Sobowidz i Stare Pole

SOBOWIDZ

         Świadome przeżywanie świata zaczęło się dla mnie w Sobowidzu. Obrazki stamtąd pokawałkowane i nieskładne, zaczynają tworzyć jakiś jednak ciąg.

     Schody na poddasze, gdzie walają się sterty poniemieckich papierów, których odwrotnych, czystych stron, używamy z siostrami do rysowania. Na tychże drukach, pierwsze moje próby pisania pod dyktando sióstr. Pamiętam nawet jadowicie żółty kolor kredki jakim dumnie nabazgrałem kilka liter. To wtedy nie mając jeszcze pięciu lat, nauczyłem się czytać.

     Z tych samych schodów, niebotycznie wówczas dla mnie długich, spadłem kiedyś, nie czyniąc sobie żadnej krzywdy. Pamiętam dokładnie sam moment spadania, zwłaszcza zakręt. Świat zachowywał się w zdumiewający sposób wirując w przedziwnie zwolnionym tempie wokół mnie.

       W jednym z pokoi na poddaszu ukrywał się jakiś czas Zbigniew Malik, kuzyn Ojca. Było to około 1950 roku. Moja siostra Bożena pamięta Go dokładnie, bo schodził czasami na wspólną kolację. W dzień nie opuszczał swojego pokoju i nigdy nie wychodził na zewnątrz. Trwało to kilka miesięcy. Czemu się ukrywał nikt już w rodzinie nie wie. Przed kim, jest z kolei chyba rzeczą oczywistą – pewnie przed czerwonymi. Co działo się z nim dalej? – historia milczy.

      Pamiętam moją ukochaną zabawkę, cechówkę do drewna, którą, jak twierdzą moje siostry, nazywałem nie wiadomo dlaczego „krówką”. Zabawne – nie potrafię odtworzyć jej kształtu i do dziś nie mam pojęcia jak taki przyrząd wygląda. A przecież pamiętam dokładnie moment kiedy uderzyłem nią w gniazdko elektryczne, błysk i huk jaki powstał, mogę niemal odtworzyć przeskakującą iskrę. Uszło mi to jakoś bezkarnie, bez najmniejszego poparzenia czy porażenia, jak mi wypomina moja siostra, właśnie dzięki niej. Nie dość że wytrącając mi zabawkę z ręki oberwała prądem, to jeszcze podobno miała burę od rodziców za brak opieki nad młodszym bratem.

       Siostry miały ze mną skaranie boskie, bo z powodu różnicy wieku musiały się mną opiekować, a właziłem wiecznie nie tam gdzie potrzeba, za wszelką cenę usiłując uczestniczyć w ich zabawach. Ślad tych zabaw noszę do dzisiaj w dość nieparlamentarnym miejscu. Dzieciaki huśtały się na gałęzi wierzby nad rzeką. Naparłem się, że ja też. Ręce mi nie wytrzymały i spadłem na jakieś potłuczone szkło. Ślady tego upadku noszę do dzisiaj , kwiczałem i krwawiłem jak prosię, a wszystko skrupiło się znowu na Joli, że nie dopilnowała.

           Rzeka, płynąca za stodołą była czymś wielkim i tajemniczym. To tam uzbrojeni w widelce imitujące harpuny a ściągnięte gdzieś z kuchni, łowiliśmy bezskutecznie ryby. Pamiętam dokładnie słońce prześwitujące przez pomarszczoną na płyciźnie wodę i szarobrązowe, pręgowane grzbiety rybek przemykające bezgłośnie pod moimi nogami.

        To na tej rzeczce rozpocząłem wraz z moją siostrą swą pierwszą żeglarską wyprawę, w ściągniętym gdzieś z podwórza korycie dla świń, która dla tegoż koryta zakończyła się tragicznie – uciekło nam, na wpół zatopione, gdzieś w kierunku młyna. Pamiętam chwilę po jego odpłynięciu i nasz strach, że będzie bura.

         Nie ma stodoły, młyn wypalony w jakimś pożarze stoi strasząc pustymi oknami, nie ma wielkich drzew za stodołą, na których siadały wiosną niezliczone stada szpaków, wielka rzeka skurczyła się do rozmiarów niewielkiego rowu. Wyrosłem z tego świata. Tylko pamięć przechowuje go takim jakim dla mnie był. Wielkość, kształty, barwy, zapachy.

        Za tą stodołą pierwszy raz w życiu strzelałem z fuzji ojca, pamiętam emocje. Oczywiście miałem tylko wymierzyć i pociągnąć za spust, flintę trzymał Ojciec. Ale za to jaki był huk. Na tym samym „polowaniu”, moja siostra Jola, miała już całkowicie samodzielnie dobić ranionego szpaka, siedzącego na kretowisku. Energicznie podeszła, prawie przytknęła lufę do ptaka i strzeliła. Wzbiła się potężna chmura pyłu a gdy się rozwiała, nie było śladu ani szpaka, ani kretowiska, dobrze że luf nie rozerwało. Ojciec nie był zdaje się zbyt zadowolony.

