wilna na studia i jak zazwyczaj bywa w takich wypadkach wszystko zaczęło się psuć.

          Babcia Żenia ciężko chorowała na gruźlicę co jak już wspomniałem, w jej rodzinie było niemal tradycją. Do tego stosunki między małżonkami, gdzieś od początku lat trzydziestych, stawały się coraz gorsze. Mama o tym nie wspominała, zresztą najpierw była na pensji u Platerówek, później na stancji w Pińsku, więc może i nie orientowała się w tym zbyt dobrze. Ja wiem o tym ze wspomnień ciotki Romy, ale w tak wielu wypadkach mija się ona w nich z prawdą, że trudno mieć do nich zaufanie, chociaż w tym wypadku pewnie i ma rację (Jak i w wielu innych, ale trzeba do nich podchodzić bardzo ostrożnie! Tak jak i do moich.) Według niej babcia Żenia nawet na kilka miesięcy wyniosła się z Białego Dworu i mieszkała z córkami w wynajętym mieszkaniu w Pińsku. Zdaje się po powrocie rozchorowała się na dobre. Dla opieki nad nią przyjechała jej kuzynka Janina i w bardzo szybkim tempie doszło do romansu między nią a Romanem. Zresztą nie był to taki sobie romans, ale trwały związek, który w sumie przyniósł opłakane skutki. Babcia Janka była wówczas piękna i jeszcze dość młoda, niestety nie zachowały się żadne jej zdjęcia. Jej ojciec (stryj babci Żeni, oczywiście także Dobrowolski) ożenił się z posażną panną z arystokratyczne inflanckiej rodziny von Nolten (Nolken?). Ich córka Janina Dobrowolska kształciła się najpierw w Chomiczkach, a później w Instytucie Smolnym w Petersburgu. Pamiętam fragmenty jej opowieści z czasów gdy wraz z Dziadkiem Romanem mieszkała z nami w Osowie. Dziś mocno żałuję, że nie słuchałem jej uważniej, byłem za mały i za głupi, żeby wiedzieć jak wspaniały obraz epoki tracę. Pamiętam z grubsza jej opowieść o pierwszym balu jakim zakończył się jej pobyt w Instytucie. Pierwszy taniec prowadził sam car, Jego Wieliczestwo Mikołaj II. Ją do tańca poprosił młodziutki oficer, wówczas adiutant cara i jej pierwsza wielka miłość – Manteuffel. Ten sam baron Manteuffel, który wciąż jako bardzo młody oficer na czele swej Żelaznej Dywizji oswabadzał Łotwę i Estonię od czerwonej hołoty. To zdaje się on kazał rozstrzelać żeńską obsadę czerwonego więzienia, bodaj w Rydze, wyjątkowo krwawe i okrutne kreatury, o czym wspomina literatura. Czerwona ze zgrozą, że tak okrutnie potraktował biedne kobiety, a wszelka inna, zwłaszcza wspomnieniowa, jakby z lekkim żalem, że potraktował je tak wyrozumiale i łagodnie, znacznie lepiej niż one swoich więźniów. Rewolucja nadeszła bardzo szybko po tym pierwszym balu. Wraz z matką uciekły pieszo z rozbestwionego, czerwonego Piotrogradu, na jaki przemianował się Petersburg. Pieszo przez zamarznięte jezioro Ładoga, z całym dobytkiem niesionym na sobie, z poutykaną w bieliźnie biżuterią, pozawijane w futra. Co się stało z ojcem nie wiedziały. Z Finlandii przedostały się do Szwecji, a stamtąd do odradzającej się Polski. Na początku lat dwudziestych żyły obie ze sprzedaży tego co się dało ocalić, lecz po dramatycznych przeżyciach matka babci Janki szybko zmarła. Zanim Janka odnalazła rodzinę wpadła w oko przystojnemu oficerowi Wojska Polskiego, o pięknie brzmiącym nazwisku Jaxa-Bykowski. Pech chciał, że był to klasyczny łowca posagów, za co zresztą został później dyscyplinarnie i z hukiem usunięty z armii.(Tę historyczną wzmiankę o jego wyczynach małżeńskich znalazłem w książce o renegacie Berlingu) Był zresztą podobno bardzo sympatyczny, kochał bale i szampańskie zabawy, tak, że babcia Janka świata poza nim nie widziała. Sielanka trwała dopóki było za co. Kiedy skończyły się pieniądze ze sprzedaży biżuterii, zostawił ją bez grosza przy duszy i wziął rozwód, na pożegnanie kradnąc jej ostatnią rodzinną pamiątkę, platynową bransoletkę jej matki. Trochę to zabawne, przepuścił wszystko co miała, znacznie cenniejsze precjoza, ale tej bransoletki babcia Janka wyraźnie nie mogła mu darować. Wspominała ją przy każdej okazji. I tak młoda, dwudziestoparoletnia rozwódka, bez żadnych kwalifikacji, za to ze zszarganą reputacją, tułała się po dalekich krewnych i znajomych jako panna do towarzystwa, czy wręcz rezydentka. I tak wylądowała u swej kuzynki w Białym Dworze, jako jej opiekunka w chorobie.

         Dziadek Roman nie krył się z romansem i to jak sądzę zaważyło na losach całej rodziny. Skandale obyczajowe w tamtych czasach nie były w środowisku ziemiańskim dobrze widziane. No, gdyby był bardziej dyskretny, to może by go po cichu potępiano, ale, chociażby ze względu na córki, uszłoby mu to na sucho. Ostatecznie homoseksualne skłonności Skirmuntów były tajemnicą poliszynela, ale żadne z nich nie afiszowało się nimi. A tu sprawa zaczęła być, może jeszcze nie głośna, ale już znana. Romans za życia ciężko chorej żony, z jej kuzynką, do tego rozwódką o wątpliwej reputacji i do tego we własnym domu. Jest bardzo prawdopodobne, że z tego właśnie powodu Roman Skirmunt wypowiedział Dziadkowi dzierżawę Białego Dworu. Wprawdzie Mama zawsze utrzymywała, że był to bardzo zły, nieurodzajny rok, a na dodatek Dziadek zainwestował sporo w hodowlę jakichś pomidorów, które na dodatek nie obrodziły, że miał dość pracy na cudzym i sam odszedł. Dla mnie jednak z biegiem czasu stało się jasne, że rodzina starała się zdyscyplinować wyrodnego syna i stąd nasilenie się konfliktu z Henrykiem i Skirmuntami, a wersja Mamy jedynie łagodziła winy bardzo przez nią kochanego Ojca. Nie złagodziło to jednak jej stosunku do babci Janki, nawet jeszcze wiele lat po jej śmierci. Serdecznie jej nie lubiła.

          Po maturze Mama wylądowała na studiach w Wilnie. Był z tym cały korowód, bo Mamie zakochanej w hodowli i w ogóle w rolnictwie, marzyły się studia z nim związane. Całe swoje życie była związana z ziemią, Dziadek wymagał od córek praktycznej znajomości normalnej pracy w majątku, a kiedy Mama podrosła, całkiem na serio i za aprobatą Dziadka zajmowała się pod jego kierunkiem zarządzaniem Białego Dworu. Ona też zajmowała się likwidacją spraw tego majątku po ustaniu umowy ze Skirmuntami, kiedy Dziadek w tym czasie już podjął się dzierżawy od Banku Ziemiańskiego gospodarstwa leśnego Białowiż- Sobiczyn i tamże się przeniósł z całą rodziną. Tak więc rolnictwo było czymś w czym poruszała się pewnie i co całe życie lubiła. Niestety, i Dziadek i cała reszta rodziny byli bardzo konserwatywni. Kobieta, a już na pewno panienka z dobrego domu, nie mogła studiować rolnictwa. No, z praktycznych kierunków, to może jeszcze medycynę. Bardzo nobliwy, dziewiętnastowieczny przesąd. Ale tu zaparła się na amen Mama. Chińskim targiem, rodzina (a przede wszystkim bardzo kochana przez Mamę ciocia, Helena Romer- Ochenkowska.) uzgodniła z krnąbrną latoroślą kompromis. Będzie studiować historię na Uniwersytecie Wileńskim. Ową nieszczęsną, znienawidzoną w szkole średniej, ze względu na osobę nauczyciela, historię. Mieszkać będzie w mieszkaniu ciotki na ul. Łukiskiej 11, więc nadzór rodziny jest przez tę bardzo szanowną i szanowaną osobę zapewniony.. Dziadek ustąpił i Mama zaczęła studia. Jej wykładowcą był, między innymi, skądinąd bardzo później znany i szanowany profesor Łowmiański. Nie cierpiała go tak jak i nauczyciela z pińskiego liceum. Był według niej nudny, pedantyczny i złośliwy. Ale też był jedynym z wykładowców, którego wspominała. Po roku przebywania u szanownej ciotki, która usiłowała ją zaangażować w działania Koła Polek, którego jakiś czas była prezeską, w jakieś bale dobroczynne, rauty i spotkania, Mama, która nie znosiła takich imprez, przeniosła się do wynajętego od jakiegoś adwokata, wspólnie z Marysią Łapkowską mieszkania, w nieistniejącym obecnie, tak jak i dom ciotki Romerowej przy Łukiskiej, budynku w zaułku Ofiarnym nr 4 (na I piętrze u mecenasa Wisłockiego). Nagle nastąpił krach. Babcia Żenia była już bardzo ciężko chora i pod pretekstem konieczności opieki nad nią, Dziadek kazał przerwać Mamie studia i ściągnął ją do domu. Daremnie protestowała ciotka Romerowa, wujostwo Czechowicze spod Komaj i wszyscy inni. Dziadek zaparł się, chyba „na złość” rodzinie, a był uparty jak muł. Było to już prawdopodobnie po śmierci jego Matki, babci Adeli, jedynej osoby, z którą jako tako się liczył. Mama rzeczywiście chyba była potrzebna – jej młodsze siostry siedziały w szkołach katolickich w Maciejowie i Szymanowie, a babcia Janka nie bardzo miała ochotę na zajmowanie się kuzynką, z wiadomych względów. Mama czuła się jednak bardzo osamotniona i była w niezręcznej (delikatnie mówiąc) sytuacji. Ciągły był konflikt o zarządzanie domem między nią a babcią Janką. Dziadek udawał, że tego nie widzi, ale ładu w domu wymagał od Mamy, przyzwyczajony do tego, że odpowiadała za całe gospodarstwo już w Białym Dworze. Jak pamiętam z dzieciństwa, o gospodarstwie domowym babcia Janka miała dość mętne pojęcie, więc pole konfliktu było wręcz nieograniczone.

       Jak wspomniałem, Roman Skirmunt, wymówił dzierżawę, czy też Dziadek, uniósłszy się honorem, sam ją rozwiązał. Dziadek czasowo pracował w Hajnówce a potem (1933 rok) przeniósł się z całą rodziną do majątku leśnego Białowiż – Sobiczyn, oczywiście kuzynkę Jankę zabierając z sobą. Mama została w celu przekazania majątku. Pracownicy, przez Dziadka trzymani dość twardą ręką, zaczęli natychmiast kraść co się dało, uważając, że pod okiem osiemnastoletniej panienki ujdzie im to na sucho. Z pomocą przyszedł Mamie rządca z Porzecza Aleksiejew, jak mi się zdaje eks białogwardyjski oficer. Zebrał wszystkich pracowników majątku i zapowiedział, że jeśli skradzione rzeczy się nie znajdą, nikt z dotychczasowych pracowników nie będzie przyjęty przez niego ponownie do pracy. Roman Skirmunt płacił bardzo dobrze i dbał o swoich podwładnych, a praca u niego była uważana wręcz za awans społeczny. W ciągu trzech dni znalazło się wszystko. Kilkanaście worków ze zbożem znaleziono złożone „pomyłkowo” przez kogoś za magazynem, wykręcone stalowe zęby z kultywatora (Na jaką cholerę były komuś potrzebne?) same wróciły na swoje miejsce. Wiele innych drobnych rzeczy, które tajemniczo zniknęły, raptem równie tajemniczo się odnalazły, nie zawsze na swoim miejscu. Jak później do Mamy doszło, najwięcej kłopotu miał złodziej ozdobnego arabskiego ogłowia, bo zdążył je już sprzedać żydowskiemu paserowi, a gdy chciał je odkupić, ten podał mu wielokrotnie wyższą cenę niż cena kupna. Nie miał wyjścia i zgrzytając zębami musiał zapłacić. Jednak po kilku dniach i ta piękna uzda z wodzami, w niewyjaśniony sposób pojawiła się na swoim miejscu w stajni. Nie wiem jaki los spotkał Aleksiejewa w 1939 roku. Romana Skirmunta i jego siostrę Helenę zamordowano w okrutny sposób . Z chwilą wybuchu wojny przenieśli się z Porzecza do Pińska, gdzie się przez jakiś miesiąc, czy dwa, ukrywali. Przyjechał po Romana jego totumfacki, stangret, czy lokaj. Zapewnił, że ze względu na ich dobroć, cała wieś zapewni im bezpieczeństwo. Uwierzyli, wsiedli w brykę i pojechali. Przed wjazdem do dworu, obok spornego spłachcia łąki, tzw. Majdanu, o który spór toczył się z wsią jeszcze od czasów carskich, powóz zatrzymano. Pod nadzorem politruka wywleczono ich z bryki i zaprzęgnięto zamiast koni do pługa, po czym, tak zaprzęgniętych zatłuczono kijami. Jest to wersja podana Mamie przez hr. Różę Tarnowską na początku 1940 roku, najwcześniejsza, więc dość wiarygodna. Bożena mieszkając w Pagórkach trafiła na starszawą już panią Obuchowską, która w 1939 roku, córkę Aleksiejewa, przebraną za chłopskie dziecko, przeprowadzała gdzieś z Porzecza do wsi. Miała wtedy 12 lat i była obecna przy śmierci Skirmuntów. Kiedy Bożena niefortunnie wspomniała o tym, że jest ze Skirmuntami spokrewniona, zacięła się i nie chciała nigdy więcej o tym mówić.