       W sadzie, do którego wchodziło się dość śmiesznie z tarasu po schodkach, był betonowy krąg studni, z metalowym włazem i hydroforem w środku, prawie na dnie. Ojciec schodził tam coś naprawiając i przy okazji wyłowił z wody kilka naczyń z obiadowego serwisu, jakieś talerzyki, półmisek z błękitnym szlaczkiem, oraz piękną filiżankę ze spodeczkiem, które przez lata nam towarzyszyły. Wszystkie miały miśnieńską cechę na odwrocie. Żałował, że nie spenetrował tej studni dokładniej, bo jego następca, nadleśniczy Pasek, jak mi go określił kiedyś znajomy leśnik: „prawdziwa legenda polskiego leśnictwa”, wydobył stamtąd praktycznie całą zastawę i dwa pistolety maszynowe. Jak na porządnego obywatela przystało natychmiast doniósł na Ojca do UB, oskarżając go o nielegalne przechowywanie broni. Ojca oczywiście natychmiast zamknięto. Na szczęście pistolety były mocno skorodowane i argument Ojca, że gdyby to on przechowywał broń to z pewnością wyglądałaby ona inaczej, trafił ubekom do przekonania i wypuścili go (gdyby mieli jednak akurat ochotę go trzymać, byłby to wspaniały pretekst). Ładnie to świadczy o owej „legendzie”, a Ojciec jeszcze parę rzeczy dołożył. Pan Pasek był w tamtych czasach, zachłannym, pospolitym złodziejem i szabrownikiem. W nadleśnictwach w Sobowidzu i Mirachowie, na które dwukrotnie zamieniał się z Ojcem, miejscowym pracownikom najnormalniej w świecie nie płacił za pracę nic, twierdząc, że Niemcom płacić nie należy. Pomijając już to, że w większości byli to miejscowi Kaszubi i ich niemieckość była raczej wątpliwa, nie przeszkadzało mu to w chowaniu należnych im wypłat do własnej kieszeni. Kiedy Ojciec po przejęciu od Paska nadleśnictwa, nie wiedząc nic o tym procederze, zapłacił im pensje, śmiesznie małe zresztą, byli wręcz zdziwieni, że cokolwiek im się za pracę należy. Sporo rzeczy Pasek bezprawnie „rekwirował” prywatnym właścicielom, jednak ze względu na jego mocną pozycję i kontakty z UB nikt nie ośmielił się nawet szemrać. Wniosek – ostrożnie obchodzić z legendami, bo jak zeskrobać z nich patynę lat, to co się wyłoni może bardzo brzydko pachnieć.

            Z bronią były w tamtym czasie rozmaite zdarzenia. Bożena i Jola, wspólnie z innymi dzieciakami bawiącymi się na cmentarzu zauważyły nieco przesuniętą płytę nagrobka. Ciekawskie dzieciaki odsunęły ją dalej i odkryły, że w grobowcu leżą ładnie zakonserwowane karabiny. Jakiś dorosły, przeganiając je stamtąd zauważył ów skarb i zawiadomił UB. Przyjechali, zapakowali znalezioną broń i… aresztowali Ojca, który o niczym nie miał pojęcia. Nie było mnie przy tym epokowym odkryciu, czego nie mogłem odżałować, a całą historię poznałem tylko z opowiadań sióstr.

        Dom był dla mnie olbrzymi i tajemniczy. O zakamarkach strychu już wspomniałem, ale tak naprawdę, to pamiętam z niego tylko tę szafkę z papierzyskami, bez drzwiczek, malowaną olejno na jasnoniebieski lub seledynowy kolor,, wbudowaną w poddasze. No i te cholerne schody i kontakt. Schody chyba kończyły się w sieni na parterze, słabo oświetlonej i ciemnej. Pod sufitem wisiał na łańcuchach groźny żyrandol z jelenich rogów. Jak mi się wydaje, z sieni wchodziło się do dużego pokoju, położonego od strony ulicy, „bawialnego”. Zupełnie nie rozumiałem, dlaczego tak go nazywano, bo ja się tam nigdy nie bawiłem. W tym pokoju odbywało się kiedyś wigilijne przyjęcie dla pracowników nadleśnictwa i pamiętam jak w czasie tego przyjęcia przewróciła się tam choinka. Chyba również wtedy pierwszy raz spróbowałem alkoholu. Strasznie kusił mnie różowy płyn w kieliszku i kiedy się dość nachalnie napraszałem, Ojciec pozwolił mi ostrożnie spróbować. W tamtych czasach pito „tatę z mamą”, czyli ledwie rozwodniony, zabarwiony sokiem spirytus gorzelany. Piekło potwornie, wrzeszczałem jak zarzynany i przez długie lata nie korcił mnie alkohol. Podobnie było z papierosami. Metoda może drakońska, lecz dość skuteczna. Po prawej stronie od wejścia z sieni, stał duży, dębowy kredens, z szafkami zamykanymi na kluczyki. Tam dokonałem mojego pierwszego w życiu przestępstwa: spinką do włosów otworzyłem szafkę i pożarłem ponoć z pół kilograma cukierków. Zdarzenia nie pamiętam, znam je tylko z opowiadań. Podobno cukierki odchorowałem, co uchroniło mnie od kary, a Ojciec zawyrokował, że wyrośnie ze mnie albo wielki inżynier, albo wielki złodziej. Był bardzo dumny z mojego wyczynu, ale żadna z jego przepowiedni się nie spełniła. Pośrodku bawialnego stał wielki, okrągły stół, który jeszcze dawał się rozkładać do owalu. Po wyjściu z bawialnego do sieni, z prawej, o ile pamiętam, było wejście do pokoju Mamy, w którym chyba spałem i ja, a z lewej wejście do kuchni, królestwa Ziny. Na wprost wejścia stała duża kaflowa kuchnia, na której, zwłaszcza zimą, Zina mnie sadzała i słuchała moich niekończących się monologów, skierowanych głównie przeciw siostrom, co mi do dziś wypominają. Pamiętam mrok (czy nie było światła, czy je oszczędzano?), bulgoczące na blasze potężne sagany, błyski ognia spomiędzy fajerek i miękkie ciepło kafli. Po prawej stronie stał kuchenny stół, również wspaniałe miejsce do zabawy na leżących pod nim grochowinach (nie mam pojęcia czemu tam leżały). Z drugiego narożnika prowadziły drzwi do tajemniczego pomieszczenia z przedziwną błyszczącą maszyną na środku – centryfugą do odciągania śmietany. Dla mnie wstęp był tam wzbroniony. Z sieni wychodziło się po szerokich schodach na rozległy taras, oddzielony od podwórza rzędami srebrnych świerków. Na podwórze schodziło się następnymi schodami, przedłużeniem schodów od domu.

            Nie ma już srebrnych świerków, następni lokatorzy woleli mieć dokładny wgląd w podwórze, a może potrzebne im było drewno. Pamięć płata paskudne figle, byłem tam kilka lat temu i wszystko potwornie się skurczyło. Szerokie kiedyś schody liczą teraz jakieś półtora metra, olbrzymi taras jest wąskim chodnikiem, dom nie największą, brzydką chałupą. No, tyle, że teraz mieszka tam kilka rodzin, więc wnętrze było chyba rzeczywiście dość duże. Ten obecny obraz tamtego domu jest dla mnie zupełnie obcy i nierealny. To moja pamięć jest tym co prawdziwe. Rozumiem teraz lepiej niektórych kresowian. Wiejskie chałupy, z jakich ich maluchami wyrzucono, jawią im się jako szlacheckie dwory, a dworki jako zamczyska. Nie ma w tym fałszu, ani pychy, ani megalomanii. Ot, paskudne figle pamięci.

        Chyba Murasaki Shikibu napisała: „Gdy dorastamy, nasze dzieciństwo staje się dla nas obcym krajem”. Więc wędruję tym krajem, nie obcym, ale tak odległym, że już nie bardzo realnym. Próbuję go poznać na nowo, odgrzebać spod nawarstwień, odsłonić. I okazuje się on o wiele bliższy i prawdziwszy niż nawet te jego szczątki które jeszcze obecnie istnieją. To oglądane po latach domy i krajobrazy są czymś obcym, nierealnym, mimo że w zasadzie nic się nie zmieniły. Bo prawdziwszy i bliższy jest mi ten świat mojej pamięci.

           Dziś straszy nie tylko luka po spalonej stodole zamykającej podwórze i wycięte srebrne świerki osłaniające dom od podwórza, czy zniszczony taras. Nie istnieją już szopy pasieki po których dachach, zmurszałych i przegniłych, prawie równych z poziomem ogrodu i łatwo dostępnych z jego strony, nie wolno było nam łazić. Cały obraz od strony podwórza zmienił się nie do poznania – widać to wyraźnie na zdjęciach. Pozostały jeszcze bez zmian, z lewej strony tarasu, gdy stało się twarzą do podwórza, za brukowanym podjazdem do bramy, garaż i resztki stajni. W garażu stał motocykl Ojca, piękne, poniemieckie NSU 350 cm3 . Przed tą bramą garażu asystowałem często Ojcu kiedy coś majstrował przy maszynie. Jak mi opowiadano, kiedyś Ojciec dłubał coś przy tylnym kole, a ja, w zapale pomagania, rozkręciłem mu dokumentnie cały przód motocykla. Ojciec zamiast się gniewać był podobno niezwykle dumny i nadal prorokował, że z pewnością wyrosnę na inżyniera. Ale, zamiast gdzieś jechać, musiał wszystko skręcać na nowo i już nie wolno mi było dotykać narzędzi, kiedy on coś majsterkował. A swoją drogą sprawiłem mu paskudny zawód, bo nic z jego proroctw się nie sprawdziło.

           Stoi mi w oczach obraz bałwana, którego dla mnie ulepił na płaskiej, górnej części poręczy schodów, wiodących z tarasu na podwórze, stryj Zbyszek. Byłem z tego stryja strasznie dumny, bo przyjechał na wizytę w oficerskim mundurze, jakoś dużo poważniejszym niż mundur Ojca. Bałwan był duży, prawie taki jak jak ja i koniecznie chciałem go zmilitaryzować, dodając mu karabin z sopla lodu. Stryj usunął rzeczony „karabin” i nie pozwolił na jego instalację – pacyfista jakiś wredny. Byłem na niego zły i kiedy tylko zniknął z pola widzenia zepchnąłem bałwana po poręczy w dół. Mam jeszcze przed oczami jak rozpada się na kawałki. Nikt chyba nie zauważył mojego „przestępstwa” ale wyrzuty sumienia męczyły mnie długo, równie długo jak i poczucie tryumfu, że jednak stanęło na moim. Zabawne, że do stryja miałem o ten „karabin” żal przez długie lata i chyba tylko dzięki temu pamiętam to do dziś.

        Z ważniejszych wizyt, pamiętam dość dobrze przyjazd Żymierskiego. A właściwie to, jak wspomniałem we wstępie, jego samochód z radiem i sołdata z LWP majaczącego za szybą na miejscu kierowcy. Trochę ta wizyta wydaje mi się teraz dziwną, bo, jak pamiętam przyjechał jedynie z kierowcą, bez żadnej obstawy, teren nie był szczególnie atrakcyjny łowiecko i wciąż niebezpieczny. Taki dygnitarz, nawet będący w odstawce i pozbawiony wpływów, mógł wybrać lepszy. Ojciec mówił też kiedyś o wizytach Berlinga, który nawet kilka razy nocował w nadleśnictwie. Jak Ojciec wspominał, przegadali przy wódce dobrych kilka nocy. Czego szukali u oficera wywiadu WiN odstawieni na boczny tor czerwoni, wojskowi dygnitarze (i agenci NKWD)? Tego Ojciec mi nie mówił, ale tak mi to wygląda, jakby szukali kontaktu z podziemiem. Czy znaleźli? Wątpię, bo, jak się wydaje, w pewnym momencie te wizyty raptownie się urwały. Ale dla mnie całość tych wizyt wygląda podejrzanie.