        Po likwidacji domu w Białym Dworze Mama wylądowała w Białowiżu-Sobiczynie, (Białowieży, jak zawsze mówiła). Dziadek najpierw dzierżawił ten majątek leśny, później pracował tam jako administrator z ramienia Banku Ziemiańskiego, a po przejęciu Banku przez państwo, pozostał tamże jako leśniczy na państwowej posadzie, w nadleśnictwie Ostki. Były to dla niej bardzo ciężkie lata. Umierająca Matka, konflikty z flamą swego ojca, mieszkającą w tym samym domu, zerwanie z Leonem z powodu jego romansów w Wilnie, brak jakichkolwiek przyjaciół. Musiała się czuć strasznie samotna i opuszczona. Jedynie ciotka Helena Romer, całkowicie bezskutecznie zresztą, próbowała ją z tego wyrwać. Niestety, po śmierci Matki (babci Adeli) Dziadek całkowicie przestał się liczyć z rodziną i odrzucił wszelkie konwenanse. W tym samym czasie w Białowiży zaczął bywać mój Ojciec, który był leśniczym, stosunkowo blisko, w Jaźwińcu. Poznali się z Dziadkiem na polowaniach, znaleźli wspólne pasje i dość często polowali razem. Ojciec zaczął bywać w domu Romana i Mama, która odziedziczyła urodę Sulistrowskich, bardzo szybko wpadła mu w oko. Pomagał jej zresztą jak i kiedy mógł (Ojciec zawsze był bardzo szarmancki i opiekuńczy). Gdy zmarła babcia Żenia, Dziadek Roman był zupełnie bezradny i otępiały – pewnie odezwały się mocno spóźnione wyrzuty sumienia, a Janka (wg. Mamy) nie ukrywała zadowolenia. Wszystkim, łącznie z pogrzebem, zajął się Ojciec, co Mama uczciwie zawsze wspominała. Gdy żałoba minęła Ojciec oświadczył się, co Dziadek przyjął z zadowoleniem, a Mama, osaczona przez okoliczności, przyjęła, nie widząc innego wyjścia. Wielka miłość była tam tylko z jednej strony – ze strony Ojca i przetrwała do końca jego życia. Gdy był już umierający i tracił świadomość, po jej odzyskaniu potrafił zapytać Teresę, swą drugą żonę: „Co ty tutaj robisz? Gdzie jest Irena?” To wzywanie po imieniu pierwszej żony ciągnęło się bez końca przez ostatnie miesiące Jego życia i świadczyło o tym, jak bardzo ją kochał i że nigdy kochać nie przestał. Jak musiała się przy tym czuć Teresa? Znosiła to cierpliwie, czego byłem świadkiem, i nadal pielęgnowała go z miłością i oddaniem, za co podziwiałem ją i podziwiam nadal.

      Okres Jaźwińca Mama wspominała dość dobrze. Wprawdzie pierwsze trzy dni po ślubie spędziła zamknięta na głucho w swojej sypialni, płacząc i powtarzając: „Leon, co ja zrobiłam!” (to według jej własnej relacji!), ale później jakoś się to wszystko ułożyło i pewnie „żyliby długo i szczęśliwie”, mniej lub bardziej, gdyby nie wojna. W Jaźwińcu miała wszystko co kochała, swoje własne gospodarstwo, konie i inne „żywioły”, piękny las za płotem, a nawet dziadkową Tremlę, która wraz z nią przeniosła się z Białowiża. Zgrzytem była gospodyni Ojca, starszawa Białorusinka Tatiana, którą Mama podejrzewała o przedślubne romanse ze swoim mężem. Rządząca kawalerskim gospodarstwem Ojca nie uznawała rządów nowej, młodej pani domu. Mama, przyzwyczajona do kierowania domem przez Dziadka, miała z tym prawdziwe utrapienie. Kiedyś opowiadała jak to wydawała dyspozycje do obiadu, dokładnie tłumacząc co i jak ma być, a miała gościć kogoś lubianego z rodziny, czy znajomych. Gospodyni wysłuchała cierpliwie wszystkiego, powtórzyła na zakończenie wszystkie zalecenia Mamy i odchodząc orzekła: „A tak i będą blincziki!” I na obiad oczywiście były bliny.

    Przeprowadzka na Smolną zmieniła wszystko na lepsze. Skończyły się kłopoty z gospodynią, gospodarstwo prosperowało nieźle, ojciec wprawdzie nadal bywał w kasynie w Sarnach, ale że Mama nie lubiła towarzyskich imprez, nie zmuszał jej do uczestnictwa. Wyjąwszy oczywiście uroczystości oficjalne, których Mama także nie cierpiała i unikała jak mogła. Jakoś życie zaczęło się układać i biec w miarę normalnym torem. W tym, dość szczęśliwym okresie, urodziła się moja najstarsza siostra Bożena.

Wybuch kolejnej wojny przekreślił i ten świat. Wojenne perypetie Mamy opisałem pisząc o Ojcu więc jedynie kilka uzupełnień z historii rodziny. Jak już wcześniej wspomniałem, Dziadek Roman z dwoma córkami i babką Janką, po wkroczeniu Sowietów, pieszo i przygodnymi środkami lokomocji dotarł do Warszawy. W Szeligach, majątku Pani Wandy Jawornickiej, spotkał resztę rodziny. Babcia Janka została do końca wojny w Warszawie, gdzie przeżyła Powstanie Warszawskie. Niechętnie wspominała czas pobytu w Warszawie i samo Powstanie, a później obóz przejściowy w Pruszkowie. Jak pamiętam, chyba raz wspomniała, że przesiedziała je w zasadzie w piwnicach i jedyne co sobie przypomina to potworne bombardowania. W Warszawie wylądowały też Roma i Grażyna które uczyły się na tajnych kompletach. Dziadek Roman osiadł najpierw w jakiejś leśniczówce, czy gajówce, a później w wynajętej chałupce na Zalesiu, części Antoniowa od strony Karczemki i Borowa, a pracę, też w lasach, załatwił mu prawdopodobnie Ojciec.

         Dziadek był człowiekiem wychowanym niemal w kulcie uczciwości materialnej, nie znosił złodziejstwa i były z tym pewne kłopoty. W czasie wojny las okradali wszyscy, zarówno okupanci jak i miejscowa ludność. Dziadek Roman zawzięcie zwalczał złodziei. Ojciec wspominał rozmowę jaką zmuszony był przeprowadzić z Nim na ten temat. Tłumaczył Dziadkowi, że lasem zarządzają Niemcy a ludzie muszą jakoś żyć, pozbawieni normalnych środków i możliwości. A w zasadzie, to okradanie okupanta jest działaniem wręcz patriotycznym. Dziadek odpowiedział, że niezależnie od okoliczności, zasady obowiązują, a poza tym, jeśli ludzie nauczą się kraść, bezmyślnie i bezkarnie, zdemoralizują się kompletnie, to co będzie po wojnie, kiedy już odzyskamy niepodległość. Będziemy państwem łobuzów i złodziei. Ojciec go jednak przekonał i Dziadek złagodził wymagania dostosowując je do okoliczności. Jak jednak Ojciec w rozmowie ze mną smutno oceniał, to jednak Dziadek Roman miał stuprocentową rację. Wojna nas potwornie zdemoralizowała, a lata powojenne to był raj dla złodziei i bandytów, dodajmy hołubionych i tolerowanych przez czerwone władze. Byle mieli właściwą barwę polityczną. I tak zostało w zasadzie do dziś.

      Wojna porozdzielała rodzinę. Dziadkowie Stępniewiczowie pozostali w Zamościu, ale Niemcy ich wysiedlili rekwirując im dom. Przenieśli ich do mieszkania pożydowskiego którego właścicieli wysiedlili do getta, mieszkania ciasnego i zniszczonego, dając na dodatek bardzo krótki termin przeprowadzki. Dziadek Ryszard mający od aresztowania Witka kłopoty z sercem, już ciężko chory, musiał przenieść w ciągu kilku dni wszystkie ich rzeczy, ręcznie i na pożyczonym wózku. Większość mebli musieli na niemieckie polecenie zostawić. Wkrótce potem zmarł.

          Dziadek Roman Śniadecki przeniósł się do pracy w lasach należących do Tarnowskich gdzie pracował jako brakarz, co załatwił mu Ojciec. Babcia Janka, oraz obydwie córki, Roma i Grażyna, zostały w Warszawie. Najmłodsza Grażyna bardzo szybko trafiła do konspiracji. Obie córki uczyły się na tajnych kompletach, kontynuując naukę rozpoczętą przed wojną u sióstr Niepokalanek w Szymanowie. Roma chorowita i marzycielska, niezbyt niezaradna, otaczana troskliwą opieką rodziny, była, jak mi się wydaje, dość izolowana od otaczającego ją koszmaru okupacji.

      Grażyna, chowana przez Dziadka trochę jak chłopak, bardzo szybko trafiła do konspiracji. Była wspaniałą, bardzo ciekawą dziewczyną. Od małego dziecka świetnie jeździła konno i strzelała. Chodziła na polowania razem z Dziadkiem Romanem i, jak wspominał stryj Zbyszek, była o ile nie lepsza, to co najmniej równa jemu. Miała talent plastyczny – zachowało się kilka jej obrazów. Akwarele, jeden olejny i jakieś szkice węglem, czy ołówkiem. Dwie akwarele wiele lat po wojnie oprawione w ramki wiszą w pokoju Bożeny, a przedstawiają poleskie krajobrazy. Takiż olejny obrazek Polesia, zniszczony na skutek złego przechowywania przez Romę, również ma Bożena. Dwa obrazki, szkic przedstawiający ułańską szarżę oraz olejny obrazek figurki kaplicznej z Niepokalanowa znam tylko z przechowywanych w rodzinie zdjęć – właściciele nie chcieli się z nimi rozstać. Grażyna miała też piękny głos, tak jak i moja Mama, i chętnie śpiewała, a do tego odziedziczyła urodę po Babci Żeni. Do konspiracji przystąpiła jako dzieciak – z chwilą wybuchu wojny miała niespełna 16 lat. Rok później była już łączniczką „Wachlarza”. W warunkach wojny dzieci szybko dojrzewały i potrafiły, o ile miały predyspozycje, udźwignąć największą odpowiedzialność, a Grażyna była ponadprzeciętna, była wręcz swego rodzaju fenomenem. Kiedy rozmawiałem o niej z jej kolegami z oddziału „Jakuba Robota”, mówili o niej z taką czcią jakby była jakąś świętą, wręcz modlili się do niej. Zdumiewało mnie, gdy przy spotkaniu na Wykusie, „Czarka”, kolega z oddziału, wówczas już dość stary mężczyzna, mówił o niej z niebywałym nabożeństwem. A jak oburzył się, gdy zobaczył, podarowane nam przez któregoś ze swoich kolegów zdjęcie, na którym Grażyna siedzi obok któregoś z chłopaków z oddziału trzymając butelkę, chyba z bimbrem. „Tego nie powinno się pokazywać – mówił- bo ona nie piła. Była harcerką i trzymała się zasad, a nam, starym koniom wręcz matkowała.” A przecież gdyby nawet? Wszak była żywym człowiekiem i jako żywy, normalny człowiek miała prawo do ludzkich wad i przywar. Nic nie trafiało mu do przekonania. Dla niego i dla jego kolegów była ikoną. Kiedy opowiadał o niej ktoś bardzo bliski w samych superlatywach, można było kłaść to na karb rodzinnych sentymentów, ale tak mówili o niej wszyscy, którzy ją znali. Była mądrym i dobrym człowiekiem. Nawet mój Ojciec, który starał się nie wygłaszać nigdy sądów o innych członkach rodziny, ją jedną często wspominał, zawsze z wielkim szacunkiem i podziwem. I z wielkim żalem. Jak kiedyś powiedział wspominając Grażynkę (dla niego zawsze pozostała Grażynką), jej śmierć, tak jak i śmierć wielu innych młodych, utalentowanych Polaków była największą stratą: „Była tak zdolna. Kto wie co mogłaby w życiu osiągnąć? A wysyłanie takich ludzi na śmierć było zbrodnią, po wojnie właśnie ich nam zabrakło.” Nie skomentowałem wówczas tej Jego wypowiedzi, ale moim zdaniem, znając jej charakter, prawość i bezkompromisowość, po wojnie wylądowała by w lesie wśród „żołnierzy wyklętych”, albo w kazamatach UB, tak jak skończyło wielu jej rówieśników. Po rozwiązaniu „Wachlarza” była łączniczką Zgrupowania „Ponurego”, i tam też, przeniesiono ją na własne życzenie do leśnego oddziału. Trafiła do „Jakuba-Robota” w tymże zgrupowaniu, gdzie obsługiwała rkm. Była chyba jedyną kobietą-żołnierzem czynnie walczącą w oddziale leśnym i pełniącą taką rolę w czasie wojny. A wywiązywała się z niej znakomicie aż do tragicznej śmierci w walce pod Wielką Wsią, dnia 13 października 1943 roku. Niecały miesiąc wcześniej ukończyła 20 lat. Jej oprawiona w ramkę fotografia, ta sama, którą zamieścił Cezary Chlebowski w „Pozdrówcie Góry Świętokrzyskie”, towarzyszyła mi od dzieciństwa – wisiała „od zawsze” w pokoju Mamy.

      Leży u mnie sterta papierów rodzinnych czekająca na opracowanie, w tym pakiet pozostałych po Grażynie zapisków i korespondencji, odziedziczonych po Mamie i Romie. Starannie go zeskanowałem a teraz czeka na jakieś opracowanie. O ile zdążę.

          Z tymi papierami rodzinnymi była cała, niezbyt sympatyczna historia. Z racji mieszkania razem z Mamą i z deklarowanych chęci zajmowania się historią rodziny, położyła na nich łapę moja siostra Jola. Jeszcze za życia Mamy udało mi się skopiować i zeskanować większość z nich. Jednak pakietu listów obozowych stryja Zbyszka, Kriegsgefangenenpost, w tym sporej ich części do i od Grażyny, nie zdążyłem utrwalić. Po śmierci Mamy okazało się, że część drobiazgów rodzinnych, w tym także owa korespondencja, zaginęły bez śladu. Mam brzydkie podejrzenia, że wylądowały w sklepiku w Szczawnie, którego właściciel skupował tego typu starocie, prawdopodobnie za sprawą nastoletniej wówczas córki Joli – Marty. Dla najmłodszego pokolenia naszej rodziny takie rzeczy nie miały i nie mają żadnej wartości sentymentalnej, a jedynie materialną, i taki sam los spotka zapewne też resztę tych wiekowych dokumentów po śmierci Joli. Tamże zapewne trafił też zegarek Mamy – sędziwa „Omega” z połowy dziewiętnastego wieku, pierwotnie noszony jako medalion na szyi, a później przerobiony zgodnie z modą na naręczny. Należał, jak mi się wydaje do babci Adeli, a pamiętał chyba jeszcze czasy Jędrzeja Śniadeckiego. Z moich córek jeszcze tylko chyba Natalia ma jakieś zainteresowanie rodzinnymi pamiątkami. Grażyna, pod niektórymi względami dość mocno przypominająca charakterem Martę, nie zdradza takich skłonności. Cóż: „Sic transit gloria mundi…” A moja siostra Jola, mimo szumnych deklaracji, nie napisała o rodzinie ani jednego słowa po dziś dzień. I chyba nigdy nie napisze.