         Dość dobrze, chyba najlepiej, pamiętam pokój Ojca, wąski i dość ciemny. Wchodziło się do niego z pokoju Mamy (w którym i ja sypiałem) Po prawej stronie od wejścia stał chyba bambusowy regalik z radiem (wspomnianym wcześniej „Orionem”), ale pamiętam też inną jego lokalizację – po lewej, pod oknem. Dalej, na wprost, wąski i twardy tapczan, z zawieszoną nad nim starą tkaniną, nad nią, w ramie, za szkłem, krzyż wyhaftowany własnoręcznie w dzieciństwie przez Dziadka Ryszarda. Za tapczanem po prawej, na szczytowej ścianie szafa ubraniowa, a obok niej drzwi do służbowego gabinetu. Reszta pokoju tkwi w pamięci już tylko jako ciemna przestrzeń bez kształtów. Być może pokój ten był ciemny jedynie w kontraście z bardzo jasnym pokojem Mamy, z którego pamiętam tylko tę jaskrawą biel i nic poza tym.

           Pokój Ojca był chyba azylem do którego wiałem coś przeskrobawszy. Od Ojca lanie dostałem dwa razy w życiu. Pierwszy raz było to, gdy mieliśmy gdzieś jechać z Nim motocyklem, ja i moja starsza siostra Jola. Mama postawiła jednak warunek: mamy przed wyjazdem zjeść obiad. Pamiętam, że były to podsmażane kartofle z czymś tam jeszcze, które zresztą bardzo lubiłem. Ale jeść mieliśmy szybko, bo Ojciec nie bardzo mógł czekać. Moja mądra siostrzyczka podpowiedziała mi, że jak sobie napcham jedzenia maksymalnie do buzi, a potem ścisnę policzki rękami to wszystko mi wpadnie gładko i szybko do żołądka. Efekt był piorunujący. Mama, która weszła akurat na ten moment, kategorycznie oświadczyła, że nigdzie nie pojadę. Moja droga siostrzyczka zaśmiewała się złośliwie z udanego kawału i to przepełniło miarę. Miałem w ręku widelec i dziabnąłem ją z całej siły w rękę, bardzo skutecznie. A konkretnie w grzbiet dłoni. Wybuchło zamieszanie, krew się lała, a ja w poczuciu winy (i nieuchronnej straszliwej kary) zwiałem do pokoju Ojca, usiłując, co świetnie pamiętam, wcisnąć się pod ową bambusową etażerkę. Wchodziły mi pod nią tylko dłonie, więc się chyba przeniosłem gdzie indziej, bo pamiętam bardzo surowy głos Ojca: „Wyłaź ośle spod stołu bo cię za uszy wyciągnę!” Pamiętam ten głos jako jakiś rozedrgany, i już jako dorosły zrozumiałem, że chyba się w duchu zdrowo śmiał z moich przemyślnych prób ukrycia się. Ale wówczas przerażony byłem okropnie. Niemniej przerażony musiał być tapczan Ojca, który oberwał straszliwe lanie szerokim, wojskowym pasem. Ale to też uświadomiłem sobie jako dużo starszy. W sumie nie pojechaliśmy oboje – siostra z powodu odniesionych ran, ja – za karę. Tyle, że moja perfidna siostrzyczka do dziś przy każdej okazji demonstruje noszone na ręce blizny, demonstrując jakiego to miała brata – potwora i to już w tak młodym wieku. Drugi raz oberwałem od Ojca ręką i to znacznie mocniej. Ojciec miał jakichś znajomych mieszkających przy gorzelni, z którymi grywał w brydża (typowo wiejska czwórka: nadleśniczy, szef gorzelni, proboszcz i aptekarz, czy też weterynarz – kwiat miejscowej inteligencji). Pamiętam dokładnie niski ceglany budynek, kryty papą, załamany pod kątem prostym i rachityczne, cienkie jak moja ręka (ówczesna) drzewko, rosnące przed wejściem. Z synem gospodarzy w moim wieku znaleźliśmy granat, już nie pamiętam gdzie, zwykły trzonkowy „tłuczek”. Wiedzieliśmy, że granat jak w coś uderzy to głośno huknie. Wiedzieliśmy też, że nie jest to tak zupełnie bezpieczne, więc dla zachowania bezpieczeństwa, jeden z nas chował się za owe rachityczne drzewo, a drugi z przeciwnej strony, z całej siły tłukł o nie tym granatem. Zobaczył to mój Ojciec i rodzic mojego partnera, wyskoczyli w popłochu z mieszkania i raz na zawsze oduczyli zabawy z granatem. Boleśnie i skutecznie. Granat prawdopodobnie wylądował na mieliźnie rzeczki, wśród innych groźnych pozostałości wojny, składanych tam przez Ojca.

       Już wtedy byłem kochliwy, przypomniałem sobie właśnie, jak gdzieś, w tamtym mniej więcej czasie, „podrywałem” Teresę Daszkiewicz, moją rówieśniczkę, na konia na biegunach. Ktoś z dorosłych zakpił, że będziemy świetnym małżeństwem, a ja to potraktowałem całkiem serio. Mam nadzieję, że Teresa mi tego nie pamięta.

           Gabinetu Ojca w nadleśnictwie zupełnie nie pamiętam, tak jak i przyprowadzenia przez ten gabinet i pokój Ojca, Urwisa, młodego źrebaka, którego z powodu jakiejś choroby nie mogłem obejrzeć, bo leżałem w łóżku. Zwierzaki były zresztą straszliwie rozwydrzone. Krowy i konie wchodziły po schodach na taras, żebrząc bezczelnie o chleb, a kilka razy zdarzyło się im wejść, także po schodach, do sieni, skąd trzeba je było wyprowadzać właśnie tą samą drogą jaką wprowadzono do mnie Urwisa. Zawsze było sporo psów, rozmaitej rangi. Najważniejszy był Bari, pół wilk, przyniesiony przez gajowego w Supraślu jako półślepy jeszcze szczeniak znaleziony w lesie wkrótce po moich narodzinach, a więc mój równolatek. Przede wszystkim był jednak moją niańką. Pamiętam, że gdy gdy wyłem jak potępiony, bo za jakieś grzechy dostałem lanie od Mamy w jej pokoju, to bała się z niego wyjść – przejście do nadleśnictwa było zamknięte na klucz, a Bari z furią ryczał i rzucał się na drzwi, gotów rozszarpać osobę, która skrzywdziła „JEGO SZCZENIAKA”. Na szczęście Ojciec usłyszał miotanie się Bariego i Mamę uwolnił. Wychowywał wilczura i ten słuchał go bez zastrzeżeń, ale Mama przez jakiś czas starannie go omijała, ani nie dawała mi klapsów gdy wilczysko było w pobliżu. Miałem pełną satysfakcję. Była też historia, którą znam tylko z opowiadań, a której Bari o mało nie przypłacił życiem i to z ręki Ojca. Ojciec kochał wszelakie zwierzęta i z opowiadań znam ich wiele. W Supraślu był podobno jakiś pokaleczony żuraw, czy bocian, który rządził w podwórzu jak udzielny książę, a wszystkie zwierzaki bardzo go szanowały, głównie z powodu ostrego i celnego dzioba. Był mały koziołek, którego matkę zastrzelili kłusownicy, a który szybko wyrósł na dużego i aroganckiego kozła, rozstawiającego wszystkich po kątach. W końcu rozprawił się z warzywnikiem Mamy, a że było to w czasach, gdy z żywnością było dość krucho, został za karę zesłany do odradzającego się warszawskiego ZOO, gdzie, z racji oswojenia i łakomstwa, cieszył się podobno dużym powodzeniem u zwiedzających. Było też ileś tam, od Jaźwińca poczynając, kogutów, które Ojciec nastawiał bojowo i które niczym psy pilnowały obejścia. Był też taki kogut i w Sobowidzu. Nie wiem w czym mu podpadłem, ale mnie podobno ostro zaatakował – blizny na głowie do dziś noszę pod włosami. Na mój wrzask Bari wypadł z jakiegoś kąta i jednym kłapnięciem rozprawił się z bandytą. Ojciec wyjrzał na ten rejwach na podwórzu, zobaczył mnie zakrwawionego i zakrwawiony pysk wilczura, niewłaściwie to skojarzył, złapał za dubeltówkę i szykował się do zastrzelenia mojego obrońcy. Na szczęście jakiś pracownik nadleśnictwa biegnący mi na pomoc, a który wszystko widział od początku, Ojca powstrzymał. Bari stał się dzięki temu oczkiem w głowie całego domu, a ode mnie nie odstępował na krok, no chyba, że był Ojciec. Był przy tym pomocny przy kłusowaniu – potrafił sporego dzika osadzić w miejscu i przytrzymać. Ojciec tego nie robił, ale, jak mi się wydaje, raz zastosowała to Mama, właśnie wtedy kiedy Ojca na dłużej zamknięto i z jedzeniem było trochę krucho. Jak mętnie pamiętam Jej opowiadanie, wystarczyło podejść i z odległości dwu metrów dzika zastrzelić. Pamiętam za to dokładnie sam jej wyjazd na to „polowanie”. Przed domem stał wóz zaprzęgnięty chyba w Gniadą. Mama siedziała już na siedzisku ze słomy wymoszczonym jakimś kocem, i pamiętam jak podeszła do niej chyba Zina, podając jej dubeltówkę Ojca, niedbale okrytą jakąś płachtą. Mama wsunęła ją pod siedzenie i odjechała, a Bari biegł obok wozu. Mam ten obrazek przed oczami.

       Były też inne psy, które świetnie pamiętam. Złocista ulubienica Ojca, Leda, wredna i złośliwa, nie uznająca żadnego autorytetu poza Ojcem, a podobno doskonała w polowaniu na lisy. Mnie traktowała z wyniosłą obojętnością i gdyby nie moja niańka Bari, z pewnością by mnie nieraz capnęła. Do tego była zazdrosna o Ojca i zdarzało się jej nawet warknąć na mnie. Od tego czasu nie darzę jamników sympatią. Dobrze też pamiętam Sówkę, wilczurowatego, szarego kundla, którego nikt nie lubił, bo był złodziejem spod ciemnej gwiazdy, dusicielem kur, a którego jako doskonałego psa podwórzowego ktoś ze znajomych wcisnął Ojcu. Nie dała się lubić i Ojciec chciał się jej pozbyć. Sprzedał ją za grosze, ale po kilku dniach wróciła, z długim kawałkiem łańcucha. Ojciec ze wstydem zwrócił łańcuch i pieniądze, ale szybko napatoczył się następny chętny, mieszkający kilkadziesiąt kilometrów dalej i tym razem dostał ją za darmo. Wróciła po dwu tygodniach z całkiem niezłą obrożą na karku i urządziła na powitanie, jak się zdaje, rzeź w kurniku. Następnego chętnego Ojciec znalazł znacznie dalej i już nie wróciła, ale znajomego chyba Ojciec stracił, czego wcale nie uważał za zbyt wygórowaną cenę.