                                          Dziennik Romy oraz powojenne losy rodziny

         Dzięki uprzejmości mojej kuzynki Joanny Gasińskiej-Śniadeckiej, córki ciotki Romy otrzymałem część rodzinnych dokumentów i wspomnienia jej Matki. Do tego pamiętnika będę też trochę się odwoływał pisząc o Niej, a w zasadzie prostując niektóre jego zafałszowania i oczywiste, świadome kłamstwa jakie niestety ten pamiętnik zawiera. Pisany był dla ukochanego wnuka Konrada, ale niezupełnie zgadza się z faktami co niestety mocno obniża jego wartość. Po pierwsze jest to tylko literatura, a i to fragmentami nie najwyższego lotu. Fakty, zdawałoby się łatwe do zweryfikowania, jak chociażby genealogia, czy nazwy miejscowości, są brane z sufitu, bo na pewno nie z opowieści rodzinnych i nie z dokumentów. Tak np. Jędrzej Śniadecki nie miał pięciu synów, majątek Kazimierza Śniadeckiego nie nazywał się Swoboda, a Słoboda (nieco odmienna pisownia i znaczenie), Biały Dwór nie należał do Ala Skirmunta, lecz do mieszkającej w Krakowie jego matki Wandy, Al nie szwendał się po wielkopańsku za granicą, a całkiem przyzwoicie studiował, zginął też nie w wypadku, ale został zamordowany. No i wszystko zabarwione „słusznie klasową” niechęcią do „jaśniepańskiej rodziny” i przodków. Itp…itp…itd. Bzdury totalne. Trudno to czytać bez oburzenia, a konieczne sprostowania byłyby dłuższe niż sam pamiętnik. Prostować jednak trzeba, choćby po to, by ktoś w przyszłości nie wziął tego w całości za dokument i „świadectwo czasów”.

          Można by i mnie postawić identyczne zarzuty, jednak spróbuję się bronić. Po pierwsze – piszę głównie dla siebie, starając się uchwycić kształt tego co mnie stworzyło takim jakim jestem. Czyli jest to po prostu zapis mojej pamięci. Po drugie – staram się weryfikować to w czym wyrosłem, sprawdzając tam gdzie można opowieści i legendy rodzinne. Nie zawsze to jest możliwe na podstawie dokumentów, więc starałem się sprawdzać jak te same fakty wyglądają w oczach innych, w tym członków rodziny i, licząc się z ich opinią, zwłaszcza Mamy, wybierać wersję do zapisania, z reguły własną. Oczywiście na pewno są w tym z pewnością omyłki i błędy, a także przemilczenia – nigdy nie byłem ekshibicjonistą i nie mam zamiaru zostawać nim na starość. Jeśli ktoś liczy na intymne szczegóły – to się srodze zawiedzie. W tym wypadku przemilczenie nie jest kłamstwem, a jedynie ochroną tego co najbardziej osobiste i własne.

            Zasługą niewątpliwą tego pamiętnika Romy jest zachowany, miejscami piękny także literacko, opis Białego Dworu. Ograniczony wprawdzie do obiektu mieszkalnego, ogrodów, sadu i parków, a czasowymi ramami do połowy lat trzydziestych, kiedy to kompletna ruina w momencie zasiedlenia nabrała już, dzięki wytężonej pracy Dziadka, kształtów jakiejś ludzkiej rezydencji. Nie ma tam żadnych wspomnień z początkowego, bardzo wówczas ciężkiego okresu. Nie dziwi mnie brak tych wcześniejszych relacji z racji daty urodzin autorki, natomiast uderza w nim nieobecność odniesień do codziennych czynności gospodarskich w które tak obfitowały wspomnienia mojej Mamy. Nie ma tam też żadnych relacji o owych wczesnych i zimnych, porannych kąpielach na tarasie, znienawidzonych przez moją Mamę, a które stały się jej drugą naturą, tak, że codzienna kąpiel w zimnej wodzie stała się jej przyzwyczajeniem praktycznie do końca życia. Jak pamiętam z jej wizyt w Osowie, ciotka Roma nie miała zielonego pojęcia o trudach życia na wsi, krowa czy świnia były dla niej stworzeniami niemal mitycznymi i gdyby miała np. takową krowę wydoić nie wiedziałaby z której strony zacząć. Oczywiście przesadzam, ale ona nawet gotować nie umiała zbyt dobrze. Jak to się stało, że wychowywana przez Dziadka, który przestrzegał by jego córki znały od podstaw pracę w gospodarstwie, zmuszając je do wykonywania elementarnej wiejskiej pracy, a wymagając ostrzej i więcej niż od najemnej służby, nie znała tych prac. Otóż od dzieciństwa Roma była bardzo chorowitym dzieckiem, więc prawdopodobnie babcia Żenia, która potrafiła być bardzo uparta i równie apodyktyczna jak Dziadek, wyłączyła ją skutecznie spod jego kurateli. I tak Roma była ostatnią (a chyba i pierwszą), autentyczną „jaśnie panienką” w tej rodzinie, zwolnioną od wszelkich prac, ćwiczeń fizycznych itp., wyręczaną i hołubioną przez służbę i matkę. Początki gruźlicy dopełniły reszty. Nie pracowała, nie jeździła konno, nie pływała, nie polowała i prawie całe życie, niemal do zakończenia wojny, żyła pod swoistym ochronnym kloszem. Do tego różnica wieku między nią a siostrami, brak wspólnych zajęć i zainteresowań, wpłynęły z pewnością na jej osobowość. Jako średnia córka miała ambicję dorównania siostrom, z których jedna była w porównaniu z nią „dorosła” a druga była „oczkiem w głowie” całej rodziny. Nasiliło się to u niej u schyłku życia, kiedy to ta sama ambicja zmuszała ją do zmierzenia się z ich partyzanckimi legendami. Była też, przy całym rozpieszczeniu, chyba dość osamotniona i zakompleksiona, a, ze względu na sporą w porównaniu z siostrami, ilość wolnego czasu, bardzo romantyczna i marzycielska. Na to wszystko nałożył się jeszcze, tak częsty u chorujących na gruźlicę, nadmiernie wybujały temperament, co też nieśmiało przebija z kart pamiętnika. Ten temperament narażał ją też na nieustanne konflikty z siostrami zakonnymi w Maciejowie co o mało nie doprowadziło do usunięcia jej z tej szkoły. Dzięki rodzinnym koneksjom pozostała w szkole, a później, również dzięki nim, dostała się do liceum w Szymanowie. W czasie okupacji kontynuowała tę naukę.

       Nie ma sensu powtarzania tego co zawierają jej wspomnienia i prostowania przy tym wszystkich błędów, zmyśleń i przeinaczeń, misternie wplecionych w fakty. Już na początku, w rozdziale „Wojenko, wojenko” sceny z poszukiwań, zbierania i ukrywania broni są dla mnie mało wiarygodne. To socrealistyczna literatura i to najgorszego gatunku, zwłaszcza dialogi. Tak jak i opisy ludzi mieszkających wówczas w Szeligach pełne jadu, złośliwości i „słusznej, klasowej niechęci”. Do swego szwagra, a mojego Ojca odnosi się wręcz z nienawiścią, jak sądzę z powodu już powojennych przypadków i starć. Z dużą niechęcią odnosi się też w całym pamiętniku do całej najbliższej rodziny, a zwłaszcza do swej starszej siostry, czyli mojej Mamy.

     Szkielet faktów jest zresztą z grubsza prawdziwy – szczegóły już jakby znacznie mniej. Jej „konspiracja” to przede wszystkim autentyczna nauka na tajnych kompletach i walka z gruźlicą. Cała historia o współpracy z Grażyną to chyba jedynie rozpaczliwa próba dowartościowania się. Do końca życia nie wiedziała czym Grażyna się zajmowała, a niektóre jej opisy „konspiracji” są żywcem zerżnięte z socjalistycznej literatury i kiepskich powojennych filmów, zwłaszcza wspomniane dialogi. Nie zadała sobie też trudu żeby wiadomości o Grażynie jakoś zweryfikować. A już opis przechowywania w szpitalu na Płockiej pod własnym łóżkiem broni i bibuły przynoszonej przez Grażynę, czy sceny z pociągu są wręcz humorystyczne, jakby wyjęte z filmowych przygód Hansa Klossa (no te lepsze już może raczej z „Zakazanych piosenek”). Siostry w szpitalu były widocznie niechlujne i opiekując się chorymi pod łóżko nie zaglądały (umowa ze sprzątaczką jest zupełnie bajkowa), że o lekarzach nie wspomnę. A tak na serio, Grażyna, będąc w tym czasie łączniczką „Wachlarza”, a potem Zgrupowania „Ponurego”, na pewno nie zajmowała się już gromadzeniem i przechowywaniem broni. Nie ta działka! Zresztą w innym miejscu Roma uczciwie przyznaje, że nie miała żadnych informacji o działalności Grażyny, która trzymała ją z daleka od tego co robiła, (skądinąd słusznie oceniając przydatność siostry) a takie przebłyski uczciwości zdarzają się jej w tym pamiętniku nawet częściej.

          W 1940–tym zdała konspiracyjną maturę i za zaleceniem lekarza pojechała w zdrowsze tereny (lekarz zalecał lasy iglaste) do starszej siostry. Roma przy tym permanentnie myli czasy, miejsca i okoliczności. Leśniczówka w której mieszkali wówczas moi rodzice nazywała się Zuzel (nie Burczyk jak uporczywie powtarza – nie istniała tam taka leśniczówka.). Bieda na Zuzlu była okropna, więc opis gospodarstwa jest całkowicie mylny. Stąd opisana przez nią awantura o utopiony w rzeczce garnek – był to jedyny garnek w posiadaniu Mamy, a pożyczyć nie było skąd w samotnej leśniczówce w środku lasu. Kiedyś po wizycie Romy jeszcze w Szczawnie – Zdroju, Mama opowiedziała mi tę historię, którą Roma wypominała jej do końca życia. Otóż Romie, która w swych pamiętnikach tak rozpisuje się o tych pracach w których wyręczała Mamę, nie tylko nie można było powierzyć żadnej, najprostszej nawet pracy, ale nawet przy tych najprostszych pracach trzeba było się nią opiekować, co dla zapracowanej Mamy, borykającej się z dniem codziennym było dodatkowym obciążeniem. Ta rozmarzona i rozpieszczona pannica nie nadawała się do niczego (akurat tak Mama tego nie wyraziła – to moje zdanie, ale ja jestem znacznie mniej delikatny i nie bawię się w eufemizmy.) Do tego nic nie rozumiała z otaczającej ją rzeczywistości. Ona odbierała to wszystko tylko jako zawiniony przez innych koszmar.

        Uciekła z Zuzla do klasztoru w Szymanowie gdzie czuła się jak w raju. Siostry zdjęły z niej wszelką odpowiedzialność, izolowały od tego zewnętrznego koszmaru, zdjęły wszelką troskę o byt, obowiązki były proste, jasne i powtarzalne. Spokojny i modlitewny nastrój odpowiadał jej egzaltowanej naturze. Nic dziwnego, że wstąpiła do nowicjatu. Jednak choroba wymusiła rezygnację z tych planów i opuszczenie klasztoru. Do końca życia jednak, będąc już mocno czerwoną, wojującą ateistką, zachowała szacunek dla sióstr zakonnych i dla Matki Bożej. Typowy polski ateista, co to jak u Hemara: „ … nie wierzy w Boga – wierzy w Matkę Boską”.

      Wiosną 1942 roku wylądowała znowu u rodziny, a konkretnie u Dziadka Romana na Zalesiu, w północnej części Antoniowa, tuż przed Karczemką. Cały ten czas była niezbyt przytomna prawie przez rok, a jej stan wg. Mamy był naprawdę ciężki. Stąd zapewne myli Antoniów z Pniowem, a do Sandomierza jedzie przez Zaklików i Czekaj. Nie pamięta też, że furą najczęściej powoziła Mama, bo dziadek nie dysponował własnymi, ani koniem, ani wozem. I ,że to Mama miała kontakty akowskie w Sandomierzu. Wizyta u Marii Micińskiej w Sandomierzu chyba naprawdę miała miejsce. Tyle że nazywała się ona już nie Micińska, a Liebhardt i była córką, a nie siostrą poety. Starszą panią, którą „ta zjawiskowa ciocia Marysia” się opiekowała była żona poety, jej matka, i nazywała się właśnie Maria Micińska (z domu Dobrowolska, i to ona była tą ciotką. Zjawiskowa Maria Liebhardt była więc kuzynką). Wizyta ta odbyła się zapewne z Dziadkiem, bo Mama wprawdzie wiedziała sporo o kuzynce, ale nigdy nie wspominała o żadnej u niej wizycie, a zaciekawiony pokrewieństwem z poetą mocno ją o to wypytywałem.

        Wszystko to jest okropną mieszanką kłamstw, mitów, półprawd i realnych, autentycznych faktów, które się wydarzyły. Tyle, że zazwyczaj nie tak i nie Romie.

      Z tym nauczaniem dzieciaków z Antoniowa sprawa też nie jest do końca jasna. Antoniów prawdopodobnie miał szkołę, wieś jak już kiedyś wspominałem była ambitna i nieźle wykształcona. W każdym razie był tam zawodowy nauczyciel Stanisław Oczak z żoną, oboje członkowie AK, był pan Ankwicz, o którym, jak wspominała Bożena, mówiono we wsi „kierownik szkoły”; więc ktoś tam czegoś chyba uczył. W Chwałowicach była normalna, tajna szkoła średnia. Na pewno podstaw uczyli rodzice po chałupach tak, jak Bożenę uczyła Mama. Możliwe więc i to, że robiła to Roma na Zalesiu, ale raczej maluchy z najbliższych chałup, a nie z Antoniowa i na pewno nie z Pniowa – ciut za daleko. Nie było też tajemnicą, że chorowała na gruźlicę, o czym wszyscy wiedzieli – który normalny rodzic posłałby swoje dzieci do tak chorego nauczyciela?

          Opowieść o przystąpieniu do konspiracji jest na pewno zełgana. Pani „rotmistrzowa” rzeczywiście mieszkała na Zalesiu blisko Dziadka i być może miała z Romą jakiś kontakt. Tyle, że to właśnie ona zwerbowała Mamę do zorganizowania pomocniczej służby kobiet. Gdyby Roma wiedziała, że to werbunek do NSZ, nigdy nie umieściła by tej informacji w swych pamiętnikach. Mama zaczątki tejże służby zorganizowała, ale gdy pani Wołoszynowa (której mąż, kapitan WP, zginął w Katyniu) wylądowała w szpitalu kontakt się urwał, a Mama wraz z podopiecznymi złożyły przysięgę AK-owską. Roma nie znała ani nazwiska pani „rotmistrzowej”, ani nie wiedziała do końca wojny (a może i do końca życia), że jej bezpośrednią komendantką w konspiracji była jej starsza siostra, a na jeszcze wyższym szczeblu ów znienawidzony szwagier. Przysięgę od zwerbowanych pań odbierał w małych grupkach prawdopodobnie komendant pniowskiej placówki Konstanty Rybicki.