           Przypominam sobie wyjazd do Tczewa do dentysty. Miał to być stary Niemiec i, jak tłumaczyła mi wtedy Mama, najlepszy specjalista. Dentysta był rzeczywiście starszawy, ale nie wiem czemu miał być Niemcem, bo jak pamiętam bardzo sympatycznie uspokajał mnie po polsku. Był szalenie miły, lecz pomimo jego i Mamy zapewnień, że nie będzie bolało, nie chciałem otworzyć ust. Nawet obiecane lody, a łakomy byłem, nie usunęły moich wątpliwości. W końcu dentysta zażył mnie z mańki. Pokazał mi maleńkie, metalowe lusterko, pozwolił je obejrzeć i powiedział, że on tylko chce się przyjrzeć tym moim dwóm nieszczęsnym zębom, bo ponoć następne mi przez nie krzywo rosną. Łaskawie pozwoliłem, a ten oszust podmienił narzędzie i zanim się połapałem, usunął zęby. To było takie jakieś dziwnie zakończone dłutko, pokazał mi je po fakcie trochę się podśmiewając. I naprawdę nic nie bolało. Byłem z siebie dumny, lecz gdy po wyjściu przypomniałem Mamie o lodach, to usłyszałem, że nie zasłużyłem, więc nic nie dostanę. Uważałem to za niesprawiedliwe – przecież zęby mi w końcu wyrwano i miałem je w garści. Za to Mama na pocieszenie zabrała mnie na plażę nad Wisłą, szarą i zamgloną, co doskonale pamiętam. Może dlatego, że tak to wszystko dokładnie zapamiętałem, nie mam do dentystów za grosz zaufania do dziś. Wszystko to oszuści, próbujący mnie wykiwać, zwłaszcza ci bardzo sympatyczni. Unikam ich jak mogę, bo wciąż mi się wydaje, że czyhają wręcz na moje zęby, a niewiele mi ich już zostało.

           Wiek „postępu” sprawił, że w te moje wspomnienia mogę, dzięki komputerowi, wstawiać w dowolnym miejscu już napisanego tekstu migawki zdarzeń, które nagle i nieoczekiwanie pojawiają się w mej pamięci. Bo wspomnienia rządzą się własnymi, swoistymi prawami, nie przychodzą zgodnie z chronologią, a wyskakują z pamięci niespodziewanie, na zasadzie zupełnie odległych skojarzeń. Bo żadne wspomnienia nie mają chronologii, zwłaszcza te wczesne. Są jak zmieszane z sobą karciane obrazki leżące do góry grzbietem, i nagle jakaś myśl, dźwięk, zapach, przywołuje je by stanęły nam przed oczami. Odwracają jakąś kartę i mniej lub bardziej wyraźnie widzimy obrazki. Pyszne króle, damy, walety, zwykłe blotki. Zupełnie przypadkowe. Nie wiemy jakie fatum utrwaliło i wybrało je spośród tysięcy innych migawek życia, oraz utrwaliło je w naszej pamięci. A przecież cali składamy się właśnie z nich. Z niczego więcej.

STARE POLE

              Sobowidzki świat skończył się w dziwny i niezrozumiały wówczas dla mnie sposób. Wyprowadziliśmy się. Nie pamiętam pakowania, przejazdów, rozpakowywania. Pamiętam jedynie wagon towarowy z którego Ojciec zabrał mnie na spacer i pokazał plątaninę szyn. Powiedział mi, że jest tu chyba tysiąc torów i tak to mi zostało w pamięci. Było to chyba na jakiejś bocznicy w Zajączkowie. Ile razy przejeżdżałem tamtędy, usiłowałem dojrzeć te tysiąc szyn i nigdy mi się nie udawało. Śmieszne, ale dopiero jako stary koń zrozumiałem, że to była przenośnia. Co nie przeszkadza mi nadal, podczas przejazdu tamtędy, szukać tego tysiąca torów. Z tego miejsca wagony Mamy i Ojca rozjechały się na zawsze w różnych kierunkach. Był rok 1950, czy 1951.