        W spisanym przez siebie życiorysie pisze, że „należała do Polskiego Związku Powstańczego grupa „Wisła – San”. Istniała taka organizacja jak PZP w początkach okupacji, lecz bardzo szybko weszła ona w skład SZP i ZWZ, przekształconego niebawem w AK. W czasie gdy pisała ten życiorys, Armia Krajowa to były „zaplute karły reakcji” i w czerwonym życiorysie nie mogło być dla niej miejsca. Do konspiracji weszła prawdopodobnie dopiero wiosną 1944 roku, czyli cały jej „podziemny” okres życia liczył jakieś cztery – pięć miesięcy.

         Podstawowe szkolenie sanitarne rzeczywiście odbyła, tyle, że ani nie dowodziła żadną grupą wiejskich dziewcząt, ani ich nie szkoliła. No i raczej nie w Radomyślu. Dlatego też „nie pamięta” ich nazwisk ani pseudonimów. Wiele z tych „wiejskich dziewcząt” miało przedwojenną małą maturę, a kilka nawet dużą, więc douczanie ich i rola „siłaczki” odpada. Czyli bajka dla wnuka. Faktem jest, że jak znam to z własnych doświadczeń, takie szkolenie prowadzi się co najmniej w parach, więc możliwe, że ćwiczyła w jakiejś grupce (ale najprawdopodobniej tylko z Dziadkiem, który trochę się na tym znał).

        Romantyczne bzdury o samotnych partyzantach stukających w okienko, zwłaszcza z GL i WiN (sic!). GL w tym mateczniku NSZ Zub–Zdanowicza i AK? WiN zimą 1944 roku? Totalne bzdury! Jedyny większy oddział GL jaki odwiedził tę partyzancką domenę to był oddział „Roberta”, wyrzucony z Antoniowa przez miejscową placówkę na zbity pysk za rabunki i przemoc. Zlikwidowany potem przez Niemców po przeprawie promem na Czekaju. I raczej nie śpiewali „Międzynarodówki” wędrując po lasach, a przemykali się chyłkiem. Roma też raczej po lasach się nie włóczyła, o czym świadczy dobitnie jej znajomość (a raczej kompletna nieznajomość) topografii tamtego terenu. Opis czerwca i lipca 1944 roku jest całkowicie zmyślony, zwłaszcza owa kłótnia z Mamą o pójście z partyzantami. Jedno słowo Mamy do Turczyna, czy Rybickiego, a wyleciałaby z tego oddziału. Nie wiedziała, że Mama musiała znać i zaakceptować jej przydział. Ona nawet nie wiedziała, że to właśnie jej siostra w stopniu kaprala dowodziła PSK. A już te historie o opiece nad rodzinami, o zaopatrywaniu oddziałów, utrzymywaniu łączności itp. są nawet prawdziwe. ale Roma nie miała w nich najmniejszego udziału. Jednak sugeruje niedwuznacznie, że „…naszym zadaniem było…”. A to była domena jej siostry. Postać „Arno” może być autentyczna, ale może to być jeszcze jeden mit. Jedyny partyzant z oddziału „Szefuńcia Tygrysa” którego wymienia z pseudonimu. Pseudonimu Turczyna też nie wymienia i jego nazwisko traktuje jak pseudonim, a że nigdy nie znała go blisko osobiście, to i jego nazwisko poznała prawdopodobnie znacznie później, w zasadzie już po wojnie. Wyruszyła z oddziałem z Brzózy gdzie była koncentracja przed akcją „Burza” a na czele tego przemarszu jechała jako czujka jej siostra, razem z dziećmi, na owej spakowanej rzekomo przez nią furze. Właściwy wymarsz odbył się z leśniczówki Ludwin. I ona tego nie wie. Cóż była małym pionkiem i gdzieś na tyłach. Kłótnia rzeczywiście mogła mieć miejsce, bo siostry kłóciły się często i o byle co, a Mama mogła mieć obawy o jej stan zdrowia. Machnęła jednak na nią ręką – jest pełnoletnia i sama decyduje.

          Co było dalej historia milczy. Tych historii o wspólnym z sowietami zdobywaniu Radomyśla nigdzie nie mogłem znaleźć w źródłach i zaliczam to do mitów Romy. Będę jednak szukał dalej, bo współpraca z sowietami była i to na szczeblach dowódczych. Więc może i Radomyśl był możliwy. (Chociaż jeśli już, to raczej oddział Aleksandra Rusina ps. „Rusal”, „Olek”, działający na tamtym terenie, a wywodzący się też trochę z „Jędrusiów”, z którym Roma jednak nie miała nic wspólnego). Zmyśleń jest jednak bardzo dużo. Wysyłanie nieopierzonej i nie znającej terenu sanitariuszki w charakterze języka to nonsens. Turczyn i zaklikowski podobwód AK mieli całkiem niezły wywiad (notabene kierowany przez mojego Ojca, a jej znienawidzonego szwagra), a także zapewnioną współpracę miejscowych, więc nie było potrzeby głupiego narażania niedoświadczonych ludzi. Zmyślona całkowicie bohaterszczyzna. Na ile wiem, nie było też przemarszu uzbrojoną kolumną przez Pniów i rozbrojenia jej tam przez sowietów (pewien jednak oczywiście nie jestem).

      W pewnym momencie wyrywa jej się określenie „przedreptana partyzantka” (w sensie mocno pejoratywnym), co jest dobrym określeniem na działalność partyzantki w ogóle, bo działania leśnych to nie romantyczne, spektakularne bitwy, a najczęściej niekończące się marsze, głód, chłód i od czasu do czasu krótkie starcie, i to najczęściej tylko tych co są w linii, bo tyły najczęściej cierpliwie „drepcą” dalej. Ta nieefektowna codzienność, ten normalny los każdego partyzanta, rzadko przewijają się we wspomnieniach na piśmie, które koncentrują się na najbardziej dynamicznych epizodach, które też najbardziej utrwalają się postronnym w pamięci. Jednak w moich rozmowach z partyzantami „Ponurego” na Wykusie, w rozmowach z Ojcem i innymi, ta „dreptana” codzienność i surowość, zwykła bieda partyzanckiego życia, przewijały się bez osłonek. W tych rozmowach nie było nic z bohaterszczyzny. Ale to było chyba największe ich bohaterstwo. Że mimo to trwali, że wiedzieli po co trwają i czemu to ich trwanie służy. A bitwy i większe, czy mniejsze starcia były, i do nich akurat wracali we wspomnieniach bardziej lub mniej chętnie, najważniejszą jednak była ta uporczywa codzienność. To jedno krótkie zdanie Romy o „dreptaniu” chyba najdokładniej określa miejsce które zajmowała w oddziale, gdzie mogła być w razie jakiejkolwiek akcji, a także jej gorzki zawód, że to tak nieromantyczne. I jest chyba najprawdziwszym zdaniem z jej partyzanckich wspomnień.

       W zasadzie od momentu wymarszu z leśniczówki Ludwin zaczynają się świadome, horrendalne kłamstwa Romy, przeinaczenia, zmyślone mowy Turczyna, kreowanie się na jego prawą rękę, idealizowanie sowietów itp. Całość całkowicie niewiarygodna, chociaż znowu jest parę fragmentów wyglądających na autentyczne, jak chociażby pobyt w sowieckim szpitalu wojskowym. Pozostaje pytanie: Dlaczego kłamie, nawet po latach i pod koniec życia? Wydaje mi się, że poza chęcią dowartościowania się, ambicji dorównania siostrom, czy chęcią zostawienia wnukowi własnej legendy, kryje się w tym coś jeszcze.

           Wiedząc z odprysków relacji Turczyna o brutalnym spacyfikowaniu jego oddziału przez NKWD już po jego rozwiązaniu i ukryciu broni, o masakrowaniu jego bezbronnych żołnierzy, odwołam się do mojej mizernej wiedzy psychologicznej. Wydaje mi się że istotne są tu dwa elementy. Jeden to tzw. „sztokholmski syndrom” – nie wiemy co się działo z Romą w trakcie tej pacyfikacji oddziału i zapewne nigdy się nie dowiemy. Jednak jej nagła i całkowita identyfikacja z sowieckimi oprawcami, utrata wiary i jej późniejsze nagłe, gorące zaangażowanie w komunizm, na ten syndrom wyraźnie wskazują. Drugim elementem, wobec syndromu sztokholmskiego wtórnym, jest znany mechanizm racjonalizacji swych postaw i zachowań. I to chyba najlogiczniej wyjaśnia wszystko.

           Od momentu wstąpienia w Lublinie do LWP historia Krystyny (bo już nie Romy) zaczyna wyglądać na w miarę prawdziwą i szczerą, z małymi nieistotnymi wyjątkami. Do nich między innymi należy opis punktu werbunkowego na Majdanku, a w zasadzie to czego w nim nie ma. Otóż już w tym czasie obóz na Majdanku był na tamtym terenie jednym z większych punktów zbornych dla aresztowanych Polaków, głównie AK-owców. Przesłuchiwanych, selekcjonowanych i wysyłanych „na białe niedźwiedzie” w głąb Rosji, lub po cichu likwidowanych. Krystyna tego nie zauważa (Roma może jeszcze by zauważyła).

             Rodzinę odnalazła dopiero w Supraślu, gdzie ze względu na mundur, a jeszcze bardziej na poglądy, została przyjęta dość chłodno.

          Moim rodzicom złożyła wizytę jeszcze raz chyba w 1947/8 roku w Mirachowie. Skończyła się ta wizyta fatalnie. Ogarnięta pionierskim zapałem zaczęła nawracać na komunizm mojego Ojca. Gorszego momentu wybrać nie mogła. Ojciec, czynny oficer wywiadu WiN, nie tak dawno był skatowany przez UB czego jeszcze odczuwał skutki, a tu nagle zjawia się politruk w znienawidzonym mundurze i na dodatek politruk rodzinny. Wywalił ją z domu i zerwał z nią wszelkie kontakty do końca swego życia – nie istniała dla niego. Z Mamą trwało to zerwanie kontaktów jak mi się wydaje, prawie do czasów Osowa, kiedy to Mama, po rozejściu się z Ojcem, nawiązała nieco bliższy kontakt z czerwoną siostrą. Listowny i poprzez Dziadka utrzymywała przez cały czas. Do końca życia odnosiła się do niej trochę jednak jak do dziecka specjalnej troski.

        Po wojnie Roma urządziła się nieźle. Robiła karierą zetempowsko-partyjną, która ułatwiła jej skończenie studiów i otrzymanie znośnej pracy. Świetnie ilustruje to zarówno pamiętnik jak i spisany przez nią samą życiorys. Posługiwała się też legendą nazwiska tak, że korzystała również z pomocy owych tak nielubianych przez nią „białych”. Dopóki jej dobrze nie poznali. Najlepiej ilustruje to historia otrzymania kwatery na Belgijskiej. Taki tekst opisujący całą tę historię zapisałem w dzienniku po śmierci marszałka sejmu Wiesława Chrzanowskiego:

           „Miałem okazję go poznać na początku lat sześćdziesiątych, chyba jesienią w 62-gim roku, kiedy to pomieszkiwałem u ciotki Romy na Belgijskiej 3 mieszkania 11. On mieszkał bodajże pod 10-tym, czy 12- tym, w tym samym ciemnym korytarzyku, Ja, nieprzewidująco, tej okazji poznania Go nie wykorzystałem, tyle że kłaniałem mu się regularnie, jako że był najbliższym sąsiadem. Na moje „dzień dobry” reagował przesadnie nieśmiało, wręcz bojaźliwie, mamrocząc niewyraźnie odpowiedź, ustępując mi z drogi i niemal przyklejając się do ściany. Bardzo mnie to krępowało bo byłem nastoletnim szczeniakiem, a on wyglądał, tak samo jak u schyłku życia, na starego i bardzo znużonego człowieka. Zacząłem go unikać, tak jak i on mnie. I taka to była znajomość. Nie mogłem zrozumieć czemu się mnie wyraźnie boi, a na to wyglądało. Dzisiaj myślę, że zaważyła na tym „czerwoność” Romy i sposób w jaki uzyskała swoje mieszkanie, a dostała je z mocnym poparciem czerwonych władz, bezczelnie i nieuczciwie rugując poprzedniego właściciela, więźnia politycznego, byłego akowca i winowca. Zważywszy losy Chrzanowskiego, endeka i żołnierza podziemia (a jak się zdaje dalekiego krewnego prawowitego właściciela mieszkania), oraz późniejszego działacza katolickiego szantażowanego przez bezpiekę, pomimo bardzo dobrych kontaktów na co dzień, mógł się słusznie obawiać nowego lokatora czerwonej sąsiadki.

          Tę historię „zdobycia” mieszkania Roma opisuje dość dokładnie i naiwnie w swoich pamiętnikach. Należało do młodego człowieka, akowca, który podpadł komunistom i wylądował w więzieniu na Rakowieckiej. Rodzina chciała zabezpieczyć mieszkanie na jego powrót, więc szukała kogoś godnego zaufania, kto by je zajął i po jego wyjściu na wolność odstąpił bez targów z powrotem, na słowo honoru. Roma pasowała idealnie – osoba z ziemiańskiej rodziny, prawnuczka Jędrzeja Śniadeckiego, a równocześnie związana z nową władzą, niemalże ideał. Srodze się zawiedli. Wprawdzie Roma partyjnymi ścieżkami szybko załatwiła sobie oficjalny przydział, ale, kiedy ów człowiek wyszedł z więzienia po pięćdziesiątym siódmym roku, kategorycznie odmówiła opuszczenia mieszkania. Przez te kilka lat przyzwyczaiła się do niego. Mieszkanie maleńkie, w starej, cudem chyba ocalałej kamienicy, mały pokój z kuchnią i przedpokojem, mocno zniszczone. Nic szczególnego, tyle że punkt wygodny i ładny. Po dziewięćdziesiątym roku, gdy stało się to już możliwe, ów człowiek odzyskał mieszkanie drogą sądową i Roma musiała się wynieść. Pamiętam jej ówczesne oburzenie, mimo, że bardzo szybko dostała mieszkanie spółdzielcze, i większe, i w lepszym stanie, w nowym budownictwie, w zupełnie dobrym punkcie na ul. Kazubów. Brzydko to wszystko wyglądało, ale Roma, opisując tę historię zupełnie jakby nie zdawała sobie z tego sprawy i uważała się za ciężko pokrzywdzoną. Cóż – cała Roma.”

        Jak wiem z opowiadań Bożeny, Roma i w tym niezbyt ładnym postępowaniu też była niekonsekwentna. Utrzymywała z Chrzanowskim dobre sąsiedzkie stosunki, pomagała im jak tylko mogła w czasie choroby jego żony – zawsze była bardzo życzliwa i opiekuńcza w stosunku do wszelkich „kulawych kurcząt”, oraz skora do pomocy wszystkim poszkodowanym przez los.

             Swoje pamiętniki spisała w dość zaawansowanym wieku, w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych, ale kiedy jeszcze była dość sprawna umysłowo. Z rodziny, pokazała fragmenty tylko Bożenie, Mamie, z oczywistych powodów, nie pokazała ich nigdy.