        Zamieszkaliśmy na pięterku w budynku CIR-u w Starym Polu. Pełna nazwa brzmiała Centralny Instytut Rolnictwa, pewnie zresztą była to jakaś stacja doświadczalna, czy oddział, ale powszechnie nazywano to CIR. Braku Ojca zupełnie nie pamiętam, jego nieobecności były dla mnie czymś zupełnie zwyczajnym, zresztą chyba dość często przyjeżdżał. Pamiętam wyprawę z Nim nad Nogat, kiedy mydlił się po kąpieli jakimś obficie pieniącym się zielskiem. Pokazywał mi to ziele (chyba mydlnica?) i pomagał mi je znaleźć. Byłem bardzo dumny, że na mnie pieni się tak samo. Siostry zniknęły gdzieś z mego horyzontu. Jola poszła do miejscowej szkoły, Bożena była chyba w liceum, w Olsztynie. Jak mi się wydaje, cieszyłem się jeszcze większą swobodą niż w Sobowidzu. Moją niańką był półwilk Bari, chodzący za mną krok w krok, mój prawie rówieśnik, jako mały, jeszcze ślepy szczeniak przyniesiony z lasu przez któregoś z gajowych, wkrótce po moich narodzinach w Supraślu. Nie zawsze był ze mną i nie zawsze był w stanie mnie upilnować. Do dziś noszę, teraz już słabo widoczną, kilkucentymetrową szramę na prawej ręce – ślad po przełażeniu przez jakąś dziurę w płocie, gdzie się potknąłem i przejechałem ręką po sterczącym z ziemi żelastwie. To chyba przepełniło miarę i żebym nie zdziczał zupełnie moja Mama oddała mnie do przedszkola. Samo przedszkole było nawet ciekawe. Jakieś zabawki, których w domu nie miałem, kupa dzieciaków, które pamiętam jak przez mgłę, ale i sztywny rygor godzin, którego nie znałem. Konflikt nastąpił zaraz pierwszego dnia, podczas obiadu, tak, że nie miałem czasu, ani okazji, żeby poznać niejasne plusy tej instytucji, którymi mnie kuszono. Podano mianowicie czerwony barszcz z niezbyt starannie ugotowanymi kartoflami, byle jak pogniecionymi i wwalonymi w środek talerza. Breja i to nieapetyczna. Powiedziałem, że nie będę tego jadł, bo u nas w domu czegoś takiego się nie podaje. Nie dostałem drugiego dania i deseru, za to dostałem w tyłek i postawiono mnie w kącie. Miałem pozostać tam tak długo aż nie zjem. Korzystając z nieuwagi prześladowców wymknąłem się z kąta podczas ciszy poobiedniej i zwiałem do domu. Na drugi dzień, mimo iż ryczałem jak bawół, zaprowadzono mnie do przedszkola. Tym razem nie czekałem na obiad tylko zwiałem od razu, szwendałem się gdzieś po podwórzu CIR-u do popołudnia, kiedy mogłem bezpiecznie się ujawnić. Dostałem w tyłek od Mamy, co uważałem za piekącą (dosłownie zapewne, bo rękę miała ciężką) niesprawiedliwość, i podjąłem stanowcze postanowienie, że do przedszkola chodzić nie będę. Ponieważ w „kazaniach”, których musiałem wysłuchać każdorazowo po ucieczce wychwalano moją siostrę, która tak chętnie chodzi do szkoły, wyobraziłem sobie, że szkoła jest czymś znacznie atrakcyjniejszym od przedszkola. Trzeciego dnia nie czekałem nawet aż mnie postawią do kąta tylko przy pierwszej okazji zwiałem właśnie do szkoły. Drogę znałem, pamiętam dokładnie przejazd kolejowy z biało- czerwonymi szlabanami przez który musiałem przechodzić. Nie wiem z kim rozmawiałem, ale zaprowadzono mnie do gabinetu dyrektorki, gdzie podjąłem bardzo poważną rozmowę na temat przystąpienia do nauki. Tę scenę pamiętam doskonale: posadzono mnie w głębokim fotelu, na którym siedziałem majtając nogami, bo do ziemi było ciut za daleko, i gdzie też wygłosiłem ekspose na temat mojej przyszłej nauki. Było naprawdę przyjemnie, poczęstowano mnie jakimś ciastkiem, które mi bardzo smakowało i słuchano z uwagą. Przez pokój przewijało się sporo miłych pań, bardzo wesołych i serdecznie śmiejących się nie bardzo wiadomo dlaczego. W końcu posłano po moją siostrę Jolę, żeby odprowadziła mnie do domu, wyjaśniając mi przy tym, że na razie nie mogą mnie przyjąć, ale w przyszłym roku jak najbardziej. Byłem bardzo zadowolony mimo, że moja siostra dała mi odczuć, że jest zadowolona znacznie mniej, bo ponoć naraziłem ją na śmieszność i musiała się za mnie wstydzić. Zupełnie nie rozumiem dlaczego, zwłaszcza że spokojnie odpuściła sobie resztę lekcji. Mama po tym incydencie jednak załamała się i ustąpiła, a groźba chodzenia do przedszkola odeszła w niebyt. Witaj swobodo!

      Swoboda była olbrzymia, a towarzyszyła mi zresztą przez całe dzieciństwo, z różnymi skutkami. Blizny i odnawiające się kontuzje mogą wciąż o tym świadczyć. Pamiętam jakieś szalone zabawy z grupą niewiele starszych dzieciaków: Skoki na siano z górnych pięter stodoły, rycie w złożonym tam sianie krętych i długich tuneli. Zjeżdżanie rurą od dmuchawy podającej siano na górne piętra. A wyjątkową, chociaż rzadką frajdą, było wjeżdżanie wraz z sianem, i wystrzelenie się wraz z nim jak z armaty, gdy jakiś dowcipny, a mało rozgarnięty dorosły, włączył wirnik dmuchawy. Ale jakichś drastycznych wypadków nie pamiętam, więc chyba do nich nie dochodziło.

         Wszystko to nagle się zmieniło, mimo, że wtedy tego nie odczułem. Mama gdzieś zniknęła, przyjechał Ojciec i zabrał nas do Olsztyna do Babci Heleny. Pamiętam dwie podróże do Olsztyna i obie były fascynujące. Podczas jednej jechaliśmy osławionym Towosem, czyli wagonem towarowo-osobowym. Pogoda była piękna. W zwykłym towarowym wagonie były proste ławy byle jak sklecone z desek, a w kącie stała „tiepłuszka”, czyli żelazny okrągły piecyk, używany zimą. Pociąg był pełen żołnierzy i pamiętam ich buty dyndające z dachu w otwartym wejściu. Strasznie mi to imponowało i koniecznie chciałem też. Jeden z żołnierzy, za zgodą któregoś z rodziców, posadził mnie w otwartym wejściu, tak że obejmowałem rękami i nogami stalową listwę sterczącą pionowo i rozdzielającą skrzydła odsuwanych wrót. Nogi mi też wisiały na zewnątrz, więc czułem się dowartościowany. Podczas innej podróży pamiętam wagony już normalne, z zamykanymi przedziałami i jasnymi drewnianymi, twardymi siedzeniami (słynna trzecia klasa), również pełne żołnierzy, hałaśliwych, podpitych, śpiewających jakieś czerwone pieśni i znacznie mniej uprzejmych. Pamiętam doskonale zgorszone miny współpasażerów i jakiś nieokreślony nastrój wrogości. Która z tych podróży była tą właściwą nie mam dziś już pojęcia.

        Maleńkie mieszkanie Babki na Dworcowej wydawało mi się wielkie, być może z powodu ilości przewijających się tam ludzi. Znając to mieszkanie z późniejszych lat, nie mam pojęcia jak tam wszyscy się mieścili. Ja spałem z Babką Heleną w kuchni, nie wiem gdzie reszta. A były tam jeszcze moje dwie siostry, hr. Mycielski z żoną i córką Hanną, ciotka Jadźka, a od czasu do czasu Ojciec. Być może mylę czas i osoby. Nie wiem na przykład, czy Hanka Mycielska to była ta ciemnowłosa, szczupła dziewczyna z długim warkoczem, czy też była to przyjaciółka szkolna mojej siostry Bożeny Zyta. Hrabiego Mycielskiego nie pamiętam zupełnie, a przecież gdzieś tam był. Nikt zresztą w rodzinie nie potrafił mi wyjaśnić skąd się tam wzięli i dlaczego, a Ojciec milczał. Zapamiętałem z tamtego pobytu butelki z nalewką spirytusową na pokrzywach, którą Babka leczyła reumatyzm smarując nią obolałe miejsca, a które stały na kuchennym oknie. Strasznie mnie intrygowały. Pamiętam też ciemny salon, czyli pokój ciotki Jadźki i wielką półkę z fantastycznymi, starymi książkami w pięknych, twardych oprawach, które po starannym umyciu rąk mogłem przeglądać tam przy wielkim stole. Najlepiej zapamiętałem wspaniałe ryciny z kampanii napoleońskich, ale zupełnie nie kojarzę sobie tytułów. Gdzieś, w kolejnych zakrętach losu, książki te zaginęły skradzione przez kolejne „opiekunki”, pod koniec życia wiekowej i mocno schorowanej ciotki. Stoi mi też przed oczami widok z kuchennego okna na gruzowisko naprzeciw, pełne chwastów i śmieci, ale zupełnie nie pamiętam widoku z „salonu”. Pamiętam też długie spacery ze stryjem Zbyszkiem, który przyjeżdżał kilka razy. Spacery nad jezioro tuż za wiaduktem kolejowym i nad Łynę z pięknym murowanym mostem, oraz huczącym młynem nieco dalej. Był jeszcze w oficerskim mundurze, więc to chyba tamten okres – wyleciał z wojska dokładnie podczas procesu Tatara. Podobno na znak protestu walnął legitymacją partyjną, a zupełnie nie był to czas na tego rodzaju gesty. Przed gorszymi konsekwencjami prawdopodobnie uratowali go koledzy z Oflagu II c Woldenberg, którzy z racji lewicowych ciągot już w obozie, stanowili po wojnie nieco liczącą się grupę. A może po prostu miał szczęście.

       Zniknięcie Mamy spowodowane było jej aresztowaniem przez UB, po włamaniu do naszego mieszkania i kradzieży kasetki z wypłatą dla pracowników. Sprawę tę znam tylko z opowiadań i starych dokumentów. Sam nie pamiętam nic. Mama była w CIR kasjerką i była to Jej pierwsza w życiu najemna praca zawodowa. Pomieszczenie kasy było zabezpieczone iluzorycznie, każdy mógł wejść kiedy chciał, wystarczyło silniej pchnąć drzwi, więc kasetkę z pieniędzmi trzymała w domu. Spaliśmy tam ja i Jola, był Bari, który nikogo obcego by nie wpuścił. A jednak kasetkę i resztki biżuterii Mamy, jeszcze po Babci Żeni, skradziono, a pies nawet nie warknął. Więc złodziej był swój, co tak zawężało krąg podejrzanych, że można było winnego niemal wskazać palcem. Tego wątku UB nie podjęło więc można przyjąć kilka możliwości. Taką na przykład, że złodziej działał w porozumieniu z UB, dzieląc się zdobyczą, lub że ktoś z UB ten „skok” zaplanował i tylko opłacił złodzieja. Możliwa jest też dość wiarygodna dla mnie wersja, że całość mogła mieć też na celu wywarcie nacisku na Ojca podczas jego rozpracowywania (znali jego „bandycką” przeszłość), bądź przy planowanym werbunku. Wszystkie wersje są równie prawdopodobne. W każdym razie żona niejakiego Misztala, zaprzyjaźnionego z Mamą pracownika CIR-u, była później widziana w naszyjniku Mamy, bardzo charakterystycznym – purpurowe korale oprawione w złoto, ręczna robota jubilerska, jeszcze sprzed pierwszej wojny. Niemniej Mama odsiedziała trzy miesiące w Fordonie, a później latami spłacała skradzioną sumę. Skończyła te spłaty dopiero w połowie lat sześćdziesiątych.

            Najwyższą cenę za swoje zaufanie do ludzi zapłacił Bari. Śmiercią. Po aresztowaniu Mamy i naszym wyjeździe do Olsztyna opiekował się nim znajomy z sąsiedztwa – do małego zatłoczonego mieszkania Babki nie można było go zabrać. Na trzy dni przed naszym powrotem wybił szybę, wyskoczył oknem z pierwszego piętra i pobiegł na dworzec, ale oczywiście już nas tam nie zastał – od wyjazdu upłynęły trzy miesiące. Nie dawał się nikomu złapać, szukał nas. Jak opowiadali świadkowie zajścia, kiedy wlókł się następnego dnia skrajem drogi w kierunku Elbląga, celowo potrąciła go wojskowa ciężarówka. Taki sport często urządzali sobie wówczas wojskowi kierowcy. Znajomy opiekun nie wiedział co robić i wpadł na nieco makabryczny pomysł – kazał mianowicie ściągnąć z niego skórę, by mógł zostać z nami w charakterze dywanika. I ten „dywanik” towarzyszył mi przez wiele lat, aż dopiero w latach siedemdziesiątych zlikwidowała tę makabryczną pamiątkę moja żona. Tak więc pobyt w Starym Polu zakończył się nie najlepiej.