              Jej stosunek do rodzinnych historii i w ogóle do rodziny był dość skomplikowany. Ze swoją kuzynką Marią, córką Henryka, utrzymywała podobno jakiś kontakt, jednak każdą wzmiankę o tej części rodziny zbywała lekceważeniem. Wszelkie odnawiane kontakty rodzinne z zewnątrz, albo natychmiast zdecydowanie przerywała, albo spychała właśnie na kuzynkę Marię. Jednak pewien tego nie jestem, bo i o tych kontaktach jeśli nie łgała na potęgę, to przynajmniej starała się je przemilczeć. Tak było z wizytą młodych Balińskich z Australii.
       Było to na początku lat siedemdziesiątych. Jechałem do Mamy do Szczawna i miałem już wykupiony bilet na pociąg. Już nie pamiętam po co wstąpiłem do Romy na Belgijską, zagadałem się i do odjazdu miałem bardzo mało czasu. W szybkim tempie pokonałem schody i na „Wenecji”, jak nazywaliśmy prowadzące z poziomu ulicy pomosty, wchodzące do kamienicy prawie w połowie wysokości budynku, spotkałem grupkę młodych osób. Były to, na ile pamiętam, dwie młode, śliczne, roześmiane dziewczyny i jakiś chłopak. Zapytały mnie, czy wiem gdzie mieszka pani Śniadecka, bo one są jej krewnymi z Australii. Odpowiedziałem, że wiem doskonale, a jak z ich słów wynika, ja też jestem ich krewnym. Skierowałem ich do mieszkania Romy, przeprosiłem i pognałem na dworzec. Ledwo zdążyłem. Jakiś tydzień, czy dwa później Roma przyjechała do Szczawna i wtedy zapytałem ją jak poszło jej to spotkanie z Balińskimi. Odpowiedziała pytaniem na pytanie: „Z jakimi Balińskimi?” Trochę zgłupiałem i przypomniałem jej całą tę niedawną skądinąd sytuację. Wyparła się w żywe oczy, twierdząc, że coś zmyślam. Trochę się zdenerwowałem jawnym oskarżeniem takim mnie o kłamstwo i już lekko wściekły jeszcze raz opisałem całą sytuację. Z niechęcią stwierdziła, że „być może było coś takiego, jacyś młodzi faktycznie zawitali do niej wieczorem, ale nawet nie wpuściła ich za próg i odesłała do rodziny Henryka”. Ci Balińscy nigdy więcej nie nawiązali kontaktu, a szkoda, bo byli bardzo sympatyczni. Dlaczego Roma tak się zachowała – nie mam pojęcia. Nie pierwszy raz zresztą niesłusznie zarzuciła mi kłamstwo, zdarzało się to jej przy wielu okazjach. Zdecydowanie mnie nie lubiła co tak naprawdę uświadomiłem sobie dopiero wiele lat później. Nie mam pojęcia dlaczego, być może zbyt mocno przypominałem jej znienawidzonego szwagra, a może w ogóle niezbyt lubiła mężczyzn.

*

Dziadek Roman, któremu Ojciec postarał się o pracę pod Białymstokiem, w gajówce Burczyk, dość szybko został odesłany na emeryturę, śmiesznie niską zresztą. Później przez kilka lat, już jako emeryt, żeby przeżyć dorabiał sobie stróżując i opiekując się willą w Jastrzębiej Górze, należącą do jakichś znajomych, mając tym samym zapewnione mieszkanie i jakiś byt. (Sąsiadowała z willą ukradzioną przez Bieruta Eugeniuszowi Kwiatkowskiemu, budowniczemu Gdyni, który to „prezydent” nawet skracał sobie drogę przez podwórko tej dziadkowej willi, o czym, z niekłamanym wzruszeniem informuje Roma w swoim pamiętniku.) W międzyczasie, gdzieś już po wojnie, pobrali się z Janką. W połowie lat pięćdziesiątych ta praca się skończyła i wylądował z babcią Janką u nas w Osowie, kiedy mieszkaliśmy już w leśniczówce.

W Jastrzębiej Górze Dziadek Roman przyhołubił wałęsającego się, bezpańskiego pięknego wilczura,

z którym przyjechał do nas do Osowa. Było to wielkie, ponure psisko, wpatrzone w niego jak w tęczę, a ignorujące totalnie wszystkich i wszystko co nie było Dziadkiem. Kiedy spotkał go po raz pierwszy był kompletnie zdziczałym, wychudzonym zwierzakiem, który podkradał jakieś odpadki na podwórku willi. Dziadek podrzucił mu jakieś żarcie, ale on tylko pokazał zęby, zawarczał i uciekł. Następnego dnia wrócił i zjadł to podrzucone mu poprzedniego dnia jedzenie. Dziadek cierpliwie wystawiał mu miskę z jedzeniem i psisko zaczęło przychodzić regularnie. Po jakimś czasie przestał uciekać kiedy Dziadek wychodził na ganek a on jadł. I tak, stopniowo, przez kilka miesięcy oswajał się coraz bardziej, aż wreszcie wziął jedzenie z ręki. Po kilku dniach dał się nawet pogłaskać po łbie, chociaż jeszcze warczał. W końcu Dziadka zaakceptował całkowicie i bez reszty. Na szyi miał metalową obrożę z mosiężną plakietką z imieniem „Wolf”. Wolf był niemłodym już, cztero czy pięcioletnim, prawdopodobnie esesmańskim psem i najprawdopodobniej ze Stuthofu. Osławiony „marsz śmierci” z tego obozu kończył się nie tak daleko od Jastrzębiej. Jego opiekun pewnie dostał gdzieś po drodze w łeb i pies został sam. Reagował bardzo karnie na niemieckie komendy, a jego ponury stosunek do wszystkich ludzi Dziadek tłumaczył metodą szkolenia, jaką stosowali Niemcy. Była to znana hodowcom psów (na szczęście już zarzucona) tzw. „metoda oberleanderowska” polegająca na wymuszaniu karności głównie biciem. Stosowano ją do psów nieco starszych, mniej więcej trzylatków. Pies stawał się ostry i nienawidzący ludzi, ze swoim opiekunem włącznie. Takie psy świetnie sprawdzały się w obozach koncentracyjnych. To, że Wolf był psem obozowym Dziadek nam udowodnił w bardzo prosty sposób. Opowiadał właśnie całą tę historią, gdy nadszedł Gerhard Wenta, młody sąsiad, chyba wówczas 17/18-latek, w cyklistówce na głowie. Na komendę Dziadka: „Die Mütze ab!” pies błyskawicznie wyskoczył w górę i ściągnął chłopakowi czapkę z głowy, po czym z tą czapką w zębach usiadł i czekał na pochwałę. Gerhard osłupiał i bał się poruszyć. Dziadek wyjaśnił, a ja to spotkałem później w literaturze, że była to stała i znana powszechnie „zabawa”, stosowana nagminnie przez przewodników psów, tak esesmanów jak i niemieckich żandarmów. Dziadek był prawdopodobnie pierwszym człowiekiem, który traktował go naprawdę po ludzku i Wolf odpłacał mu to wielką miłością i bezgranicznym zaufaniem. Wolf żył jak na psa bardzo długo, jak szacunkowo obliczaliśmy jakieś 18 – 19 lat, i skończył swe życie na rok przed śmiercią Dziadka.

                                                                 *

          Co w tym pierwszym powojennym okresie działo się z resztą rodziny? Stryj Zbyszek, zawodowy oficer nie mając żadnej innej profesji, po opuszczeniu obozu błyskawicznie wylądował w ludowym wojsku. Oczywiście w kawalerii. Czerwoni, którym bardzo brakowało fachowej kadry uznali jego stopień, awansując go jeszcze szybko na rotmistrza. Jedynym nieprzyjemnym warunkiem było wstąpienie do partii, co jednak wówczas uważał za czystą formalność. Stacjonował na Pomorzu Zachodnim w Sławnie.

          W Sławnie poznał Ruth Koeller, młodziutką dziewczynę, tamtejszą Niemkę, i trochę opiekował się nią i jej rodziną. Z tego szybko nawiązał się romans, chyba przez Zbyszka traktowany dość poważnie, sądząc z pamiątek które zachowała Ruth. Wkroczyła w to jego zwierzchność, a najprawdopodobniej Informacja Wojskowa, z wojskowym taktem i zdecydowaniem. Zbyszka oddelegowano nagle na dłuższy czas w drugi koniec Polski, a kiedy wrócił do Sławna, po Ruth nie było już nawet śladu. Podczas jego nieobecności i ją, i całą jej rodzinę deportowano w głąb Niemiec. Nie wiedział, że była z nim w ciąży, nie zdążyła mu o tym powiedzieć. I tak, do 2008-go roku nie wiedział nikt z nas, że mam stryjecznego brata, młodszego ode mnie o pół roku. Ruth szukała Zbyszka bezskutecznie przez Czerwony Krzyż, za każdym razem otrzymując odpowiedź, że taki człowiek nie istnieje w PRL-u. Niemniej, jej syn Christian wiedział dzięki swej Matce kim był jego ojciec i nie zaprzestał poszukiwań. Przypadek sprawił, że wpadł na ślad Zbyszka dopiero w dwa lata po jego śmierci. Pomijając wszelkie dokumenty i zdjęcia, jest tak podobny do swego Ojca, zarówno psychicznie jak i fizycznie, że nawet gdyby chciał, nie mógłby się go wyprzeć. A szczęśliwie nie chciał. Tu jeszcze jedna ciekawostka: Nie dość, że jest w tym samym wieku co ja, to jeszcze miał identyczne jak moje pasje i zainteresowania, ten sam zawód i stanowisko. Co dziwniejsze,w tym samym czasie braliśmy ślub, jego żona jest w tym samym wieku co moja, i ma ten sam zawód. I nie wierz tu w genetyczną dziedziczność! Tyle, że żyjąc w równie zniszczonym jak mój kraju, ale w kraju wolnym, miał zupełnie inne warunki do rozwijania swoich pasji. Np. zdobył licencję pilota silnikowego a ja musiałem poprzestać na podstawowym kursie szybowcowym. Niemniej podobieństwa są uderzające, więc na pewno nie „byt kształtuje świadomość”. Poznając lepiej swego stryjecznego brata stałem się zaciekłym natywistą.

          Swoją drogą, jakie paskudne figle płata los. Rodzina tak ucierpiała podczas okupacji niemieckiej, tak bolesne poniosła straty, tak była zaangażowana w walkę z okupantem, a tu nagle zjawia się najbliższy krewny – rodowity Niemiec. Troszkę szok. Na szczęście moi Rodzice nigdy nie byli rasistami i nigdy też nie obciążali wszystkich Niemców odpowiedzialnością za zbrodnie ich socjalistycznego reżimu (Tak zresztą jak i wszystkich Rosjan. I wśród jednych i drugich byli ludzie bardzo przyzwoici.). Dla mnie nasze osobiste kontakty z miejscowymi w Osowie Lęborskim i znane nam, często tragiczne, powojenne losy niektórych jego mieszkańców, też zapewne odegrały w tym jakąś rolę. Ale przewrotność historii jest w tym przypadku oczywista.

         W drugiej połowie lat czterdziestych skierowano Zbyszka do Wyższej Szkoły Piechoty w Rembertowie. Rok wyżej, czy też niżej, studiował razem z nim niejaki Wojciech Jaruzelski. Jak kiedyś Zbyszek wspominał, był bardzo ambitnym, choć niezbyt koleżeńskim słuchaczem typu „kujon”, a kurs skończył z wyróżnieniem. Znając dziś jego agenturalną przeszłość to wyróżnienie wygląda nieco inaczej. Z miejsca też otrzymał po ukończeniu szkoły dość wysokie stanowisko w linii, bodajże w Szczecinie (ale zdaje się jako oficer polityczny), a Zbyszek pozostał jako wykładowca w tejże szkole w Rembertowie. Tam poznał swą późniejszą żonę Sławkę, która chyba pracowała wówczas w tamtejszym kasynie, czy jakiejś restauracji. Cała nasza rodzina serdecznie jej nie znosiła, jak się wydaje z wzajemnością. Słabo ją pamiętam, bo widziałem ją w życiu tylko kilka razy, ale robiła na mnie niesympatyczne wrażenie. Była w stosunku do mnie oschła, niekontaktowa i dość czepska. Cóż – byłem bałaganiarzem, a ona była wręcz maniakiem czystości i porządku. Dzieci nie mieli, nad czym Zbyszek, jak dało się wyczuć, ubolewał, rozwydrzając nas niemiłosiernie, więc chyba była o niego normalnie zazdrosna. Tak przynajmniej ja to zawsze odczuwałem. Dzięki Zbyszkowi pierwszy raz w życiu oglądałem telewizję, jeszcze jako zupełny maluch, przy okazji jakiejś wizyty w Warszawie. Uruchomiono wtedy pierwszy po wojnie nadajnik TV w Pałacu Kultury. Dla szerokiej publiczności wystawiono w hallu tegoż Pałacu odbiornik i tłumy warszawiaków stały godzinami przed aparatem wpatrując się w ekran. Zabrał mnie tam i Zbyszek. Tłum całkowicie zasłaniał mi telewizor, więc Zbyszek posadził mnie „na barana” na ramionach i tak oglądaliśmy program. Niebieskawy obraz migotał i skakał niemiłosiernie, a że staliśmy na samym końcu to praktycznie nie docierał do nas dźwięk. Zapamiętałem jednak film, a leciało wtedy akurat coś Disney’a z serii o Myszce Miki, a konkretnie sceny z psem Goofy’m (a może z psem Pluto?). Treści nie dało się prześledzić i do dziś mam przed oczami tylko ten skaczący, rwany obraz disneyowskiego psa i migotanie małego, niebieskawego ekranu. Nie pamiętam, ale jak mi się teraz wydaje, Zbyszek był już w cywilu.

       Niedawno obchodzono szumnie sześćdziesiątą rocznicę powstania TVP liczoną oczywiście od tych pierwszych transmisji z Pałacu Kultury. Oczywiście dzięki „radzieckiej” pomocy i na sowieckim sprzęcie. Jakoś dziwnie zapomniano, że przed wojną już istniała u nas telewizja. W 1939 roku zarejestrowanych było w Warszawie 400 aparatów odbiorczych i nadawano cotygodniowo stały kilkugodzinny program. Nadajnik znajdował się na budynku PAST-y, jednym z dwu warszawskich, przedwojennych wieżowców. Nie pamiętam czy była to aparatura licencyjna, czy też było to osiągnięcie naszej własnej myśli technicznej. Datę uruchomienia telewizji należałoby więc przesunąć o dobre kilkanaście lat. Cóż, ale okazałoby się, że istnienia TV nie zawdzięczamy sowieckiej, przodującej myśli technicznej, lecz samym sobie, albo nie daj Bóg, wstrętnym Amerykanom. Kłamstwo przemilczenia nadal u nas króluje w najlepsze, nawet w drobnych rzeczach. Co ciekawe, całą tę historię przedwojennej TV opisano dość dokładnie bodajże w „Młodym Techniku”, chyba już w latach sześćdziesiątych. Teraz ją starannie zapomniano. A może rocznica nie była „okrągła”?

       Jak wspomniałem, Zbyszek wojsko opuścił z hukiem, składając swą legitymację partyjną i dzięki woldenberskim znajomościom został jednym z dyrektorów w „Społem”, instytucji nie całkiem jeszcze państwowej, lecz spółdzielczej, czyli teoretycznie wówczas półprywatnej. Tam też pracował do emerytury. Z wojska wyszedł w stopniu majora, nie wiedząc, że wcześniej został mianowany podpułkownikiem i że nowy stopień został już zatwierdzony, także przez sowieckiego dowódcę. Być może to najlepiej uchroniło go przed jakimiś represjami – sowiet musiałby się przyznać do błędnej oceny, a to na pewno nie pomogłoby mu w karierze. A sowieci, zwłaszcza ci z GRU, czy NKWD, byli wówczas wszechwładni, także wobec Informacji Wojskowej, i nie mogli się mylić. W każdym razie ani sam Zbyszek, ani nikt w rodzinie, nie znał jego właściwego stopnia i na nagrobku na Powązkach figurował jako major. Stopień podpułkownika zweryfikowano mu pozytywnie kolejny raz jeszcze w 1978 roku, ale nadal tajnie. Dopiero odtajnienie akt WSI przez zespół Macierewicza ujawniło ten fakt, a do nas dotarło to poprzez Christiana i Bundesarchiv, z którego otrzymał on informacje o swoim Ojcu uzyskane przez niemieckie ministerstwo z naszego MON. Na dokumencie przekreślono napis „Tajne” i napisano „Jawne”. Ten prosty zabieg utajnienia stopnia pozwolił socjalistycznemu państwu na poczynienie drobnych oszczędności na emeryturze Zbyszka, jak zapewne i innych jemu podobnych, dzięki czemu to państwo mogło dofinansowywać wysokie emerytury „swoich” pokroju Humera, Morela, czy Wolińskiej. Oczywiście nie było to jedyne źródło wysokich emerytur tych ostatnich i z pewnością najmniej istotne, ale jest niezłym przykładem funkcjonowania tego systemu.

     Kontakty ze Zbyszkiem były dość rzadkie, z racji raczej sporadycznych moich wizyt w Warszawie. Znacznie lepszy miał kontakt z Rafałem, synem swego brata Wiktora a mojego stryja, znacznie starszego ode mnie i mieszkającego blisko stolicy, który zwłaszcza po śmierci Matki, zwracał się do niego z wszystkimi kłopotami. Z tego co wiem Zbyszek wspierał go jak mógł, ale też miał dość krytyczny stosunek do jego trybu życia. Zwłaszcza do ewidentnego alkoholizmu.

         Zbyszek był niezwykle elegancki i przystojny. Jak pamiętam z opowiadań Joli, udawało jej się czasami namówić go na spacer w rejon gdzie bywały jej koleżanki z liceum na Stawkach. Nie wiedząc, że jest to stryj, zazdrościły jej tak efektownego amanta. Jola nie wyprowadzała ich z błędu, a Zbyszek oczywiście o wszystkim wiedział i dzielnie jej sekundował w oszustwie.

        Podczas każdego pobytu w Warszawie obowiązkowo bywaliśmy u Zbyszka na Ochocie, co Sławka przyjmowała z kwaśną miną. Pamiętam jedną z takich wizyt, chyba na początku lat sześćdziesiątych. Mieszkanie było małe, słoneczne, lśniące parkietem i jasnymi meblami „na wysoki połysk” w stalinowsko – biedermaierowskim stylu wczesnych lat pięćdziesiątych. W „salonie” z boku stał telewizor, na ile pamiętam „Wawel 2” w drewnianej obudowie i z maleńkim ekranem. W mieszkaniu „wylizanym” do połysku królowała Beksa, ulubiony, płomiennorudy seter irlandzki, używany przez Zbyszka do polowań. Jak Sławka utrzymywała tak nieskazitelną czystość mieszkania w obecności Beksy pozostaje dla mnie tajemnicą.

         Chyba w końcowych latach podstawówki byłem z dwa razy razem ze Zbyszkiem na stadionie „Skry”, na zawodach żużlowych, których był namiętnym kibicem. Za pierwszym razem usiedliśmy zbyt blisko bandy, tuż przy wirażu i w trakcie zawodów musieliśmy uciekać wyżej na trybuny przed lecącymi odłamkami żużla. Jeździli wtedy Poukart, Żyto i wspaniały dla mnie Duńczyk Nielsen, z piękną głową Indianina w pióropuszu na plastronie, czarną, na czerwonym tle. Było to na kilka lat przed przebudową stadionu „Skry”, zgodnie z ówczesną polityką władz, na lekkoatletyczny. Od tamtych lat do dzisiaj Warszawa nie ma żadnego stadionu żużlowego, a zaniedbany, lekkoatletyczny stadion „Skry”, nieużywany, powoli i nieodwracalnie niszczeje.

        Gdzieś pod koniec lat sześćdziesiątych, czy w początku siedemdziesiątych, Zbyszek rozstał się ze Sławką i przez kilka lat pozostawali w separacji. Zostawił jej mieszkanie na Ochocie sam przenosząc się na Żoliborz. Chyba nigdy tam u niego nie byłem. Sławka zmarła prawdopodobnie około połowy lat siedemdziesiątych.

Kilka lat po jej śmierci Zbyszek ożenił się ponownie z szalenie ciepłą, serdeczną osobą. Ciocia Janeczka w błyskawicznym tempie podbiła serce całej rodziny. Wkrótce przenieśli się na Chomiczówkę gdzie stałem się dość częstym gościem, chociaż każda wizyta groziła śmiercią z przejedzenia z powodu gościnności Janeczki.

      Po śmierci mego Ojca, zwłaszcza od początku lat dziewięćdziesiątych, te kontakty ze Zbyszkiem i Janeczką stały się bardziej intensywne. Zbyszek z pasją zajmował się działką i z zapałem hodował na niej jakieś warzywa i owoce. Zwłaszcza pomidory. Jego specjalnością kucharską była jajecznica na pomidorach i śmietanie, według własnego pomysłu. Stała się stałym elementem tych wizyt, całkiem zresztą smacznym. Innym stałym elementem tych warszawskich spotkań było przeglądanie albumów ze zdjęciami jeszcze z czasów Szkoły Oficerskiej w Grudziądzu i wspominki o czasach przedwojennych. O ile większość opowieści o Jaźwińcu i Smolnej, gdzie był regularnym gościem swego brata, była mi znana z opowiadań Mamy i Ojca, o tyle opowiadania z jego własnego życia były fascynujące. Niestety nie zapisywałem ich i tylko nieliczne zostały mi w pamięci.

        Zbyszek część swoich wakacji i urlopów spędzał zawsze u moich Rodziców, stąd wiele z tych opowiadań dotyczyło Smolnej. Tam właśnie uczył się polować pod opieką nieocenionego Smyka. Kiedyś Ojciec wysłał ich po coś na obiad i Zbyszek, zobaczywszy zająca, odruchowo, nie namyślając się, wystrzelił. Traf chce, że było to w okresie ochronnym i na początku Zbyszkowej wizyty. Smyk przybiegł na odgłos wystrzału i tylko pokręcił głową – wpadka. Kombinowali co z tym fantem zrobić, Smyk chciał wziąć winę na siebie, ale to by było zbyt grubymi nićmi szyte. Pech chce, że przy wejściu na podwórze leśniczówki natknęli się na mojego Ojca, a nie zdążyli niczego jeszcze wymyślić. Ojciec kazał Zbyszkowi odwiesić flintę i do końca pobytu nie wolno mu było jej tknąć. Na próżno Smyk wstawiał się za swoim młodym uczniem – braciszek był nieubłagany. Ale Zbyszek przyznał, że zapamiętał tę nauczkę na całe życie i nigdy więcej nie zdarzył mu się taki błąd. Ale sezon łowiecki miał zmarnowany.

        Pamiętam jego opowieść z grudziądzkiej podchorążówki o pierwszym przydzielonym mu koniu. Był to wielki, mocno zbudowany kasztan, pięknie przystrojony czerwonymi wstążkami, misternie wplecionymi w grzywę i w ogon. Zbyszek był zachwycony. Wkrótce przekonał się że jest to bydlę wyjątkowo złośliwe i oporne – kopie, gryzie i zrzuca. A te wstążki właśnie to sygnalizują. Męczył się z nim dwa, czy trzy miesiące, po których wreszcie pozwolono mu zmienić mu konia.

         Temu narowistemu koniowi zawdzięczał odsiadkę na drewnianej kobyle stojącej na dziedzińcu szkoły. Była to kara o której nie wspominano jakoś w znanych mi pamiętnikach i wspomnieniach absolwentów grudziądzkiego CWK. Widocznie absolwenci starali się bardzo o niej zapomnieć, jako że była wyjątkowo dotkliwa i niezbyt zaszczytna. Zbyszek wprawdzie jeździł konno, ale bardzo po amatorsku. W CWK obowiązywała maneżowa szkoła austriacka, prawdziwa wyższa szkoła jazdy, toteż szlifowano go jak rekruta. Poważniejsza wpadka we wszystkich „końskich sprawach”, także szkoleniowych, była ostro karana. Dzięki swemu rumakowi Zbyszek także zaliczył taką poważną karę (o pomniejszych nie wspominał) i to bodajże dwukrotnie. Polegało to na tym, że podchorąży musiał stawić się w pełnym, nienagannym oporządzeniu, z siodłem i wszystkim co mu Bozia i armia dała. Potem musiał starannie okulbaczyć naturalnej wielkości groteskową, drewnianą końską makietę, dosiąść jej i tkwić tam około dwu godzin, w idealnej pozycji, nieruchomo niczym na warcie honorowej. Wszystko to, mówiąc dzisiejszym językiem TV, „w porze największej oglądalności” i oczywiście w czasie wolnym. Najgorsze były w tym drwiny kolegów, a celowali w tym podchorążacy ze starszych roczników. Kara nie zwalniała od obowiązków, a najmniejsze błędy w wykonaniu skutkowały jej przedłużeniem.

            Mało kto wie, że ułani przechodzili też w sezonie zimowym szkolenie narciarskie i Zbyszek również takie szkolenie przechodził. Jak wiem z opowiadania Ojca, w czasie pobytu na takim zimowym zgrupowaniu w Worochcie zdarzył mu się przykry wypadek. Zbyszek na nartach jeździł ponoć już nieźle i bardzo lubił samotne narciarskie wyprawy. W czasie jednej z nich złamał nogę w dość dużej odległości od Worochty i dość wysoko w górach. Przy pomocy wojskowych, mundurowych, skórzanych pasków i znalezionych kawałków drewna zaimprowizował prowizoryczne łubki, usztywnił nogę i zjechał kilkanaście kilometrów do Worochty. Tam założono mu gips zdjęty dopiero w Grudziądzu, co dało mu krótki okres wytchnienia od najcięższej służby. Zbyszek potwierdził tę historię, ale dodał, że później musiał ciężko odrabiać ten okres luzu, bez żadnej taryfy ulgowej. Miałem złamaną nogę i wiem jak to wygląda, więc ten wyczyn Zbyszka zawsze strasznie mi imponował.

           Pomimo długiej przerwy podczas pracy w „Społem” pozostał świetnym „koniarzem”. Chyba gdzieś w połowie lat dziewięćdziesiątych był u nas w Szczawnie (Może znacznie wcześniej, dziś już nie pamiętam kiedy.). Nie wiem czy kupował na aukcji, czy też tylko transportował jakiegoś konia dla pana Staraka, chyba swego kolegi z CWK z którym przyjaźnił się do końca życia (był to w owym czasie jeden ze 100 najbogatszych ludzi w Polsce). Były ogromne kłopoty z załadunkiem niesfornego konia na samochodową, „końską” przyczepę. Kilku masztalerzy nie mogło sobie dać z nim rady. Zbyszek był w tym czasie zajęty rozmową z dyrektorem Stadniny Książ, panem Dąbrowskim i moją Mamą. Załadunek przedłużał się niemiłosiernie i Zbyszek w końcu się zdenerwował, rozgonił masztalerzy, złapał konia krótko przy pysku i spokojnie, bez zbędnej szarpaniny wprowadził go do przyczepy. Całość nie trwała nawet pięciu minut. Nikt nie wiedział jak tego dokonał, a Zbyszek nie zdradził tajemnicy ani przed Dąbrowskim, ani przed Mamą, z której relacji znam całe to zdarzenie.

           Stosunek Zbyszka do koni był bardzo pragmatyczny – zero sentymentalizmu i romantyzmu. Zawsze powtarzał, że koń to najgłupsze zwierzę. Ale równocześnie potrafił jednym tchem wymienić wszystkie konie które znał, ich własne cechy, indywidualne charaktery. Od szkap Ojca na Smolnej, poprzez podchorążówkę, do „Wiosny” w Sławnie, już w LWP. O każdym mógł długo opowiadać, a kiedy mówił o „swoich” wierzchowcach można było odnieść wrażenie, że mówi o przyjacielu. Niekonsekwencja? Chyba jednak nie, bo było to charakterystyczne dla znanych mi koniarzy, a kilku trochę znałem. Jedyne skojarzenie jakie mi się nasuwa to fani motocykli. Dbają o swoje maszyny, pielęgnują je z oddaniem, ale kiedy zdarzy się im jakaś kraksa, czy poważna awaria i są zmuszeni go skasować, to fundują sobie nowy i traktują go identycznie A stary wspominają z rozrzewnieniem i miłością.

         Oglądanie albumów ze Zbyszkiem było wielką frajdą. Był wspaniałym gawędziarzem więc każde niemal zdjęcie było barwnie omówione. Zawsze też takie oglądanie było zakończone moją prośbą, by wreszcie podpisał te swoje zdjęcia ponieważ masy faktów, a zwłaszcza nazwisk, nie byłem w stanie zapamiętać. I Zbyszek nieodmiennie obiecywał, że do mej następnej wizyty na pewno je podpisze. Nigdy tej obietnicy nie spełnił mimo, że oferowałem swoją pomoc. Tak samo jak jego brat a mój Ojciec, który mimo solennych obietnic nigdy nie spisał swych perypetii wojennych.

         Samą wojnę Zbyszek wspominał niechętnie. Już w pierwszych dniach został wysłany na rozpoznanie, gdzie razem z dowodzonym patrolem wpadł na zmotoryzowaną grupę niemiecką i nie zdołał się wycofać, nie mając zresztą żadnych szans. A jak mówił z goryczą – nie zdążył oddać nawet jednego wystrzału. No i wylądował w obozie, najpierw w Lienzu, a potem w Oflagu IIc Woldenberg. Miał na tym tle wyraźny kompleks, zwłaszcza wobec reszty rodziny, mocno zaangażowanej w konspirację. Jego ideałem była Grażynka w której prawdopodobnie podkochiwał się jeszcze jako licealista. Prowadził z nią z obozu stałą korespondencję, aż do jej śmierci, którą przeżył chyba bardzo boleśnie. Idealizując (słusznie) Grażynę, dość lekceważąco traktował okupacyjną przeszłość swej żony Janeczki, co było wyjątkowo niesprawiedliwe. A pełniła ona bardzo niebezpieczną i odpowiedzialną funkcję jako łączniczka grupy likwidacyjnej przy dowództwie białostockiego Okręgu AK. Grupa ta wykonywała m. in. wyroki sądów AK na zdrajcach, szmalcownikach itp. „zasłużonych” oprawcach. Tę samą funkcję pełniła po wojnie w ROAK w tymże Okręgu, u płk. Liniarskiego. O tym jednak dowiedziałem się już po śmierci Zbyszka z monografii poświęconej temu okręgowi, a Janeczka była mocno zdziwiona zarówno faktem, że o tym wiem, jak i moim pełnym szacunku stosunkiem do jej służby w AK. I wtedy też wyszedł na jaw ten żal do Zbyszka o lekceważenie jej przeszłości.

          Korespondencję Zbyszka z obozu, w tym i sporo listów do Grażyny przechowywała po śmierci Mamy moja siostra Jola. W niewyjaśnionych okolicznościach ta korespondencja zaginęła. Na szczęście zachowało się nieco tych listów w papierach Dziadka Romana zachowanych u Romy. Zeskanowane przesłałem je Christianowi.

      Na początku lat dziewięćdziesiątych, Zbyszek, wraz ze swym przyjaciele Jaworskim, również kawalerzystą, mocno zaangażował się w organizowanie zjazdów kombatantów z CWK w Grudziądzu, tworzenie izb tradycji i tym podobne działania. Zdarzył się wówczas niewyjaśniony do dziś wypadek. Zbyszek został brutalnie napadnięty i pobity w chwilę po wyjściu z ogródków działkowych. Uderzono go znienacka od tyłu tak, że nie widział napastników. Dłuższy czas leżał nieprzytomny zanim ktoś wezwał pogotowie i policję, jednak nic nie zginęło, nie okradziono go, zostawiono mu i portfel z gotówką i dość drogi zegarek. Co ciekawsze, policja znalazła na miejscu napadu zgubione, prawdopodobnie przez napastników, numerowane kluczyki od samochodu. Nigdy nie znaleziono sprawców, a policja zrzuciła to na jakichś mitycznych „zwykłych chuliganów”. Chuliganów podjeżdżających samochodem? Dziwnie to wyglądało, a sam Zbyszek nigdy nie zdołał wyjaśnić komu i czym się naraził. A może nie chciał?

         Zmarł w czasie mojej nieobecności w Polsce. Na pogrzebie były z naszej strony jedynie Jola i Bożena. Mało nas zostało, i po Jego śmierci ja zostałem nieoczekiwanie seniorem rodziny. Te króciutkie wspomnienia o Nim to hołd złożony Jego pamięci. O wiele niewystarczający – tyle co w mojej pamięci zostało.

                                                                   *

       Najmniej mam wiadomości o Wiktorze i jego rodzinie. Z zawodu był nauczycielem (chyba jakieś przekleństwo rodzinne) i przed wybuchem wojny pełnił funkcję kierownika małej, wiejskiej szkoły w Królowej Woli pod Inowłodzem. Jego żona, a moja ciotka Marynka (Maria), była z pochodzenia Ukrainką, z domu Homeniuk. Mieli dwu synów: starszego Rafała i młodszego Krzysztofa – „Citka”. Przezwisko Citek zawdzięczał Rafałowi, który jako maluch tak wymawiał imię swego brata i co już zostało – nikt inaczej go nie nazywał.

         Historia Marynki jest charakterystyczna dla południowych kresów. Jej rodzice zginęli, zupełnie nie wiem w jakich okolicznościach, a dzieci, ją i jej brata Pawła, wychowywali jacyś dalecy krewni, czy też osoby zupełnie obce, Jak mi się wydaje Marynka była chyba nawet w jakiejś szkole klasztornej – nie jestem jednak tego pewien. Zgodnie z niepisanym prawem obowiązującym na tamtych terenach, syn był wychowywany w religii ojca, a córka w religii matki. I tak Pawło, rodzony brat Marynki, został wychowany na ukraińskiego nacjonalistę, w religii unickiej, grekokatolickiej, a ona w duchu polskim jako katoliczka. Miało to później swoje reperkusje – rodzeństwo nie utrzymywało z sobą żadnego kontaktu, a podobno w czasie wojny Pawło Homeniuk znalazł się w UPA. Jak głosiła wieść rodzinna osiągnął tam dość wysoki stopień – rzecz dla mnie nie do zweryfikowania. Była to w rodzinie rzecz dość wstydliwa i nikt o tym wprost nie wspominał, krążyły jedynie jakieś ciche pogłoski i w takiej też formie dotarły do mnie.

         Na tej części rodziny wojna chyba najmocniej odcisnęła swoje piętno. Wiktor, Witek jak go zawsze zdrobniale i nieprawidłowo nazywano w rodzinie, był komendantem placówki AK w Królowej Woli. Nosił pseudonim „Zagon” i miał stopień podporucznika. Został aresztowany, prawdopodobnie na skutek donosu, 6-go kwietnia 1943 roku i po krótkim śledztwie na Gestapo wysłany do Auschwitz. Aresztowano go niespodziewanie podczas obiadu, odrywając go brutalnie od stołu przy którym siedział wraz z żoną i dziećmi. Jego syn Rafał zapamiętał ten moment na całe życie. Losy Witka po wysyłce do Auschwitz, jak i okoliczności jego pobytu w obozie nie są znane. Marynka jednak nigdy nie pogodziła się ze stratą męża i szukała go do końca swego życia. Poszukiwała go przez Polski Czerwony Krzyż skąd uzyskała jego obozowy numer 109183, rozmawiała z więźniami którzy ten obóz przeżyli i jedyne co na tej podstawie udało się jej ustalić, to że Witek obóz prawdopodobnie przeżył, że być może brał udział w osławionym „Marszu śmierci” i, że ostatni raz widziano go chyba na owych transportowych okrętach z więźniami, zbombardowanych bezmyślnie przez aliantów pod Hamburgiem. Wszystko to bardzo niepewne i nieudokumentowane.

         Wiąże się z tym trochę niesamowita i nigdy nie wyjaśniona historia. Gdzieś około 1949 roku przyszła do Marynki paczka ze Szwajcarii, zawierająca jakieś prezenty dla jej synów. W paczce nie było żadnego listu, nadawca był nieznany ale, jak utrzymywała Marynka, adres był pisany z pewnością ręką Witka. W paczce znajdowały się ubrania dla dwu chłopców, lecz ich rozmiary były takie jakie synowie Witka mieli sześć lat wcześniej, w 1943 roku, a więc w chwili aresztowania ich Ojca. Przy czym nadawca, wysyłając ubranka dla dwu chłopców, najwyraźniej nie wiedział, że Citek już nie żyje – utonął rok wcześniej w jeziorze Lubygość, podczas wizyty Marynki u moich rodziców w Mirachowie. Ani Marynce, ani nikomu z rodziny, nigdy tej sprawy nie udało się wyjaśnić. Obecnie sytuacja jest jeszcze bardziej zagmatwana. W drugiej połowie lat sześćdziesiątych byłem z wycieczką studencką na południu Polski. W programie było głównie zwiedzanie Krakowa, Zakopane i jednodniowa wycieczka do Auschwitz. Pamiętam ją jako bardzo ciężkie przeżycie. Sam obóz zrobił na mnie wstrząsające wrażenie, pogłębione tym, że pod sam koniec zwiedzania, na dużej tablicy przed blokiem śmierci (chyba przed blokiem 10-tym) znalazłem nieoczekiwanie zdjęcie stryja Witka. Nie zwróciłbym uwagi na samo zdjęcie gdyby nie wpadł mi w oko podpis pod nim zawierający obozowy numer, imię i nazwisko oraz dane osobowe. Zupełnie tego się nie spodziewałem i przeżyłem szok. Nie miałem aparatu i nie udokumentowałem tego, byłem zresztą tak zdołowany, że nie pomyślałem nawet, żeby te dane spisać. Zdaje się, że spod tej tablicy odciągnął mnie kolega, Marian Doboszyński i chyba tylko on był tego świadkiem. Do końca wycieczki nie mogłem się pozbierać. Jak pamiętam, jeden szczegół tego zdjęcia rzucił mi się w oczy – Witek był na nim już w obozowym pasiaku, ale nie miał ogolonej głowy jak inni więźniowie na najbliższych fotografiach i być może właśnie dlatego zwróciłem na to zdjęcie uwagę. Tak mi się przynajmniej teraz wydaje. Reszta dnia minęła jak w transie. Po powrocie zdałem relację rodzinie i wyrzuciłem to wspomnienie z pamięci. Nigdy więcej w Auschwitz nie byłem i nie będę – to stanowczo zbyt ciężkie.

           Do sprawy tego zdjęcia powróciłem spisując te rodzinne wspomnienia. Napisałem e-mail do Muzeum w Auschwitz prosząc o przesłanie mi owego zdjęcia, chcąc umieścić je w tychże wspomnieniach. Otrzymałem tak suchą, że wręcz niegrzeczną odpowiedź, stwierdzającą, że takiego osobnika w dokumentacji Auschwitz nie ma i nie było, i odsyłającą mnie wręcz do diabła. Przyznam, że się wściekłem. Odpisałem równie sucho i niezbyt grzecznie, stwierdzając, że widziałem w/w zdjęcie w latach sześćdziesiątych, że poszukuje śladów swego stryja również mój stryjeczny brat, rodowity obywatel niemiecki i sugerując, że chyba byłoby lepiej gdybym jakieś dane otrzymał wcześniej ja, zanim Niemcy zrobią im jakąś awanturę. Odpowiedź przyszła bardzo szybko i była bardzo grzeczna. Urzędnik Muzeum, poinformował mnie, że dokumentacja jest niepełna bo Niemcy zniszczyli obozowe akta i niewiele się zachowało, ale że mogę znaleźć informacje o stryju w wydanej przez toż Muzeum książce o deportacjach z dystryktu radomskiego. Poszukałem jej w internecie i okazało się, że jest dostępna jedynie w wydawnictwie tegoż Muzeum, za jedne 80 zł. Biznes jest biznes – to chyba najdroższe kilka zdań w historii piśmiennictwa. Nie mówiąc o tym, że nie mam żadnej gwarancji, że cokolwiek tam znajdę. I tak znowu odesłano mnie z niczym tyle, że uprzejmiej i pozornie wykazując dobrą wolę. Niemniej wynika stąd wniosek, że w Muzeum Auschwitz widocznie brak jest skanerów i kserokopiarek, co uniemożliwia skopiowanie i przesłanie kilku zdań z ich własnej książki. Chyba, że tam nic nie ma i jest to działanie czysto marketingowe. (I oczywiście nic nie było! Sprawdziłem.) Poszukiwał stryja również Christian od którego otrzymałem kopie jego korespondencji. Co uderza w pismach niemieckich instytucji to uprzejmość i takt w ich treści, mimo równej szczupłości informacji. Jest tam jednak parę rzeczy intrygujących. Niemieckie centrum archiwalne w Bad Arolsen pisze żeby się zwrócić do Muzeum Holokaustu w Nowym Jorku, gdzie znajduje się część dokumentacji z Auschwitz. Pytanie jak i kiedy tam trafiła? W początku lat dziewięćdziesiątych sowieci (bodajże Gorbaczow) zwrócili nam pełną dokumentację obozu Auschwitz zawierającą ponoć około 1,5 miliona danych osobowych. Prawie komplet danych – takie były przynajmniej doniesienia medialne. Pozwoliło to na zredukowanie do znacznie mniejszej niż utrzymywano dotychczas liczby ofiar Auschwitz, aczkolwiek nadal koszmarnej. Bardzo to było nie na rękę „przedsiębiorstwu Holocaust” więc sprawa dość szybko ucichła, a nie bardzo wiadomo co dzieje się z tą dokumentacją. Na stronach Muzeum Auschwitz o tym nie ma nic. Na formę elektroniczną dotychczas przeniesiono, wg. informacji tegoż Muzeum, około 60 tys. akt osobowych. Na kilkadziesiąt lat działania jest to zdumiewająco mała ilość! Może jestem zbyt podejrzliwy, ale patrząc na to co dzieje się wokół tego Muzeum gotów jestem się założyć, że lwia część tych przeniesionych akt dotyczy ofiar narodowości żydowskiej. Nie neguję ogromu strat i całej ogromnej tragedii narodu żydowskiego, ale to sami Żydzi zaczęli dzielić ofiary na ważniejsze i mniej ważne. No i jako namacalny pomnik tragedii swego narodu zawłaszczyli Auschwitz I. Ze znanych ogólnie danych wynika jednoznacznie, że obóz Auschwitz I był zbudowany rękami polskich więźniów i do końca dla nich głównie przeznaczony. Żydzi byli przede wszystkim na terenie Auschwitz Birkenau, które Niemcy wycofując się zrównali z ziemią. Na terenie Auschwitz I do końca istnienia obozu przebywały jedynie nieduże grupy Żydów, używane do najcięższych prac, głównie przy sortowaniu kosztowności na tzw. „kanadzie”, oraz do obsługi krematoriów i usuwania zwłok. Trudno jednak budować „religię Holocaustu” na bazie zachowanych szczątkowo fundamentów baraków, stąd zawłaszczenie zachowanego prawie w całości Auschwitz I przez „przedsiębiorstwo Holocaust” i rugowanie z obozowej historii tragedii innych nacji. A zachowane Auschwitz I rzeczywiście robi wstrząsające wrażenie, co znam z autopsji. Smutne to, ale… biznes is biznes.

          Równie dziwnie brzmi informacja z Bad Arolsen, że 3 listopada 1973 roku Maria Stępniewicz na swą wcześniejszą prośbę otrzymała z Polskiego Czerwonego Krzyża numer obozowy Wiktora 109183, ale na podstawie ich danych numer ten należy do innej osoby. Czy więc od końca wojny do 1973 roku numer ten był przypisany do Wiktora, a potem się zmienił, czy też od początku PCK popełniało błąd? I dlaczego ktoś z Bad Arolsen podał tę powyższą informację? Wygląda na to jakby ktoś na coś chciał zwrócić uwagę, że coś tu jest nie tak. Być może jestem podejrzliwym paranoikiem, ale odkąd Niemcy zaczęły wypłacać indywidualne odszkodowania zaczęły się dziać dziwne rzeczy, pieniądze nie docierały do byłych więźniów, a w Polsce były przypadki, że fikcyjne rodziny ofiar zaczęły „odzyskiwać mienie”, zwłaszcza nieruchomości. Złodzieje wszelkiej maści zaczęli na ofiarach obozów robić interesy, z „przedsiębiorstwem Holocaust” na czele. I tak się dzieje od lat. Świat zszedł na psy i żadna moralność nie obowiązuje. Trzeba by jednak sprawdzić, kim jest ów ktoś, mający ten sam numer co Witek, kiedy przypisano mu ten numer, czy brał jakieś odszkodowanie? Może to być zwykła pomyłka, a może sam Witek zmienił tożsamość i jest to jego numer tyle, że nosił on już inne nazwisko? Ta szwajcarska paczka mogła by o tym świadczyć. Jeśli tak to dlaczego? Nie ma jednak sposobu by to sprawdzić.

          A tak na marginesie: czy zachowała się gdzieś dokumentacja sowieckiego obozu w Oświęcimiu, byłego obozu Auschwitz I, z lat 1944/1947? Ten obóz nadal funkcjonował, najpierw pod egidą NKWD do końca 1946 roku, a później pod kierownictwem UB. Siedzieli w nim i Niemcy, i Polacy, ci ostatni głównie żołnierze z AK, NSZ i WiN itp, ale też i niewygodni cywile. Nikt nie wie ilu tam zginęło, nie opublikowano też u nas żadnych relacji tych którzy ten sowiecki Auschwitz przeżyli. Sowieci byli praktyczni i prawie wszystkie obozy niemieckie pracowały po wojnie nadal pełną parą. A ich lokatorzy z terenu Polski byli wręcz ci sami – z polskich elit i z ruchu oporu. Tak było na Majdanku gdzie zaczęto więzić akowców i eneszetowców jeszcze zanim pogrzebano niemieckie ofiary obozu, tak było w KzL Warschau, którego ślady komuniści później starannie zatarli i w wielu innych. A obóz w Potulicach jeszcze chyba w początkach lat dziewięćdziesiątych pełnił funkcje więzienne. Jak było w tych obozach najlepiej oddaje książka wspaniałego, mocno wierzącego, amerykańskiego Żyda, John’a Sack’a pt. „Oko za oko”, opisująca głównie losy trafiających do nich Niemców, m.in. w Jaworznie. Los więźniów – Polaków, wspominanych w jego książce jedynie marginesowo, niewiele się jednak od ich losu różnił. A zwyrodniałemu mordercy z Jaworzna, UB- ekowi Morelowi, który gdy jego historia stała się głośna schronił się bezpiecznie w Izraelu, „trzecia Rzeczypospolita” do końca życia wypłacała wysoką emeryturę. Jego zbrodni jak i wielu innych morderców z NKWD i UB, nigdy nie ukarano i nie nagłaśniano też ich zbytnio. Cóż, historia jest bardzo ciekawa, ale funkcjonuje u nas bardzo wybiórczo. Tak jak i wymiar sprawiedliwości. Na świecie również.

        Marynka, gdy Witek nie wrócił z wojny, nie mogła dojść do siebie. Wbiła sobie do głowy, że szwagrowie powinni wziąć na siebie obowiązki zaginionego męża i, jak złośliwie komentowała po latach moja Mama – dosłownie wszystkie. Podobno zwłaszcza Zbyszek, najprzystojniejszy mężczyzna w rodzinie, najmocniej wpadł jej w oko, ale też równie mocno i skutecznie jej unikał. Trwało to do tragicznej śmierci jej młodszego syna. Wpadła wówczas w drugą skrajność, obwiniając się za jego śmierć. Zaczęła żyć jak zakonnica, modląc się godzinami i zmuszając do wielogodzinnych modlitw drugiego syna, Rafała. Do tego stała się nadopiekuńcza, kontrolując go i ściśle kierując jego życiem. I trwało to do końca jej dni.

       Marynkę znałem bardzo słabo, Rafała również, pomimo kilku jakichś ledwie zapamiętanych z dzieciństwa wizyt w ich domu, w Głoskowie pod Warszawą. Jako tako pamiętam z tych wizyt długą jazdę odjeżdżającą do Głoskowa z dworca Południowego wąskotorową ciuchcią, jej miniaturowe wagony i takiż straszliwie dymiący parowozik. Z ich niskiego, parterowego domku pamiętam jedynie olejno pomalowaną na niebieskawy kolor werandę i rozciągający się przed nią sad z maleńkim budyneczkiem gospodarczym – kurnikiem, za którym stała klasyczna drewniana ubikacja – sławojka. Równie mętnie przypominam sobie też jeden jedyny nieduży, jasny pokój, chyba w nim spałem.

          Rafał jako młody chłopak miał wspaniałe pomysły. Pewnie w czasie odwiedzin w Supraślu, czy w Mirachowie, zafascynował się niektórymi pomysłami mego Ojca, a konkretnie wychowaniem koguta niczym psa na podwórkowego stróża. Wychował sobie takiego koguta w Głoskowie. Paskudna bestia atakowała wszystkich obcych, dziobiąc ich boleśnie po łydkach. Każde wyjście poza obręb werandy narażało na atak, toteż przy gościach, obok drzwi wyjściowych stała stara rakieta tenisowa Rafała w którą zaopatrywał się każdy wychodzący do sławojki. Kogut znał ten przyrząd i kiedy widział go w czyichś rękach, zachowywał ostrożność. Czyhał jednak w bezpiecznej odległości na najmniejszą chwilę nieuwagi. Mimo, że wiele razy potraktowałem go jak piłkę tenisową, nie zrażał się i kilka razy udało mu się mnie celnie dziobnąć.

        Kury, chronione przez tego pierzastego bandytę, były wręcz bezczelne i pchały się do domu, paskudząc gdzie się dało. Rafał znalazł na to sposób. Kilka metrów od wejścia wkopał płytko nieizolowany przewód, dobrał odpowiednio napięcie i natężenie, i każda kura przekraczająca niedozwoloną linię była nieprzyjemnie kopana prądem. Człowiek również – ku radości Rafała. Podczas naszej wizyty Marynka surowo nakazała wyłączenie tej instalacji, więc nie doświadczyłem na sobie jej działania. Znam to jednak z relacji moich sióstr, wobec których Rafał nie mógł odmówić sobie satysfakcji i kilka razy bez uprzedzenia włączył to urządzenie. Efekt był podobno piorunujący. Tak samo potraktował ciotkę Sławkę, której serdecznie nie lubił, a efekt był podobno jeszcze lepszy.

         Rafał był wówczas na etapie eksperymentów z nagłośnieniem i elektrycznością, toteż i Marynka też często padała ofiarą jego dowcipów. Jednym z lepszych kawałów było umieszczenie w kurniku mikrofonu połączonego z silnym głośnikiem wewnątrz domu. Przez kilka kolejnych dni wczesnym świtem budziło Marynkę przeraźliwe pianie koguta i gdakanie kur. Rafał szybko wyłączał nagłośnienie a zaspana Marynka rozpoczynała dzień od bezskutecznego poszukiwania drobiu jakimś cudem zamelinowanego w mieszkaniu. Równie słabo pamiętam wizyty Rafała w Osowie. Jedyne co tak naprawdę zachowałem w pamięci to lekcję otwierania zamków zabezpieczających jego motocykl. Zwłaszcza stalowej linki z szyfrowym zamkiem co wykorzystywałem później do odblokowywania motorka Mamy, z opłakanym w końcu dla mnie skutkiem. Na tych kontaktach z Rafałem zaważyła z pewnością zbyt duża różnica wieku. Tak naprawdę poznałem go troszkę lepiej podczas jego wizyt u Zbyszka, już kiedy ta różnica przestała być istotna i przyznam, że bardzo go polubiłem. Te nasze spotkania były jednak dość rzadkie.

        Rafał miał trójkę dzieci. Dwie córki z jednego małżeństwa, Ewę i Martę, a z drugiego małżeństwa syna Mariusza. Próbowałem utrzymywać z nimi kontakt, ale jakoś umarło to śmiercią naturalną z powodu braku chęci z ich strony. Mariusz miał syna, z żoną się rozszedł i walczył z nią o prawo do kontaktów z nim. Prosił mnie o pomoc w mediacjach z żoną, co oczywiście skończyło się fiaskiem, po czym i z nim kontakt się urwał całkowicie.

                                                                    *

          Prawie nic nie wiem o powojennych losach mego stryjecznego Dziadka Henryka i jego rodziny. Udało mu się utrzymać jedno mieszkanie we własnym domu w Warszawie. Stracił natomiast całkowicie jakieś place w Bydgoszczy w które zainwestował przed wojną, a na których komuchy pobudowały jakieś zakłady przemysłowe. Bodajże „Romet”. Wspominał o tym z przekąsem Dziadek Roman. Przedwojenny konflikt między braćmi jak mi się wydaje jednak już wygasł, ale kontakty nadal pozostały słabe. Mama stryja nie lubiła i utrzymywała z jego rodziną jedynie bardzo oficjalne stosunki. W zasadzie żadne. Henryk miał dwójkę dzieci – córkę Marię (?) i syna Jędrzeja. Jędrzeja Mama wspominała nawet z sympatią i chyba go dosyć lubiła. Tyle, że w czasie wojny wylądował w Anglii, gdzie walczył podobno w lotnictwie polskim, nie bardzo wiadomo czy pod swoim nazwiskiem. Po wojnie ponoć wylądował w Kanadzie, wdał się w jakieś afery gangstersko–przemytnicze, zniknął raptownie i wszelki słuch po nim zaginął. Jeszcze za życia Mamy, po 2000 roku, usłyszałem od niej, że zmarł właśnie we Francji, o czym rodzinę podobno zawiadomiły władze francuskie. Od kogo Mama o tym się dowiedziała nie mam zielonego pojęcia. Tak jak i nie mam pojęcia czemu przez kilkadziesiąt lat nie dawał najmniejszego znaku życia, ani co w tej Francji robił.

         Zostawiam powyższy, pisany kursywą tekst, dla pokazania tego jak błędne i mylne są czasami rodzinne opowieści. Po opublikowaniu w „Wiadomościach ziemiańskich” części tych wspomnień skontaktował się ze mną całkowicie nieznany mi dotychczas kuzyn, Krzysztof Lempke – Śniadecki, syn Marii Śniadeckiej, a wnuk Henryka. Dzięki niemu zyskałem kilka zdjęć rodzinnych i w miarę rzetelny opis ich losów. Otóż Dziadek Henryk, najstarszy z rodzeństwa Śniadeckich studiował w Petersburgu leśnictwo i po pierwszej wojnie pracował w swoim zawodzie na dość wysokim urzędniczym szczeblu w ministerstwie leśnictwa. Ożenił się dość późno, w pierwszej połowie lat dwudziestych, z Marią z Kowerskich. Jej rodzina była zamożna i wysoko skoligacona – jej ojciec był administratorem jakichś dóbr, bodajże Potockich. Mieli dwójkę dzieci – bliźniaków Marię i Andrzeja. Mieszkali w Warszawie w kamienicy będącej własnością Kowerskich. Maria kończyła konserwatorium muzyczne, nie bardzo wiem czym zajmował się Jędrek, ani jak trafił do obozu jenieckiego a potem do obozu Bergen-Belsen. Zapewne walczył w Powstaniu Warszawskim. Maria była sanitariuszką w Powstaniu, została ciężko ranna i później słabo władała jedną ręką – tak zakończyły się jej marzenia o karierze muzycznej. Jędrek, nie bardzo wiem jaką koleją losu dostał się do armii Andersa i swą wojenną karierę zakończył pod Ankoną we Włoszech. Krzysztof Śniadecki, wnuk Henryka a mój kuzyn, tak o tym pisze:

          „Zmarł w Argentynie w Buenos Aires gdzie zamieszkał po wyjeździe z Anglii . Całe życie pracował jako muzyk jazzowy. Regularnie pisał listy. Pomagał mojej Mamie finansowo na tyle na ile mógł. Mam wszystkie listy które pisał do Mamy. W jednym liście wspomniał Twoją Mamę ale wówczas nie wiedziałem o kim pisze a moja Mama nic nigdy słowem nie wspomniała o Romanie. Zbił mały majątek grając na transatlantykach i ten cały majątek stracił w wyniku kradzieży – nie trzymał pieniędzy w banku może w obawie przez władzami podatkowymi Argentyny. Nie wiem. Trzy razy w latach 90-tych rozmawiałem z nim przez telefon – jaka szkoda że wówczas nie mogłem zapytać o to co dziś wychodzi na światło dzienne. Powiedział jedno: dla niego po 45 Polski nie było i nie zaakceptował powojennego porządku. Wszystko w 100 % odrzucił.

        Moja Mama całe swoje życie zawodowe spędziła w NBP (Narodowym Banku Polskim – 45 lat pracowała). Do 75 roku jeździła konno. Kochała Tatry i psy jamniki. Po wojnie to rodzina Pieńkowskich i Kowerskich „ratowała” ją całkowicie aż do jej śmierci w 2010 r. Miała propozycje objęcia stanowiska Prezesa NBP ale nigdy nie była w PZPR i wprost wygarnęła to aparatczykom a oni nie mogli Mamie dać tej posady z uwagi na brak przynależności partyjnej – moją Mamę bardzo szanowano wiedząc o jej pochodzeniu. Zawsze komuchom mówiła co nich myśli prosto w twarz. Dostała dyplom z Czerwonego Krzyża za pracę pielęgniarską przy ratowaniu ludzi zwożonych po wyzwoleniu z obozów koncentracyjnych. Byli tak wygłodniali, że zrucali się na jedzenie i na jej oczach umierali – jej zadaniem było temu zpobiegać pojąc ich wodą podając płyny itp. […]

       Ojciec Mamy Henryk był surowym człowiekiem. Strasznie cierpiał czekając do końca życia na ukochanego syna Andrzeja. Przed wojną jeden rok był prezesem Harfy i prezesem Yacht Klubu w Warszawie. Zmarł 4 lata przed moim urodzeniem. Babcia Kowerska zmarła jak miałem 7 lat.”

            Krzysztof jest ode mnie jednak młodszy, dziadka Henryka już nie znał, a Babcię Kowerską tylko jako małe dziecko. Mama przekazała mu jednak co i jak mogła. Mam nadzieję, że ten rodzinny kontakt się utrzyma.

                                                                    *

           To już chyba wszystko o rodzinie i pora zabrać się za własne losy. A jeśli coś „rodzinnego” znajdę to jedynym kłopotem będzie, gdzie to można bezkarnie wstawić. Dzięki komputerowi nie stanowi to na szczęście żadnego problemu, co miało już nieraz miejsce w powyższym tekście. Tyle, że czasami to mocno zgrzyta stylistycznie, co już się nieraz zdarzało i co zmusza do nieustannego poprawiania tekstu. Zdawałoby się ukończonego.